Coś po nim zostało

Coś po nim zostało

Koncert "Gintrowski - a jednak co po nas zostanie"
Koncert "Gintrowski - a jednak co po nas zostanie"
16 marca najgorętszym miejscem ośnieżonego Wrocławia było Narodowe Forum Muzyki. Publiczność rozgrzał koncert „A jednak coś po nas zostanie” z piosenkami Przemysława Gintrowskiego.

Muzyczna historia zatoczyła koło. Równo dekadę temu, podczas koncertu Gintrowskiego w Studiu Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego, bardowi Solidarności na wiolonczeli towarzyszył Jan Stokłosa. Teraz Stokłosa na nowo zaaranżował jego piosenki i poprowadził Orkiestrę Symfoniczną Narodowego Forum Muzyki. Muzyka, której w latach 80. słuchaliśmy z magnetofonów kasetowych (nieliczni mieli szczęście słyszeć samego autora na żywo w małych salkach), na największej scenie NFM zabrzmiała wyjątkowo świeżo. Okazało się, że doskonale broni się bez „konspiracyjnego” kontekstu, z większą partią instrumentów niż tylko prosta gitara i z towarzyszeniem chóru pod kierownictwem Zuzanny Falkowskiej.

Głos niepodrabialnY

W inny wymiar znane wszystkim utwory przeniosła nie tylko nowa aranżacja, lecz także wykonawcy, którzy nie starali się naśladować niepodrabialnego głosu Gintrowskiego. Gdzie trzeba, byli delikatni, tak jak Ola Gintrowska w „Modlitwie”, gdzie trzeba – bezpardonowo ostrzy, tak jak Mateusz Ziółko w utworze „Gdy tak siedzimy nad bimbrem”. Podczas tej piosenki na publiczność spadły z balkonów ulotki z autentycznymi tekstami wyborczymi z 1989 r.

Bo należy pamiętać, że Gintrowski był nie tylko kompozytorem i pieśniarzem, ale też autorytetem politycznym i moralnym. Nic dziwnego, że bilety na dwa warszawskie koncerty „Gintrowski – a jednak coś po nas zostanie” zostały wyprzedane na kilka tygodni przed wydarzeniem – niezależnie od tego, czy była to widownia Teatru Polskiego, czy Opery Narodowej. Telewizyjną relację obejrzały w grudniu ponad trzy miliony widzów. – Na warszawskie koncerty pamięci Gintrowskiego widzowie przyjeżdżali z całej Polski. To dowód na to, że jest zapotrzebowanie na to, aby przypominać twórczość jednego z najbardziej wszechstronnych kompozytorów i charyzmatycznego barda – mówi Katarzyna Gintrowska, prezes Fundacji im. Przemysława Gintrowskiego, organizatora koncertu. – Ludzie tęsknią do jego muzyki, chcą się nią dzielić z kolejnymi pokoleniami, chcą pamiętać o tamtych czasach, także, a może przede wszystkim, dzięki kulturze, dzięki ponadczasowej muzyce i słowom, które nic nie straciły na swojej sile, na znaczeniu. To jest dziedzictwo nas wszystkich i wspólnie powinniśmy dbać, żeby wciąż żyło.

Dlatego dzisiaj chcemy przyjechać do widzów w Polsce z Gintrowskim. Z jego pieśniami, z jego muzyką, ze wspomnieniem. Chcemy przypominać o trudnych chwilach w najnowszej historii Polski, dbając, by nie zarosły „blizną podłości” – dodaje Gintrowska. Projekt serii koncertów nabiera szczególnego wymiaru dziś, gdy Sejm ogłosił bieżący rok Rokiem Zbigniewa Herberta. Gintrowski swoją muzyką nadał przecież jego poezji nowe życie i nowy wymiar. Pieśni Herberta to w twórczości Gintrowskiego ogromny rozdział; podczas wrocławskiego koncertu usłyszeliśmy m.in. „Potęgę smaku” oraz „Kamyk”. Tego wieczoru najbardziej jednak zaskoczyły „Mury”. Piosenkę – hymn Solidarności – trudno wyobrazić sobie w innej niż ikoniczna interpretacji. Tymczasem tenor Rafał Bartmiński i baryton Adam Szerszeń rozpoczęli utwór po włosku, a zakończyli go po polsku, przez cały czas pozostając w tonacji operowej!

Człowiek niszowy

Gintrowski, o czym warto pamiętać, to nie tylko pieśniarz i kompozytor „polityczny”, o czym przypomniała córka barda, Julia Gintrowska. Pokazała inne, bardziej osobiste oblicze kompozytora, gdy zaśpiewała jego piosenkę z filmu Macieja Ślesickiego „Tato”. W trakcie utworu mogliśmy zresztą oglądać wyświetlane na telebimie, wzruszające zdjęcia Przemysława z małą Julią z wakacji nad morzem.

Na zakończenie reżyserka koncertu, Gabriela Gusztyn-Popławska, oddała pole samemu bohaterowi wydarzenia – gdy na scenie stanęło puste krzesło, z głośników popłynął głos Gintrowskiego śpiewającego „Dokąd nas zaprowadzisz, Panie”, do którego z każdym słowem dołączał kolejny obecny tego wieczoru wykonawca. – Koncert, który przejmuje i porusza do głębi. Dla mnie to osobista wędrówka do czasów z przełomu szkoły średniej i studiów, gdy legendarne piosenki Gintrowskiego towarzyszyły nam w czasie długich letnich nocy przy ognisku i gitarze. Ta pełna pasji i zaangażowania muzyka pozwalała nam rozumieć, a może bardziej odczuwać to, co przeżywało pokolenie Gitrowskiego, dla którego muzyka była swoistym artystycznym polem walki. My mieliśmy to szczęście, że dla naszego pokolenia było to już pole po zwycięskiej bitwie – powiedział po widowisku Jacek Sutryk, dyrektor Departamentu do spraw Społecznych Urzędu Miejskiego we Wrocławiu.

– Gintrowski mylił się, mówiąc, że jest człowiekiem niszowym. On poruszał swoje pokolenie, rozkochał w swojej muzyce następne i, jak widać na przykładzie tego koncertu, będzie porywał kolejne. Dziękuję za ten wieczór pełen emocji, który mogliśmy przeżyć we Wrocławiu. Bo ten koncert nie mógł odbyć się w innym mieście. To właśnie tu w 2012 r. Gintrowski dał swój ostatni występ, o czym przypomniał Marek Mutor, dyrektor wrocławskiego Centrum Historii Zajezdnia. Chciałbym uspokoić tych, którzy nie dotarli do Wrocławia: kolejne koncerty „A jednak coś po nas zostanie” odbędą się w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku (maj), w Poznaniu i Krakowie (wrzesień) oraz w Teatrze Polskim w Warszawie (grudzień). g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 13/2018
Więcej możesz przeczytać w 13/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także