Mira z ostatniego rzędu

Mira z ostatniego rzędu

Jedna udana kampania wyborcza i jedna afera wywindowały mało znaną działaczkę samorządową Mirosławę Stachowiak-Różecką na najważniejsze stanowisko polityczne na Dolnym Śląsku.

Gdy świeżo upieczona posłanka PiS z Wrocławia przyjechała na pierwsze posiedzenie Sejmu, była przerażona nowym miejscem. – Paliłyśmy papierosy w sejmowej palarni – opowiada wrocławska posłanka Joanna Augustynowska, wówczas z Nowoczesnej, dziś z PO. – Spanikowana Mirka powiedziała: „Co my tu robimy, ja chcę wrócić do samorządu”. Dziś Stachowiak-Różecka rozdaje karty w dolnośląskim PiS i prawdopodobnie będzie ponownie walczyła o prezydenturę Wrocławia. A jeżeli nie zdobędzie tego stanowiska, to i tak zapewniła sobie świetne miejsce do startu w kolejnych wyborach parlamentarnych, co w zatłoczonym politycznymi sławami wrocławskim PiS wcale nie jest proste.

Żołnierka lipińskiego

Stachowiak-Różecka, rocznik ’73, działalność publiczną zaczynała od zakładania fundacji edukacyjnej przy przedszkolu, do którego chodził jej syn. W 2002 r. zapisała się do PiS, a więc jest z partią niemal od początku. We wrocławskim samorządzie zasiada od 2006 r., ale zaistniała dopiero w kampanii samorządowej 2014 r., gdy wystartowała w wyborach na prezydenta przeciwko Rafałowi Dutkiewiczowi. – Panią Stachowiak-Różecką pamiętam z kampanii prezydenckiej we Wrocławiu sprzed czterech lat i wspominam to jak zły sen. W debatach z innymi politykami przerywała dyskutantom, wchodziła im w słowo, a nawet obrażała. Pasuje raczej do innych zawodów niż do kierowania dużym miastem, bo to drugie wymaga współpracy z ludźmi o różnych poglądach. Potoczysta mowa z ogromną ilością demagogii to za mało – mówi wrocławski polityk Stanisław Huskowski, poseł Europejskich Demokratów, dawniej w PO.

W ubiegłym roku z okazji 40-lecia Studenckiego Komitetu Solidarności, którego Huskowski był działaczem, odbywały się spotkania kombatanckie. – Poszedłem na jedno z nich i ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem tam panią Stachowiak-Różecką – opowiada poseł. – Nie wiem, w jakim charakterze tam była, bo przecież w SKS nie działała. Być może już szykowała się do wyborów na prezydenta Wrocławia i zaskarbiała sobie różne środowiska. Uznałem, że po cichu wyjdę z tego spotkania. Działaczem wrocławskiego SKS był za to Adam Lipiński, prominentny polityk PiS, który uprawia politykę od początku lat 90., cały czas u boku Jarosława Kaczyńskiego. O Stachowiak-Różeckiej mówią w PiS, że jest żołnierką Lipińskiego. To właśnie on, wspólnie z Adamem Hofmanem, ówczesnym rzecznikiem PiS, którego później wymiotła z partii tzw. afera madrycka, wymyślili, że 41-letnia nikomu nieznana energetyczna blondynka powalczy o prezydenturę miasta z samorządowym gigantem, któremu wcześniej nikt nie mógł zagrozić. Okazała się objawieniem tamtej kampanii. Wrocław był zmęczony wieloletnimi rządami Dutkiewicza, podobnie jak cała Polska czuła się zmęczona rządami PO. A kandydatka PiS była jak powiew świeżości. – Jako wieloletnia radna miała dostęp do dokumentów i dobrze znała bolączki miasta. Zwoływała konferencję prasową i celnie punktowała Dutkiewicza – opowiada Joanna Augustynowska. – Zaskoczyła mnie jej energia, pozytywne nastawienie i dobre pomysły na zmiany, które chciała wprowadzić we Wrocławiu. Stachowiak-Różecka wytykała prezydentowi m.in. marnotrawienie pieniędzy podatników na takie rzeczy jak zakup zdjęć Marilyn Monroe za 6 mln zł. – Oni budują miasto dla uczestników balu Rafała Dutkiewiczai ten bal trwa już 12 lat – grzmiała podczas konwencji samorządowej PiS. – Tylko my możemy zakończyć ten bal. Ten pochód fajerwerków, marnotrawstwa i gigantomanii. Walkę o prezydenturę Wrocławia co prawda przegrała, ale dopiero w drugiej turze. I osiągnęła przyzwoity wynik. Kierownictwo PiS było zachwycone, że młoda kobieta, samorządowiec, tak dobrze poradziła sobie w starciu ze starym wygą.

