Wiosna pachnie wojną

Wiosna pachnie wojną

Rakieta Iskander na transporterze
Rakieta Iskander na transporterze / Źródło: Wikimedia Commons / Vitaly V. Kuzmin/CC
Żaden z konfliktów dzielących Wschód i Zachód nawet nie zbliżył się do rozwiązania. Politycy coraz bardziej skaczą sobie do oczu, a generałowie przygotowują się na najgorsze.

Doroczna konferencja bezpieczeństwa w Monachium była zawsze okazją do pokazania światu, że liderzy przynajmniej starają się uczynić świat lepszym. W tym roku było zupełnie inaczej i to wcale nie z powodu awantury, jaką wywołał premier Mateusz Morawiecki, mówiąc o udziale Żydów w zagładzie własnego narodu. Tak naprawdę poza Polską i Izraelem mało kto zwrócił na to uwagę w ogólnym zgiełku konferencji, podczas której wszyscy kłócili się ze wszystkimi.

Ukraiński prezydent Petro Poroszenko nazwał Rosję największym zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa. Izraelski premier Beniamin Netanjahu za światową Nemezis uznał Iran, co w sumie oznacza mniej więcej to samo, bo przecież Moskwa i Teheran ściśle ze sobą współpracują. Europa w Monachium narzekała na brak amerykańskiego przywództwa, któremu zresztą przy innych okazjach zdecydowanie się sprzeciwia. Za to Amerykanie toczyli swoje własne spory z Rosjanami, i to na kilku frontach. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow krytykował USA za plany modernizacji arsenału atomowego, zakładające stworzenie większej ilości głowic o mniejszej sile rażenia, przydatnych w lokalnych konfliktach. Amerykanie bronili się, że plany zmian strategii nuklearnej wymuszane są przez agresywną politykę Rosji i Chin.

Jeśli w czymś się obie strony zgadzały, to w tym, że szanse na przedłużenie porozumień rozbrojeniowych START, które wygasają w 2021 r., są obecnie niewielkie. H.R. McMaster, doradca Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego, wytykał Rosjanom, że prowadzą bezpardonową wojnę cybernetyczną przeciw USA. Szef komitetu spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Konstantin Kosaczew próbował te zarzuty wykpiwać do czasu, gdy okazało się, że 16 Rosjan pracujących w fabryce internetowych trolli zostało oskarżonych o manipulowanie na masową skalę sieciami społecznościowymi przy okazji wyborów prezydenckich w USA. Zarzuty postawił ten sam prokurator Mueller, który prowadzi dochodzenie w sprawie domniemanego spiskowania Trumpa z Rosją. Trudno go więc uznać za ślepe narzędzie administracji, której przedstawiciele już zapowiadają uderzenie w Putina nowymi, jeszcze ostrzejszymi sankcjami. Gorąco było także w kuluarach konferencji. Niemieckiemu politykowi Partii Zielonych tureckiego pochodzenia Cemowi Özdemirowi trzeba było przydzielić ochronę policyjną z obawy przed napaścią ze strony ochroniarzy oficjalnej delegacji tureckiego rządu, którzy zwyzywali go w hotelu od terrorystów. Tegoroczne Monachium okazało się więc być gigantycznym jarmarkiem kłótni i sprzecznych interesów. Skojarzenia z niesławną konferencją monachijską z 1938 r., ostatnią próbą zapobieżenia nadciągającej wojnie, nasuwają się same. Zwłaszcza że z dala od sal konferencyjnych i sporów panelistów wojskowi zajęli się już stosownymi przygotowaniami.

Kucharz Putina

Kilka dni przed rozpoczęciem monachijskiej konferencji amerykańskie lotnictwo rozbiło w Syrii duży oddział sił rządowych atakujących pozycje wspieranych przez USA Kurdów. Przed atakiem, zgodnie z porozumieniem zawartym wcześniej z Moskwą, Amerykanie zadzwonili do rosyjskiego sztabu w Syrii, pytając, czy w rejonie planowanego przez nich ataku nie ma rosyjskich żołnierzy. Gdy usłyszeli zaprzeczenie, wysłali samoloty, które zmiotły z powierzchni ziemi całą kolumnę uderzeniową liczącą ponad 500 żołnierzy. Szybko okazało się, że trzon syryjskich sił rządowych stanowili rosyjscy najemnicy z tzw. oddziału Wagnera. Jest to pseudonim pułkownika rosyjskiego specnazu Dmitrija Utkina, zajmującego się od lat werbowaniem ochotników do odwalania brudnej roboty wszędzie tam, gdzie Rosja nie chce albo nie może posłać regularnych wojsk. Najemnicy Wagnera brali udział w zajmowaniu ukraińskiego Krymu przez osławione zielone ludziki, a potem w najcięższych walkach na Donbasie, m.in. o Ługańsk i Debalcewo.

