Nie walczę dla ojca

Nie walczę dla ojca

Monika Jaruzelska
Monika Jaruzelska / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FOTONEWS
Nie wykluczam, że będę kandydować do Sejmu – mówi Monika Jaruzelska, córka byłego prezydenta.

No to wchodzi pani do polityki.

Wchodzę. Decyzję dobrze przemyślałam. Przez lata broniłam się przed polityką, ale polityka sięgała po mnie.

W ostatnim sondażu, na pytanie, kto z lewicy powinien startować na prezydenta, zajmuje pani drugie miejsce po Robercie Biedroniu, wyprzedzając m.in. Adriana Zandberga i Włodzimierza Czarzastego. Nieźle jak na debiut.

To efekt zarówno świeżości, nowej twarzy w polityce, ale też „starego nazwiska”. Jest w tym paradoks. Tym niemniej dziękuje za zaufanie.

Powodem pani decyzji o starcie w wyborach samorządowych była ustawa degradacyjna, którą jednak prezydent zawetował.

Ale jednocześnie zapowiedział, że będzie się konsultował w sprawie nowych przepisów. Temat nie jest więc zakończony. Wcześniej prace nad przepisami prowadził skonfliktowany z Andrzejem Dudą minister Macierewicz, ale – jak wiemy – „Jaś nie doczekał”, a właściwie „Antoni”. Chciał degradować, tymczasem to jego zdegradowali.

Ma pani satysfakcję?

Ani trochę. Dla mnie ważna jest ciągłość państwa. Jeśli dziś negujemy PRL, za chwilę okrągłostołową III RP, to za kilka lat może przyjść czas negowania okresu rządów PiS. Ktoś wtedy powie, że była to zdrada, więc ekipie Jarosława Kaczyńskiego należy odebrać emerytury, a „wojskowym Macierewicza” – stopnie. Żołnierzy będę broniła zawsze, ale nie wykluczam, że kiedyś przyjdzie mi bronić Jarosława Kaczyńskiego czy Antoniego Macierewicza. Na rewanżyzmie i politycznych zemstach nie zbuduje się zgodnego społeczeństwa ani tym bardziej państwa prawa. Od sprawiedliwości są sądy, a nie politycy.

Myśli pani, że prezydent zawetował ustawę na złość Macierewiczowi?

Nie sądzę. Jest głową państwa, więc nie bawi się ustawami. To poważna decyzja. Ale pamiętam entuzjazm opozycji, gdy zawetował pisowską reformę sądownictwa.

Szybko się okazało, że zrobił to m.in. w ramach konfliktu z ministrem Ziobrą, a zmiany w sądownictwie i tak wprowadzono.

Wejście do polityki to walka o biografię gen. Jaruzelskiego?

Nie walczę o ojca ani dla ojca. Z punktu widzenia historii on jest i będzie generałem. Natomiast dla niego samego zawsze najważniejsze było to, że jest żołnierzem. Taki ma zresztą napis na grobie. Trzeba jednak walczyć o innych. Kiedy jeżdżę po Polsce, choćby z promocją moich książek, ludzie podchodzą i półgłosem mówią: „Wie pani, ja też jestem dzieckiem wojskowego”. Boją się, że ktoś usłyszy, wstydzą się, że ich rodzice byli w polskiej armii! Dawni wojskowi są atakowani i nikt ich nie broni: ani politycy, ani generałowie.

Nikt nie atakuje armii III RP, tylko PRL-owską.

No i co z tego? Gdy w 1918 r. Polska odzyskała niepodległość, naszą armię tworzyli oficerowie armii zaborczych. Zachowali swoje stopnie wojskowe, a ich doświadczenie ceniono. Dziś siedzieliby w kryminałach.

To paradoks: gdy ojciec żył, unikała pani wypowiedzi na tematy publiczne. Teraz chce pani być obrończynią PRL?

Obrończynią prawdy o tamtych czasach. Chodzi o szacunek dla tych ludzi, którzy wtedy żyli, pracowali dla Polski i dla swoich rodzin. W grudniu pojechałam z Andrzejem Rozenkiem na spotkania ze służbami mundurowymi. Przychodzili wojskowi i funkcjonariusze, razem z rodzinami. Widziałam upokorzonych, pozbawionych nadziei ludzi. Z poczuciem, że państwo ich zdradziło. Andrzej Rozenek cały czas zbiera dane o skutkach ustawy dezubekizacyjnej. Już dziś wiemy o 38 zgonach wśród osób, którym ta ustawa obniżyła emerytury. Osiem samobójstw i 30 zgonów spowodowanych głównie wylewami i zawałami serca. To nie są same liczby, ale ludzkie tragedie.

