Bitwa o Warszawę

Bitwa o Warszawę

Warszawa
Warszawa / Źródło: Fotolia / TTstudio
Teoretycznie zdobycie stanowiska prezydenta Warszawy jest najważniejsze w wyborach samorządowych, bo dla partii to są tysiące posad do obsadzenia, a dla samego kandydata – trampolina do dalszej kariery politycznej.

Teoretycznie opozycja, od ponad dwóch lat spychana na margines przez obóz rządzący, powinna rzucić się na pierwszą możliwość realnego działania, czyli na kampanię samorządową. Ale jak się okazuje, teoria z praktyką niewiele ma wspólnego. Prezydentura Warszawy częściej okazywała się obciążeniem niż atutem w dalszej karierze politycznej (przypadek Pawła Piskorskiego czy Hanny Gronkiewicz-Waltz). A jeżeli chodzi o zapał opozycji do walki, to też go nie widać. Na razie zbliżające się wybory samorządowe odczuwają najmocniej urzędnicy. – W mieście panuje chaos organizacyjny, taki jak przed referendum w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz – opowiada stołeczny samorządowiec. – Część urzędników już się ustawia pod rządy PiS i torpeduje decyzje obecnej władzy. Ci zaś, którzy wierzą w zwycięstwo Platformy, są podzieleni na różne frakcje, co też odbija się na jakości rządzenia.

Trudne początki Trzaskowskiego

Na osiem miesięcy przed wyborami samorządowymi znany jest tylko jeden kandydat na prezydenta Warszawy – Rafał Trzaskowski. Kandydat PO rozpoczął już kampanię, trochę przymuszony przez media, a trochę przez kolegów partyjnych, którzy zaczęli sarkać, że od ogłoszenia jego kandydatury minęło ładnych parę tygodni, a on nic nie robi. Jednak na spotkaniach z mieszkańcami i dziennikarzami sprawia wrażenie, jakby chciał być w zupełnie innym miejscu, np. w europarlamencie. A kampanię samorządową prowadzi, bo musi. – Trzaskowski niby spotyka się z mieszkańcami Warszawy, ale wygląda to raczej, jakby woził ze sobą warszawskich działaczy Platformy, którzy robią mu za tłum, bo jeżeli na spotkaniu z mieszkańcami Bielan pytania zadają mieszkańcy Białołęki, Woli czy Młocin, to skąd się tam wzięli? – śmieje się warszawski samorządowiec. Spotkanie na Bielanach można obejrzeć na profilu Rafała Trzaskowskiego na Facebooku i faktycznie jako pierwszy pytania zadawał mieszkaniec Białołęki, który przyznał, że jest członkiem PO, i na wstępie zakwestionował przywództwo Grzegorza Schetyny w partii, mówiąc: „Z tym przywódcą w wyborach parlamentarnych dużych szans nie mamy”. I dodał, że Trzaskowski, zamiast kandydować na prezydenta Warszawy, powinien raczej powalczyć o przywództwo w partii. Ta jedna wypowiedź pokazuje, że kampania Trzaskowskiego to nie będzie przechadzka po parku. A to niejedyny problem. Drugim słabym punktem jest nieobecność Pawła Rabieja, teoretycznie przyszłego wiceprezydenta miasta, co wynika z porozumienia między PO i Nowoczesną. Wiceprezydentów oczywiście nie wybiera się w wyborach powszechnych, ale skoro obie partie zaprezentowały tandem Trzaskowski – Rabiej, to aż się prosi, by ten drugi zaangażował się w kampanię na równi z Trzaskowskim. Tymczasem nieobecność Rabieja rzuca się w oczy i dowodzi, że porozumienie jest czysto papierowe.

