Zagubiony uczeń czarnoksiężnika

Zagubiony uczeń czarnoksiężnika

Ludwik Dorn
Ludwik Dorn / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FOTONEWS
Jarosław Kaczyński w coraz większym stopniu tańczy, jak mu zagrają radykalne środowiska narodowe – mówi Ludwik Dorn, były wicepremier.

Po co Jarosław Kaczyński zabrnął w sprawę nowelizacji ustawy o IPN?

Nie sądzę, żeby miał w tym jakiś cel albo żeby łączył się z tym jakiś plan. Mamy tu do czynienia z czymś, co francuski filozof polityki Raymond Aron określa za Szekspirem jako „wściekłość i wrzask”. Aron twierdził też, że najbardziej sprawczą siłą historii są niekompetencja i ignorancja. To jest dokładnie ten przypadek.

Niekompetencja Patryka Jakiego?

Ministra Jakiego, Jarosława Kaczyńskiego i wszystkich innych w to zaangażowanych. Tworzą oni pewien proces polityczny, który nieświadomie buduje nową koncepcję polskiej wspólnoty narodowej. Efektem tego procesu jest jad, który nie uderza tak naprawdę w Żydów, lecz zatruwa i ogłupia Polskę. Wywołuje raptowny regres i infantylizację tejże wspólnoty. Widać, że obóz rządzący jest wobec tego bezradny.

Myśli pan, że Kaczyński nie steruje tym procesem świadomie?

Absolutnie nie. Kaczyński nie ma własnej wizji wspólnoty narodowej, w związku z tym, zaciskając zęby, w coraz większym stopniu tańczy, jak mu zagrają radykalne środowiska narodowe. Chce zbudować wielki obóz polityczny złożony z bardzo zróżnicowanych środowisk, skonstruowany na zasadzie patchworku, czyli tkaniny pozszywanej z różnych kawałków materiału. Efekt jest taki, że niezbyt wpływowe dotąd środowiska narodowe są jak ogon, który macha psem. Stają się wobec PiS formacyjno-ideową potęgą! Bo w końcu coraz więcej prawicowych środowisk dochodzi do wniosku, że oni nie są dziady, żeby się w patchworki ubierać, a tu oferuje im się garniturek z mieczykiem Chrobrego w klapie.

Jednak prezes Kaczyński mówi wprost, że to diabeł podpowiada Polakom antysemityzm. A w Sejmie PiS głosował za uchwałą wspominającą marzec 1968 r., w którym znalazło się jednoznaczne potępienie antysemityzmu. Formułowane wobec niego zarzuty, że ma antysemickie ciągoty, są raczej absurdalne.

To prawda. Ale Kaczyński jest jak zagubiony uczeń czarnoksiężnika. Wypuścił dżina z butelki, ale nie umie się przyznać, że to jego wina, więc krzyczy, że to diabeł. Przyznam, że wydaje mi się to dosyć żałosne. Prezes PiS, wraz ze swoimi akolitami, z pewną nieświadomością konsekwencji zrobił miejsce dla idei radykalno-narodowych. One istniały wcześniej, ale dzięki PiS – i to jest różnica w stosunku do przeszłości – stały się istotnym, uprawomocnionym stanowiskiem w debacie publicznej. Jeżeli redaktor Pospieszalski zaprasza do programu w telewizji publicznej młodzianów z ONR, którzy opowiadają, że antysemityzm to jest wymysł żydowski, to jest to jednak nowa jakość. Przyznam, że to mną wstrząsnęło.

Albo taki ksiądz Henryk Zieliński, który opowiada w mediach, że Żydzi mają inną niż chrześcijanie koncepcję prawdy, że dla Żyda to jest prawdziwe, co dla niego korzystne... Niektórzy twierdzą, że PiS robi to po to, żeby mobilizować wyborców.