Wagnerowcy od początku biorą też udział w rosyjskiej interwencji w Syrii. To oni dwa razy odbijali z rąk islamistów Palmirę. Atakiem na pozycje wspieranych przez USA syryjskich Kurdów dowodził jeden z zastępców Utkina, były oficer rosyjskiej marynarki Siergiej Kim. Operacja zakończyła się masakrą Rosjan przez amerykańskie F16. Na miejscu zginęło ponad 100 najemników, a kolejne dwie setki rannych miało zostać przewiezionych potajemnie do rosyjskich szpitali wojskowych. Kreml w tej sprawie najpierw nabrał wody w usta. Kiedy jednak w rosyjskim internecie zaczęły pojawiać się informacje od rodzin najemników o trupach wywożonych z pustyni kamazami, oficjalna propaganda zaczęła prokurować przekaz o zdradzieckim amerykańskim ataku na poddających się Rosjan. Podczas konferencji w Monachium było już wiadomo, że grupę Wagnera finansuje ten sam oligarcha i były kucharz Putina Jewgienij Prigożyn, do którego należy fabryka trolli oskarżonych o manipulacje wyborcze w USA. Bezpośrednie, personalne powiązania między rosyjskimi hakerami i rosyjskimi najemnikami to najlepszy dowód na to, że Rosjanie do perfekcji opanowali sztukę prowadzenia wojny na różnych frontach.

Walka jedną ręką

W ubiegłym tygodniu łotewska policja rozpoczęła formowanie czterech specjalnych jednostek policyjnych szkolonych do zwalczania działań hybrydowych. W kraju, gdzie co czwarty obywatel jest rosyjskiego pochodzenia, zagrożenie prowokacjami, mogącymi wywołać interwencję wojsk Federacji, jest duże. Jednocześnie w sąsiedniej Estonii, w bazie lotniczej Amari, stacjonujący tam w ramach kontyngentu NATO piloci amerykańskiej 112. Ekspedycyjnej Eskadry Myśliwskiej rozpoczęli ćwiczenia mające przygotować ich do działań w warunkach wojny cybernetycznej. Chodzi głównie o przygotowanie pilotów do walki bez użycia zaawansowanych technologii wspomagających. Zapewniały one dotąd lotnictwu USA taktyczną przewagę, jednak w obecnych warunkach mogą stać się także przyczyną ewentualnej klęski. Uczy tego historia wojny na Donbasie, gdzie Rosjanie zastosowali mnóstwo niezwykle skutecznych urządzeń zagłuszających.

Sprawni rosyjscy hakerzy mogą też łatwo zniwelować amerykańską przewagę technologiczną, dlatego Pentagon zaczął uczyć żołnierzy walczyć bez cyfrowych nowinek. – Masz do dyspozycji wszystkie bajery, a potem dostajesz rozkaz, żebyś zawiązał sobie jedną rękę na plecach i tak sobie radził – mówił w wywiadzie dla serwisu The Daily Signal ppłk. Greg Barasch, dowódca 112. Eskadry Myśliwskiej. Zamiast więc zrzucać naprowadzane GPS inteligentne bomby, jego piloci uczą się bombardowań z zastosowaniem zwykłych bomb. Celność trafienia zależy od refleksu pilota i jego wyczucia praw balistyki, a nie elektroniki. Te umiejętności zaczęły zanikać w ostatnich latach. Nie tylko z powodu nasycenia samolotów elektroniką, ale także dlatego, że US Army od dwóch dekad zajmowała się zwalczaniem słabo wyposażonych rebeliantów. Tymczasem Rosja to zupełnie inny przeciwnik. Nic więc dziwnego, że Pentagon prosi Kongres o aprobatę budżetu na 2019 r. na poziomie 686 mld dolarów, czyli jeden z największych w dziejach USA.

Słabi sojusznicy

Tymczasem Europa wydaje się słabo przygotowana do ewentualnego konfliktu. Po chwili euforii, wywołanej decyzją o przesunięciu części sił NATO do obrony wschodniej flanki Sojuszu, nastroje znów są minorowe. Okazuje się, że te gesty to ciągle za mało, żeby stworzyć skuteczne odstraszanie. Zmobilizowanie 30 tys. żołnierzy Sojuszu będzie trwało zbyt długo, żeby zapobiec inwazji na kraje bałtyckie, a poza tym i tak będą to zbyt małe siły w porównaniu z ponad 100-tysięczną armią, którą Rosja zgromadziła przy granicy z NATO. Do tego jakość tych natowskich wojsk pozostawia wiele do życzenia. Niemiecka prasa twierdzi, że Bundeswehra nie jest w stanie brać udziału w tzw. szpicy NATO przeznaczonej do szybkich akcji na wschodniej flance. Co prawda, dowództwo armii niemieckiej temu zaprzecza, ale jednocześnie w ubiegłym tygodniu w niemieckim Bundestagu przedstawiono raport dotyczący braków w ludziach i sprzęcie, na które cierpi Bundeswehra. Niezdolnych do operacji ma być m.in. sześć okrętów podwodnych marynarki niemieckiej, czyli wszystkie, i dziewięć z 15 fregat, które z powodu wieku znajdują się w ciągłym remoncie. Niesprawna ma być także większość samolotów transportowych umożliwiających szybkie przerzucanie wojsk w rejon zagrożenia.