Czy na pani decyzję o wejściu do polityki miała wpływ śmierć ojca?

Bezpośrednio nie. Zresztą tak naprawdę jego umieranie trwało kilka lat. Pamiętam, jak kiedyś zadzwoniła do mnie dziennikarka, przeprosiła, że niepokoi w takiej chwili. Składa wyrazy współczucia i prosi o komentarz. A ja akurat wróciłam z nart i mówię, że nie wiem, o co chodzi. Dziewczyna przeprasza: „Myślałam, że rodzina już wie”. Byłam przerażona, dzwoniłam do rodziców, ale nikt nie odbierał. Zadzwoniłam do ochrony, poszli sprawdzić, po kilku minutach słyszałam głos ojca zapewniającego, że „wiadomości o jego śmierci są mocno przesadzone”. Oddzwoniłam później do dziennikarki, popłakała się. Tłumaczyła, że jest stażystką, kazali jej zadzwonić, ale po tym, co się stało, nie jest już pewna, czy chce pracować w zawodzie. Skończyło się tak, że to ja ją pocieszałam. Takich sytuacji miałam kilka, więc gdy ojciec umarł naprawdę, początkowo nie miałam poczucia, że zdarzył się jakiś przełom. W szpitalu był pół roku, umierał przez dwa tygodnie, byłam przy nim do ostatniej chwili, słyszałam jego ostatni oddech.

Potem był pogrzeb, który wywołał olbrzymie protesty, także na samym cmentarzu.

Trudne doświadczenie. Wiedziałam, że nie mogę się rozsypać ze względu na syna i mamę, więc moja żałoba była odłożona.

Nie myślała pani, żeby zdecydować się na prywatny pogrzeb? Być może nie doszłoby do tych wszystkich protestów i gwizdów na cmentarzu.

Jeśli to byłoby zgodne z prawem, najchętniej urnę z prochami ojca trzymałabym w domu, tak jak teraz na półce z książkami trzymam jego rozrusznik serca. Jednak ojciec był politykiem, prezydentem, generałem. Czułam, że nie mogę odbierać prawa do publicznej ceremonii tym, którzy go szanowali. A takich osób jest naprawdę dużo, choć równie dużo jest tych, którzy go zaciekle atakowali. Ostatecznie zdecydowałam się na ceremoniał wojskowy, pożegnanie frontowego żołnierza, rannego w czasie wojny, dla którego mundur był zawsze niezwykle ważny.

Ojciec chciał takiego pogrzebu?

Na pewno nie chciałby, żebym stała na cmentarzu przed wykrzykującym nienawistne hasła tłumem. Jednak ta trudna sytuacja jakoś dodawała mi sił – wiedziałam, że muszę być twarda.

A msza w katedrze polowej? To była wola pani czy ojca?

W szpitalu nie rozmawialiśmy na ten temat, msza w katedrze polowej była moją decyzją. Dla mnie to nabożeństwo było ważne.

Ojciec był wierzący?

Pochodził z bardzo wierzącej rodziny, jak mówił, okrucieństwa wojny odebrały mu wiarę, jednak do religii odnosił się z szacunkiem. Ale kiedy w 1966 r. zmarła jego mama, podczas pogrzebu nie wszedł do kościoła. Stał na zewnątrz, bo wojskowym nie wolno było brać udziału w religijnych ceremoniach. To wspomnienie na nim ciążyło, kilka razy do niego wracał. Miałam takie poczucie, że ta msza to jakieś symboliczne domknięcie jego życia. Powrót do domu i do tego, co w 1939 r. stracił – do korzeni, rodzinnej tradycji, katolicyzmu, który w dzieciństwie był dla niego bardzo ważny.

Podczas mszy pogrzebowej ksiądz poinformował publicznie, że ojciec przyjął ostatnie sakramenty i jakby symbolicznie „wrócił na łono Kościoła”.

W ostatniej rozmowie ze mną na ten temat ojciec mówił, że jest osobą niewierzącą. Co się zdarzyło w szpitalu, nie wiem. Ojca odwiedzało tam dwóch kapelanów, byli w bliskich i serdecznych stosunkach. Potem miał wylew, właściwie nie mówił, nie wiem, czy mógł się zgodzić na sakramenty, na jakim etapie i w jakiej formie się to stało. Nie chcę na ten temat spekulować, uważam, że nie powinnam. Wiem, że jeśli ksiądz udzielił mu sakramentów, to zapewne zrobił to w dobrej wierze.