Jaki kontra Kkarczewski

Ale nawet taka kampania jest lepsza niż zaciekła walka o nominację, która toczy się w PiS między marszałkiem Sejmu Stanisławem Karczewskim a wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jakim. Żaden z polityków nie chce ustąpić drugiemu i na razie żadna decyzje nie zapadła. Przez jakiś czas w PiS rozważano koncepcję, żeby Zjednoczona Prawica, tak jak PO i Nowoczesna, wystawiła kandydatów na prezydenta i wiceprezydenta. Gdy jednak Karczewski powiedział o tym publicznie, obsadzając Patryka Jakiego w roli swojego zastępcy, ten natychmiast odparł, że stanowisko wiceprezydenta go nie interesuje. I mimo zapewnień, że jeżeli kandydatem zostanie Karczewski, to on, Jaki, zrobi wszystko, by kandydat PiS wygrał, to jednak jego reakcja na pomysł, że mógłby być wiceprezydentem, znaczyła ni mniej, ni więcej: albo bierzecie mnie i korzystacie z mojej popularności wypracowanej w komisji weryfikacyjnej, albo Karczewskiego i martwcie się sami, jak wygrać wybory na prezydenta Warszawy. W PiS taka postawa nie mogła się spodobać. Na dodatek po aferze z przepisem nowelizującym ustawę o IPN, który wywołał kryzys polsko-izraelski, Jaki, autor – Poszedł sygnał, że go można krytykować i teraz wszyscy po nim skaczą – mówi polityk PiS.Inny z naszych rozmówców dodaje, że Jaki czuł się zbyt pewnie, za dużo miał okładek i uznano, że należy go trochę przeczołgać. Z drugiej strony w PiS decyzja o kandydacie na prezydenta zapadnie prawdopodobnie dopiero po 10 kwietnia, a więc po symbolicznym zamknięciu sprawy smoleńskiej. To akurat działa na korzyść Jakiego. – Do tego czasu jego ewentualne przewiny pójdą w niepamięć, a jeżeli sondaże będą pokazywały, że tylko on ma szansę na wygraną, to zostanie kandydatem na prezydenta Warszawy – przekonuje polityk Zjednoczonej Prawicy.

Aborcja i pomniki smoleńskie

Sondaże wyborcze na razie faworyzują Trzaskowskiego, ale kandydaci PiS depczą mu po piętach. Tak więc rozstrzygająca będzie strategia przyjęta w kampanii. Już po pierwszych spotkaniach widać, że Rafał Trzaskowski będzie się odwoływał do elektoratu centrowego i lewicowo-liberalnego. Na spotkaniach z dziennikarzami w ubiegłym tygodniu mówił m.in. o przestrzeganiu praw kobiet przez miejskie szpitale. Nie sprecyzował dokładnie, o co chodzi, ale nietrudno się domyślić, że miał na myśli prawo do legalnego przerywania ciąży, które często jest trudne do wyegzekwowania, ponieważ lekarze, korzystając z klauzuli sumienia, odmawiają wykonania aborcji. Trzaskowski zapowiedział więc, że w każdym z 12 szpitali miejskich prawa kobiet będą przestrzegane. Mówił też o zbudowaniu sieci aptek, specjalnie oznaczonych, w których nikt nie odmówi sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Zapewniał też, że w miejskich spółkach zostanie wdrożona równość płacowa – kobiety i mężczyźni na tych samych stanowiskach będą zarabiali tyle samo. A więc jest to bez wątpienia próba pozyskania elektoratu lewicowego, który odsunął się od PO i Nowoczesnej po pamiętnym odrzuceniu w Sejmie ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne. Niestety, przy takiej kampanii można stracić konserwatywną część PO. Drugie pole walki o wyborców to pomniki smoleńskie. Wyznaczyła je Trzaskowskiemu partia. PiS postanowił postawić pomniki na pl. Piłsudskiego, uprzednio przejmując od ratusza kontrolę nad tym terenem państwa decyzją wojewody. Miasto rządzone przez PO kwestionuje to przejęcie, a politycy tej partii zapowiadają, że jeżeli pomnik smoleński stanie na pl. Piłsudskiego, to zostanie rozebrany. Trzaskowski tak daleko się nie posuwa w swoich wypowiedziach, ale zapowiada referendum w sprawie pomników smoleńskich. Nie jest więc wykluczone, że wybory na prezydenta Warszawy zmienią się w plebiscyt za lub przeciw pomnikom smoleńskim na pl. Piłsudskiego.