To nieprawda. Jarosław Kaczyński nie musi w ten sposób mobilizować elektoratu. Jednak, w ramach konstruowania patchworku, o którym już mówiłem, daje na postawy antysemickie pewne przyzwolenie. Na zasadzie: „Tutaj mamy naszych kochanych antysemitów, a tutaj mamy naszych kochanych dworskich Żydów”. Czasem któryś z tych antysemitów pójdzie o krok za daleko i wtedy trzeba wszcząć akcję ratunkową. Tak było z senatorem Waldemarem Bonkowskim, który zaczął umieszczać jawnie antysemickie wpisy w mediach społecznościowych. Zrobił się szum, to trzeba było go zawiesić. Ale nie oszukujmy się – pan senator zawsze tak myślał i wszyscy o tym doskonale wiedzieli. Tylko teraz uznał, że już można o tym mówić głośno. A że nie jest tak inteligentny, jak ksiądz Zieliński, powiedział trochę za dużo i przekroczył ruchomą, cienką czerwoną linię.

Ocenia pan więc, że pośrednio winę za obecne fale antysemityzmu ponosi Kaczyński?

Tak, ale nie w ten sposób, o którym mówi część jego krytyków. Uważam, że wszelkie paralele z Marcem ’68 r. i Władysławem Gomułką są nietrafione. To zresztą także nieznajomość historii, bo przecież to nie Gomułka jako pierwszy odwołał się do antysemityzmu, tylko Mieczysław Moczar, który go zwalczał. Gomułka potem usiłował się bronić, dlatego wszedł w ten język.

A następnie ten język rządzących został ochoczo przejęty przez publicystów, a także zwykłych ludzi. Stąd porównania do tego, co się dzieje dziś, wydają się częściowo uprawnione. Choć, oczywiście, dziś skala jest mniejsza, nikt też nikogo nie wyrzuca z kraju.

A no właśnie! „Prawie” czyni wielką różnicę. Ponadto nie wszystkich publicystów i tylko niektórych zwykłych ludzi.

Porozmawiajmy o tej wizji wspólnoty narodowej, którą formułują środowiska narodowe, a przejmuje PiS.

Wbrew temu, co się mówi, ta wizja nie jest obecnie jakoś radykalnie antysemicka. Żyd jest tu elementem dopełniającym. Podstawą jest twierdzenie, że mamy liberalne lewactwo (odpowiednik „zgniłego liberalizmu” z lat 30. ubiegłego wieku), które rozłożyło już Zachód, a za chwilę, jeżeli nie „wstaniemy z kolan”, rozłoży też Polskę. A ponieważ z tych kolan wstajemy, to wszyscy możni tego świata chcą nas złamać: Merkel, Netanjahu, a ostatnio nawet nasz przyjaciel Trump.

A więc spisek.

No właśnie. A w polskich warunkach, gdzie mamy inercję narzędzi mentalnych organizujących postrzeganie rzeczywistości, jak mamy jakiś spisek, to prędzej czy później musi się pojawić Żyd. A więc ten Żyd się pojawia, ale nie jest głównym elementem konstrukcji świata wyobrażonego, lecz dopełnieniem konstrukcji. Niezbędnym elementem, żeby te puzzle ułożyły się w spójny obraz.

W Polsce nie ma istotnego problemu antysemityzmu?