A śmierć mamy?

Była kompletnym zaskoczeniem. Mama zmarła podczas jedzenia śniadania, chwilę wcześniej świetnie się czuła. W domu na Ikara, gdzie mieszkali rodzice, został ich stary, schorowany pies, ze względu na niego zaczęłam tam pomieszkiwać. Wiecie, ja tego domu wcześniej bardzo nie lubiłam, byłam przekonana, że po śmierci rodziców go sprzedam. I kiedy siedziałam w tym strasznym domu, uświadomiłam sobie, że ten stary pies to ostatnie żyjące stworzenie łączące mnie z rodzicami.

„Straszny dom”?

Miałam z nim złe wspomnienia: stan wojenny, moja próba samobójcza w tym okresie, a także dramatyczna rozmowa z ojcem 16 grudnia 1981 r., w dniu tragedii w kopalni Wujek. Nie widziałam go od wielu dni, a on zadzwonił do mnie i zmienionym głosem, którego początkowo nawet nie rozpoznałam, powiedział: „Córeczko, stała się rzecz straszna, zginęli ludzie”. Poczułam, że stało się coś nieodwracalnego, co zaciąży na naszej rodzinie na zawsze. Potem doszły coroczne manifestacje 13 grudnia. Więc ten dom kojarzył mi się z cierpieniem, był naznaczony.

Już nie jest?

Po śmierci rodziców zaczęłam odczuwać z nim bliskość i właśnie w tym domu przeżywałam żałobę. Po mamie, tacie, ale też po jakiejś części siebie. Wracały wspomnienia i to wcale nie takie złe. Nagle poczułam potrzebę picia ze szklanki ojca w srebrnym, starym koszyczku, która była z nim na Syberii. Czytałam książki z młodości. Oglądałam starą porcelanę, lichtarze, wszystkie te pamiątki, które kiedyś nie miały dla mnie znaczenia. Aż pewnego dnia zadzwonił telefon. Sąsiadka powiedziała, że przed naszą furtką jest konferencja prasowa.

Prawicowy radny Jacek Ozdoba ogłaszał, że trzeba pani zabrać willę.

Nie miałam o tym pojęcia. Dopiero później zadzwonili dziennikarze z pytaniem, czy oddam willę. To była groteska. Siedziałam w pustym domu z żałobą po rodzicach, ze starym psem, w dodatku w tym czasie na raka umierała moja najbliższa przyjaciółka. I jeszcze okazuje się, że chcą mi zabrać dom. I nie dość, że ojca nazywają mordercą, to jeszcze po śmierci chcą nazwać złodziejem.

Będzie pani walczyć?

Muszę. Podobno sprawa ma trafić do Komisji Weryfikacyjnej, ale nie wiem, czy PiS będzie na tym zależało, bo za nami przemawiają wszystkie papiery, także te z Amerykańskiej Komisji Odszkodowawczej. Rodzice kupili dom w stu procentach zgodnie z prawem. Jeśli udałoby się zdegradować ojca, przy fanfarach ogłosić, że to zdrajca, może wtedy spróbują przeprowadzić konfiskatę mienia? Skądinąd ciekawe, czy rządzący nie będą mieli takiego pomysłu, żeby po degradacji konfiskować służbowe mieszkania dawnych wojskowych.

Ojciec byłby zadowolony, że idzie pani do polityki?

Myślę, że tak. W 2011 r. start w wyborach do Sejmu proponowali mi Janusz Palikot i Leszek Miller. Gdy powiedziałam o tym ojcu, byłam przekonana, że będzie odradzał. Tymczasem on powiedział: „Może to dobry pomysł?”. I zaczął podsuwać fachowe książki, żebym się przygotowała.

Zaczyna pani jednak od samorządu.

Rozmowy trwają, być może będzie to Rada Warszawy. Zobaczymy.

Wystartuje pani z pierwszego miejsca?

Chętnie je ustąpię osobie o mniej znanym nazwisku.

Tylko czy rzeczywiście samorząd to najwłaściwsze miejsce, w którym można walczyć o prawa rodzin wojskowych? Czemu nie Sejm?

Nie wykluczam, ale „od czegoś trzeba zacząć”, jak kiedyś zabawnie powiedział prezydent Komorowski zganiony za staroświeckie całowanie kobiet w rękę… g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 16/2018
Więcej możesz przeczytać w 16/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także