Upojona sukcesem

W nagrodę Stachowiak-Różecka została szefową sztabu wyborczego Andrzeja Dudy. Według naszych informatorów zadbał o to Adam Lipiński, który wprowadził ją na Nowogrodzką i przekonał do niej prezesa. Politycy PiS opowiadają, że Lipiński walczył o to, by jego współpracownik Hofman, który musiał odejść z partii, gdy okazało się, że latał w delegację tanimi liniami lotniczymi, a z kasy Sejmu pobierał wielokrotnie większe sumy za pokonanie trasy własnym samochodem, mógł nadal zachować kontakt z prezesem i pracować przy nadchodzących kampaniach. Stachowiak-Różecka miała być łącznikiem między nim a sztabem. Jej kariera w roli szefowej sztabu skończyła się jednak równie szybko, jak się zaczęła. Nowa funkcją ja upoiła. Uznała, że może traktować wyniośle wszystkich członków sztabu– nawet ówczesnego sekretarza generalnego partii Joachima Brudzińskiego, prawą rękę Kaczyńskiego. – Strzelała tekstami typu: „Cześć, jestem Mira, będziemy razem pracować, jakie macie pomysły”, zachowywała się niepoważnie, wprowadzała chaos do pracy sztabu, rozstawiała ludzi po kątach i szybko zaczęto się zastanawiać, co z nią zrobić – opowiada polityk Zjednoczonej Prawicy. A ponieważ publicznie ogłoszono, że będzie miała funkcję, została szefową rady

programowej i miała odpowiadać za dobór tematów wystąpień Andrzeja Dudy. – Było to ciało sztuczne i nieco obciachowe, gdzie profesorowie wylewali swoje żale i frustracje z powodu braku wpływu na kampanię – mówi nasz rozmówca. – Ale w ten sposób się jej pozbyto i odcięto od kampanii Hofmana. Faktycznie o specjalnych sukcesach rady programowej jakoś nie było słychać. Mimo to szefowa dostała jedynkę na wrocławskiej liście PiS. Tyle że później znikła w tłumie posłów PiS. Przez ostatnie dwa i pół roku niczym się nie wyróżniła. Jeden z polityków tej partii słyszał, jak się żaliła, że Beata Mazurek blokuje jej występy w mediach. – Ale zwykle można ją było zobaczyć, jak bryluje w ostatnim rzędzie, gdzie atmosfera jest zawsze przyjemniejsza, bardziej zabawowa niż w pierwszym – mówi polityk Zjednoczonej Prawicy. Inny z naszych rozmówców dodaje, że w partii jest duże zapotrzebowanie na dynamicznekobiety. – Skoro Mira nie potrafiła się przebić, to znaczy, że nie umiała wykorzystać swojej szansy – mówi polityk PiS.

Kobieta torpeda

Gdy w 2014 r. poseł PiS Piotr Babiarz przedstawiał Mirosławę Stachowiak-Różecką na konwencji samorządowej, mówiąc, że jest to kobieta torpeda, na pewno nie spodziewał się, że ten pocisk zmiecie go ze sceny politycznej. Bo Stachowiak-Różecka nie zadowoliła się nagrodami, które dostała za kampanię samorządową. W kuluarach Sejmu można usłyszeć, że jako świeżo upieczona polityczna gwiazda Dolnego Śląska liczyła,że zostanie też szefową wrocławskich struktur partyjnych. Tymczasem to stanowisko przypadło Babiarzowi, który świetnie poradził sobie z organizacją kampanii. Takie podzielenie nagród jest typowym zagraniem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, który uważa, że działacze powinni ze sobą konkurować, bo wtedy bardziej się starają.