Za sterami myśliwców i śmigłowców zasiadają z kolei mało doświadczeni piloci, a armii brakuje ponad 20 tys. oficerów. Raport parlamentarny winą za ten stan rzeczy obarcza cięcia w wydatkach na zbrojenia prowadzone od lat przez rząd Angeli Merkel. Większych pieniędzy i tak nie będzie, bo socjalistyczny koalicjant chadeków Merkel jest im zdecydowanie przeciwny. Niemcy, podobnie jak inni zachodnioeuropejscy sojusznicy, odrzucają apele Donalda Trumpa o zwiększenie wydatków na armię. Nie tylko wschodniej, ale też południowej flance Sojuszu grozi osłabienie. Strzegąca południowych rubieży NATO Turcja jest ostatnio w stanie dyplomatycznej wojny z Europą i USA. Rząd w Ankarze sugeruje wręcz gotowość do odwrócenia dotychczasowych sojuszy. Prezydent Erdoğan ostentacyjnie i wbrew sprzeciwom NATO zakupił duże ilości broni z Rosji i bardzo dba o dobre stosunki z Kremlem. Ostatnio pojawiły się np. informacje, że Turcja może wesprzeć samozwańcze republiki ludowe na ukraińskim Donbasie kontrolowane przez Rosję. Chodzi o zakup dużych ilości węgla z donieckiego zagłębia za pośrednictwem Abchazji oderwanej w 2008 r. siłą przez Rosję od Gruzji. Ujawnił to w wywiadzie dla ługańskiej telewizji Siergiej Ladarija, przedstawiciel nieuznawanej przez nikogo poza Rosją i Wenezuelą Abchazji. Krok taki byłby naruszeniem embarga nałożonego na towary z okupowanych przez Rosję terytoriów ukraińskich. Bardziej pesymistyczne scenariusze mówią wręcz o możliwości starć sił tureckich operujących obecnie w Syrii z USA. Celem tureckiej operacji są owiem ci sami Kurdowie, których próbowali zaatakować rosyjscy najemnicy Wagnera.

Kres dyplomacji

Nieciekawie wygląda także sytuacja na Ukrainie. Plany wprowadzenia do Donbasu misji ONZ utknęły w martwym punkcie. Na konferencji w Monachium atmosfera wokół tego konfliktu była tak zła, że odwołano nawet spotkanie w tzw. formacie normandzkim z udziałem Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji. Głównym zadaniem tej grupy było podtrzymywanie przy życiu dyplomatycznego trupa, jakim jest porozumienie mińskie mające zakończyć inwazję rosyjską na Ukrainę. To, że uznano je za niepotrzebne, najlepiej dowodzi, że nikt nie widzi już nawet sensu w jego pudrowaniu. Nie brak głosów, że sytuacja na Ukrainie dojrzewa do nowej odsłony wojny na Donbasie. Przez ostatnie miesiące panował tam względny spokój. Rosjanie wymordowali kilku co bardziej krewkich i nieposłusznych donieckich watażków, licząc, że konflikt na Donbasie przyda im się do negocjacji z Trumpem. Do żadnych rozmów jednak nie doszło. Nowa administracja, zamiast rzucić się Putinowi w ramiona, gra z Rosją coraz ostrzej. Nie tylko w Syrii, jak ostatnio, lecz także na Ukrainie. Po latach odmów i kluczenia Waszyngton zezwolił w końcu na dostarczenie armii ukraińskiej broni przeciwpancernej, bardzo przydatnej do zwalczania rosyjskich czołgów operujących na donieckim stepie. Moskwa rewanżuje się mobilizacją na Krymie, gdzie strategiczne bombowce Tu-95 ćwiczą odpalanie pocisków manewrujących na terytorium Ukrainy. Wszystkie te aktywności mogą być oczywiście tylko demonstracyjnym prężeniem muskułów przez wojskowych. Jednak po napiętej atmosferze panującej w Monachium widać dobrze, że dyplomaci wyczerpują swoje możliwości. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 9/2018
Więcej możesz przeczytać w 9/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także