Strategia dla pis

Z kolei strategia wyborcza PiS zależeć będzie od tego, kto ostatecznie zostanie kandydatem tej partii na prezydenta Warszawy. Jeżeli będzie to Patryk Jaki, to narzuca się strategia szeryfa, który robi w mieście porządek po długoletnich rządach PO. Temu służy komisja weryfikująca głośne decyzje reprywatyzacyjne warszawskiego ratusza i do tej pory zwracająca miastu wszystkie nieruchomości jak leci. Jaki już pozyskał na swoją rzecz organizacje lokatorskie, które po latach lekceważenia mogą się publicznie wypowiedzieć na temat nieszczęść mieszkańców reprywatyzowanych kamienic. Strategia szeryfa, który oczyszcza miasto z nieprawości, przyniosła zwycięstwo w Warszawie Lechowi Kaczyńskiemu w 2002 r. Wtedy kandydat PiS przekonał warszawiaków, że po latach rządów nieformalnej koalicji SLD i Unii Wolności w stolicy trzeba kogoś, kto przetnie zastałe układy. Ale Warszawa to nie tylko reprywatyzacja, a Patryk Jaki, magister politologii, pogardliwie przezywany przez opozycję dresiarzem z Opola, to nie Lech Kaczyński, intelektualista i nobliwy profesor prawa. Do wizerunku Lecha Kaczyńskiego bardziej przystaje Stanisław Karczewski, marszałek Senatu, chirurg z wykształcenia, kreujący się na człowieka porozumienia. Jaka strategia pasowałaby do niego? – Właściwie to nie ma takiej strategii, bo gdyby to był ktoś od Morawieckiego, to można by prowadzić kampanię pod hasłem, że prezydentem Warszawy będzie przedstawiciel nowego, europejskiego PiS, zdystansowany od twardego jądra tej partii, szanujący demokratyczne zasady i instytucje. Ale Karczewski przy okazji sądów czy ustawy o IPN dał się poznać jako żołnierz Kaczyńskiego, a więc tej roli odgrywać nie może – ocenia polityk Zjednoczonej Prawicy. Jest oczywiste, że działacze PiS woleliby widzieć Karczewskiego w fotelu prezydenta Warszawy, a nie oddawać to stanowisko mniejszemu koalicjantowi, czyli Solidarnej Polsce Zbigniewa Ziobry, której członkiem jest Jaki. Z drugiej strony w Jakim widać pasję i chęć wygrywania, a w wyborach triumfują tylko ci, którzy chcą wygrać.

Czarny koń

Wydawać by się mogło, że kandydaci PO i PiS nie pozostawiają zbyt wiele miejsca dla polityków innych opcji. A więc to między nimi rozegra się bój o Warszawę. Jednak część warszawiaków nie będzie chciała poprzeć Rafała Trzaskowskiego, bo po 12 latach Hanny Gronkiewicz-Waltz w ratuszu ma już dość rządów Platformy. Z kolei kandydat PiS – czy to Karczewski, czy Jaki – jest dla nich niestrawny. A więc jest miejsce dla trzeciego kandydata, który mógłby odegrać rolę czarnego konia w wyborach prezydenckich w Warszawie. Z całą pewnością nie będzie to Stanisław Tyszka, wicemarszałek Sejmu z Ruchu Kukiz’15. Stołeczni urzędnicy, a jest to niebagatelna grupa wyborców, już uważają go za szkodnika, bo Tyszka zasypuje ich interpelacjami, sądząc, że to jest świetny sposób na kampanię. Z kolei Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej zapowiedziała, że nie będzie kandydowała na prezydenta Warszawy. – Woli politykę krajową od lokalnej, a porażka w wyborach samorządowych byłaby dla niej obciążeniem w wyborach parlamentarnych za rok – słyszymy na lewicy. Możliwe więc, że SLD w ogóle nie wystawi kandydata na prezydenta. Apetyt na start ma natomiast Adrian Zandberg, jeden z liderów partii Razem. Ale ponieważ nie chce zrezygnować z szyldu partyjnego, nie może liczyć na poparcie ruchów miejskich. Jest jeszcze warszawski radny Jan Śpiewak, który nagłośnił aferę reprywatyzacyjną w Warszawie i teraz jest surowym recenzentem rządzącej wtedy PO. Jednak będzie grał na tym samym reprywatyzacyjnym polu co PiS, a to nie wróży mu sukcesu. Wyborcy per saldo zawsze wolą silniejszego. Na razie więc na horyzoncie żadnego czarnego konia nie widać. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 8/2018
Więcej możesz przeczytać w 8/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0