Niestety taki układ nieuchronnie prowadzi do wewnętrznych konfliktów. Dolny Śląsk się ich nie ustrzegł. Lokalna prasa pisała, że wojna między Stachowiak-Różecką a Babiarzem przybrała formę wręcz karykaturalną. Wrocławska organizacja podzieliła się na dwie frakcje, które z lubością podstawiały sobie nawzajem nogi. Media opisywały jak to np. Stachowiak-Różecka walczyła z dofinansowaniem klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław, a radni od Babiarza podczas głosowania tej sprawy w samorządzie wstrzymali się od głosu. Gdy Stachowiak-Różecka zdradzała chęć ponownego kandydowania na prezydenta Wrocławia w 2018 r., Babiarz, który sam gotów był startować w tych wyborach, powiedział, że posłanka zostanie kandydatką po jego trupie. Niewiele się pomylił. W lecie ubiegłego roku we Wrocławiu wybuchła tzw. afera PCK, która uśmierciła go politycznie.

Swoją drogą cała ta afera jest gotowym scenariuszem na film – do wrocławskiego dziennikarza przeszedł pracownik jednego z oddziałów PCK i opowiedział, jak to jako człowiek bezdomny dostał pokój przy PCK i pracę przy zbiórce odzieży używanej. Później na prośbę jednego z pracowników PCK założył firmę, przez którą wyprowadzano z instytucji charytatywnej pieniądze. Środki miały iść na kampanię lokalnych polityków PiS. Sprawa jest badana przez prokuraturę. Radny sejmikowy PiS siedzi w areszcie podejrzewany o wyprowadzenie 1 mln zł z PCK, a Piotr Babiarz odszedł z partii. Media informowały, że został do tego zmuszony przez kierownictwo PiS.

W ten sposób Stachowiak-Różecka została sama na placu boju i jest dziś pełniącą obowiązki szefa wrocławskiego PiS. – Nie było dla niej alternatywy – tłumaczy polityk Zjednoczonej Prawicy. I wylicza: – Przemek Czarnecki jest za młody na stanowiska, Jacek Świat nie cieszy się zaufaniem kierownictwa, Babiarz sam się rozstrzelał, a Beata Kempa i Jarosław Obremski są z partii koalicyjnych, czyli Solidarnej Polski Ziobry i Porozumienia Gowina. Nasz rozmówca dodaje, że wrocławskie PiS ma być w przyszłości lennem Mateusza Morawieckiego. A że Lipiński, dziś minister w kancelarii premiera, i Stachowiak-Różecka stanowią jego zaplecze w partii, to obsadzenie jej w roli zarządzającej wrocławskimi strukturami samo się narzucało.

Nie widać też na razie nikogo lepszego w PiS do walki o prezydenturę Wrocławia. Ale przez ostatnie cztery lata Polska się zmieniła i wizerunek Stachowiak-Różeckiej też. Już nie ma tej politycznej świeżości co cztery lata wcześniej. Obciążają ją głosowania sejmowe w sprawie trybunału i sądów, w sprawie zaostrzenia ustawy aborcyjnej i reformy szkolnictwa. Zgodne z linią partii. – Wszystkie te sprawy we Wrocławiu są krytycznie oceniane – mówi lokalny polityk. – Jej nazwisko jest wymieniane na każdej demonstracji. W negatywnym kontekście. Zaangażowanie w reformę oświaty też jej nie pomaga, bo we Wrocławiu wszystko jest przewrócone do góry nogami. Z braku miejsca w niektórych szkołach lekcje od przyszłego roku szkolnego mogą się odbywać w soboty. Ludzie są na to wściekli – wyjaśnia.

Poza tym dzisiejsza posłanka zaliczyła poważną wpadkę przed czterema laty – legitymowała się wyższym wykształceniem, choć go nie miała. Tłumaczyła się tak, jak przed laty Aleksander Kwaśniewski – że zdała wszystkie egzaminy i myślała, że to wystarczy, by twierdzić, że ma wyższe wykształcenie. Ale egzaminu magisterskiego nie zdała i dyplomu nie dostała. – Gdy sprawa wyszła na jaw, ludzie poczuli się oszukani – mówi nasz rozmówca z Wrocławia. Posłanka PiS, co prawda, uzupełniła wykształcenie i dziś zgodnie z prawdą chwali się wyższym, ale wrocławianie nie zapomną jej tak łatwo tamtego grzeszku. Podobnie jak głosowań w Sejmie. Na dodatek we Wrocławiu plotkuje się, że w wyborach prezydenckich może wystartować europoseł Kazimierz Michał Ujazdowski, były polityk PiS. Wtedy głosy elektoratu mogą się rozłożyć i marzenie PiS i Stachowiak-Różeckiej o prezydenturze Wrocławia pryśnie jak bańka mydlana. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 14/2018
Więcej możesz przeczytać w 14/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0