Słowacja w cieniu mordu

Słowacja w cieniu mordu

Piszę te słowa w Bratysławie. Jestem tu drugi dzień na specjalnej misji Parlamentu Europejskiego, która przyjechała do Słowacji w związku z zabójstwem dziennikarza śledczego śp. Jana Kuciaka i jego narzeczonej. Szef policji Tibor Gaspar użył w tym kontekście słowa „egzekucja”. Byłem w miejscowości Veľká Mača, położonej 65 km od stolicy kraju, gdzie mieszkał ten 27-letni dziennikarz portalu internetowego.

Piszę te słowa w dniu, gdy w 5-milionowej Słowacji mają odbyć się duże demonstracje przeciwko rządowi. Rektorzy wyższych uczelni dali studentom dzień wolny – co można odebrać jako swoistą demonstrację antyrządową. Ta decyzja na pewno zwiększy skalę protestów, ponieważ Słowacja jest bodaj jednym z trzech krajów Unii Europejskiej, gdzie studenci (ale też emeryci) mają darmowe bilety kolejowe.

Premier Robert Fico, lider lewicowej partii SMER, mówi nam, że w czasie piątkowych demonstracji (Państwo już wiecie, jaki miały przebieg) spodziewa się prowokacji i wdzierania się do budynków rządowych (przypomina mi to sytuację podczas Majdanu w Kijowie). Słyszymy, że opozycja może prowokować rozlew krwi, aby potem powiedzieć, że rządzący „mają krew na rękach”. Skądinąd szef rządu naszego południowego sąsiada musi pamiętać, że w 2012 r. antykorupcyjne protesty zmiotły premier Ivetę Radičovą. Dziś obawia się powtórki, tyle że w drugą polityczną stronę. W naszej delegacji jest sześciu europosłów. Jestem w niej jedynym Polakiem. Poza mną: Niemka, Anglik, Włoch, Holenderka i Węgier. Włoch wyjeżdża już po jednym dniu, bo spieszy się na polityczny konwentykl w Rzymie – ważny, bo jego Ruch Pięciu Gwiazd właśnie wygrał wybory w Italii i może współtworzyć rząd, obojętnie, czy zaniecha, czy nie swojego pomysłu o wyjściu Italii ze strefy euro. Słowacki jest dla nas językiem najmniej obcym, najbliższym naszej mowie ojczystej, bardziej niż czeski czy ukraiński.

Jako jedyny wśród europoselskiej misji nie muszę zakładać słuchawek, gdy mówią nasi słowaccy partnerzy: najpierw przedstawiciele organizacji pozarządowych, potem reprezentanci protestujących na ulicach, zresztą bardzo młodzi i płynnie mówiący po angielsku, a na koniec politycy. Byłem u prezydenta republiki Andreja Kiski. To ciekawe, jaka jest różnica między naszymi krajami w ramach V4 – Grupy Wyszehradzkiej. W Polsce czy na Węgrzech wręcz niemożliwe jest, aby do władzy doszedł miejscowy oligarcha czy lokalny bogacz. Ale to, co nierealne nad Wisłą i Dunajem, jak najbardziej sprawdza się w dawnej Czechosłowacji. Bo przecież w Pradze mamy premiera Andreja Babisza, skądinąd Słowaka, klasycznego oligarchę.

Z kolei w Bratysławie głową państwa jest właśnie wspomniany Kiska, ojciec czworga dzieci, uwielbiający jeździć na nartach (gdy podejmowałem go w Strasburgu w imieniu europarlamentu, mówił mi, że nieraz szusował z prezydentem Andrzejem Dudą). Pierwszy obywatel Słowacji to trochę odpowiednik Grzegorza Biereckiego – tyle że senator PiS tworzył jednak kasy spółdzielcze, a Kiska prywatne. Spędził kilka lat w USA, mówi po angielsku i na spotkaniu z nami niemalże zachęca, aby UE zajmowała się jego ojczyzną, bo „wszyscy jesteśmy jedną europejską rodziną”, a w rodzinie, ma się rozumieć, takie ingerencje w wewnętrzne sprawy innego członka rodziny są uprawnione. Prawicowy prezydent i lewicowy premier mówią to samo, ale nie tak samo: obaj chcą szybkiego zakończenia śledztwa, ale Kiska chce nowych wyborów, a Fico utrzymania władzy. Słowacki premier jest po zawale, przegrał wybory prezydenckie z Kiską i teraz, po zakończeniu misji szefa rządu, marzyć ma ponoć o stanowisku prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W Europie nie zabija się dziennikarzy – jeśli tak, to tylko w Rosji. W ostatnim czasie wyjątkiem są Malta i Słowacja. W obu krajach rządzi lewica. Przypadek? g

AUTOR JEST POSŁEM DO PARLAMENTU EUROPEJSKIEGO.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2018
Więcej możesz przeczytać w 11/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0