Tego nie powiedziałem. W części społeczeństwa jest dość trwałe nastawienie antysemickie. Tyle że w II RP, po II wojnie światowej czy w Marcu ’68 ten antysemityzm był walczący, skierowany przeciw realnym Żydom – uderzał w społeczność, która, po pierwsze, istniała jako bardziej lub mniej istotny podmiot, a po drugie, istniała stawka w grze. Ci, którzy chcieli się pozbyć Żydów, często marzyli o tym, żeby zająć ich miejsce – w systemie ekonomicznym, uniwersyteckim czy w wolnych zawodach. Po 1945 r. doszedł do tego lęk, że „oni wrócą i upomną się o swoją własność”. Z kolei w 1968 r. mieliśmy do czynienia z konfliktem między półinteligencją chowu PZPR-owskiego a resztkami inteligencji starego chowu, do których doszlusowała część ludzi ze środowisk rewizjonistycznych, po części tylko pochodzenia żydowskiego. Upraszczając – były stanowiska do wzięcia – w partii, na uniwersytetach, w ministerstwach. Teraz niczego takiego nie ma, więc ten antysemityzm jest raczej teoretyczny. W tej konstrukcji Żyd jest raczej pokłosiem arabskiego uchodźcy. Tyle że, o ile uchodźca może do nas teoretycznie przyjechać, to Żyd już chyba tylko na wycieczkę.

Nie do końca. Poseł Robert Winnicki straszy roszczeniami reprywatyzacyjnymi. W ubiegłym tygodniu, sprzeciwiając się uchwale Sejmu w sprawie Marca, z mównicy odwoływał się do archetypu żydokomuny.

Choć w Sejmie jest osamotniony, ja tego nie lekceważę. Na dłuższą metę formacyjno-ideowe oddziaływanie jego nurtu okazuje się całkiem silne. Nie zmienia to faktu, że nie widzę podglebia do antysemityzmu walczącego. Co nie znaczy, że zjawisko nie jest groźne. Te antysemickie tendencje ideowe są bowiem elementem infantylizacji polskiej wspólnoty, pewnego rodzaju psychologicznej regresji. Mówiąc prościej, polska wspólnota zamiast dojrzewać, cofa się do wcześniejszych faz rozwojowych, zaczyna przypominać nieszczęśliwe dziecko, które albo samotnie ssie w kącie kciuk, albo rzuca się na podłogę i wali w nią piętami i głową.

Zawirowania z ustawą o IPN to niejedyny kłopot PiS. Ostatnio obóz rządzący przechodzi z jednego kryzysu w kolejny, coraz bardziej widoczne stają się też wewnętrzne wojny.

Nie przesadzajmy. Wojny są zawsze, kopanie się w kostkę i wyrywanie sobie drabinek przed szafką z konfiturami to norma. Problemem stają się wtedy, gdy rządzący nie umieją ich opanować. Dzieje się tak wtedy, gdy nie ma wypracowanych mechanizmów koordynacji i komunikacji. Kryzys wokół ustawy o IPN jest tego przykładem.

Czy to może zaszkodzić przywództwu Jarosława Kaczyńskiego?

Pogłoski o kryzysie jego przywództwa są mocno przesadzone. Widać, że jest w dobrej formie, więc na razie się na to nie zanosi.

A nagły awans Mateusza Morawieckiego? Zdaniem niektórych to namaszczenie następcy.

To rojenia. Czy Aleksander Wielki mógł mianować następcę? W partiach oligarchiczno-demokratycznych, ale też wodzowskich, nie ma namaszczania następców! Silny przywódca, który wyznacza następcę, automatycznie przestaje być silny i Kaczyński doskonale o tym wie.

Czyli nie przewiduje pan zmian układu sił w polityce?

Dziś nie przewiduję. Opozycja jest słaba, żadna z partii nie przejawia aspiracji do przywództwa narodowego. No, ale oczywiście rzeczywistość społeczna i polityczna nie jest do końca przewidywalna. Gdy Harold Macmillan został premierem Wielkiej Brytanii, na pytanie dziennikarza: „Czego pan się najbardziej obawia?”, odpowiedział: „Wydarzeń”. Trzeba się więc liczyć z tym, że nagle coś się wydarzy i sytuacja się zmieni. Być może obecne załamanie się pozycji Polski w wymiarze międzynarodowym będzie takim czynnikiem, bo budzi w ludziach strach, a strach to bardzo silna emocja. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 11/2018
Więcej możesz przeczytać w 11/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0