Rosyjska gorączka

Rosyjska gorączka

Władimir Putin
Władimir Putin / Źródło: Newspix.pl / ABACA
Ostatnie tygodnie to wybuchające w różnych częściach świata minikryzysy finansowe. Tym razem zadyszka dotarła do Rosji i Turcji.

Oleg Deripaska, rosyjski oligarcha, właściciel blisko 50 proc. udziałów w firmie Rusal, rosyjski król aluminium, jeszcze niedawno paradował w koszulce z napisem „Sankcje? Nie rozśmieszajcie moich iskanderów”. Ale tym razem zabolało. Po tym jak Amerykanie nałożyli na siedmiu rosyjskich oligarchów i 12 firm nowe sankcje, to właśnie akcje Deripaski traciły najwięcej. Rusal notowany na giełdzie w Hongkongu stracił połowę wartości, w Moskwie spadł o ponad 20 proc. W ciągu kilku dni jego majątek stopniał o 2 mld dolarów. Oberwał też Wiktor Wekselberg, właściciel Renova Group, konglomeratu, który działa na rynku aluminium, ropy naftowej, energii i telekomunikacji. Stracił 1,28 mld dolarów.

W sumie z majątków najbogatszych Rosjan wyparowało 16 mld dolarów. Tracił też rosyjski rubel. Najwięcej na początku tygodnia, kiedy to odnotowano największy spadek od ponad trzech lat, o 3,67 proc. w stosunku do dolara. Spadła też wartość akcji państwowego Sbierbanku, którego notowania są postrzegane jako barometr gospodarczej sytuacji kraju. Z powodu skoku rentowności rząd był zmuszony odwołać aukcję obligacji. Tak czarnego dnia na moskiewskiej giełdzie nie było od aneksji Krymu i pierwszej rundy zachodnich sankcji nałożonych na Rosję. Dlaczego nowe amerykańskie sankcje tak wstrząsnęły rosyjskim rynkiem? Bo imperium Deripaski zablokowane przez Amerykanów może upaść. Żaden bank czy klient nie zdecyduje się prowadzić interesów z firmą, przez którą może trafić na listę amerykańskiego Departamentu Skarbu. Rosyjskie konglomeraty stały się na rynkach międzynarodowych toksyczne. Dlatego premier Miedwiediew zapowiedział już wsparcie dla producenta aluminium. Rozważane są różne opcje – od krótkoterminowych pożyczek po nacjonalizację Rusalu. Firma zatrudnia 14 tys. osób, dla Moskwy jest to też problem polityczny.

Ropa kluczowa

Wszystkie te zawirowania pokazują, jak kruchy jest światowy porządek handlowy. Donald Trump tydzień temu wywołał pierwszą falę przecen, wchodząc na front wojny handlowej z Chinami. Jak ona się skończy, kogo uderzy najbardziej – tego do końca nie wiadomo. A niepewność na rynkach zapala czerwoną lampkę inwestorom, którzy szukają bezpiecznej przystani. Problem w tym, że coraz trudniej ją znaleźć, bo elementów geopolitycznej układanki, które potęgują niepewność, jest coraz więcej. Weźmy chociażby cenę ropy. Przy cenie 72 dolarów za baryłkę jest ona dziś najwyżej wyceniana od grudnia 2014 r. Ceny ropy rosną, bo każde zaburzenia w handlu międzynarodowym mogą doprowadzić do niestabilności dostaw.

Uderzy to w państwa rozwinięte, bo to one – w szczególności Europa i Japonia – są jej największym importerem. Wzrost cen ropy niesie też za sobą presję inflacyjną. Droższe ceny transportu szybko przekładają się na wzrost cen samych towarów. To z kolei wpływa na banki centralne, które w dłuższym okresie będą musiały podnieść stopy procentowe. W Europie, która od lat trzymana jest na kroplówce bardzo niskich stóp procentowych, takie nagłe podwyżki mogą wywołać prawdziwe tsunami. Ale to scenariusz długoterminowy. Krótkoterminowo zaburzenia w Rosji uderzyły już teraz w inne gospodarki rozwijające się, zwłaszcza te zaangażowane w konflikt w Syrii. Turecka lira w ciągu ostatnich trzech miesięcy straciła względem dolara amerykańskiego kilkanaście procent, co jak na rynek walutowy jest znaczącym załamaniem. I niewiele pomoże Turcji to, że jej gospodarka bardzo szybko rośnie (7 proc. rocznie), bo Ankara zmaga się z bardzo dużym deficytem na rachunku obrotów bieżących, a zaraz będzie miała problem z wypłacalnością firm. Słaba lira jest przekleństwem dla firm, które brały pożyczki w dolarze czy innych walutach. Zaczynają one tracić na tej sytuacji i robi się niestabilnie finansowo. A niezdolność do spłaty zadłużenia gospodarek wschodzących może skutkować odpływem kapitału na bezpieczniejsze rynki. Innym krótkoterminowym zamieszaniem wywołanym przez sankcje jest osłabienie franka szwajcarskiego. Według agencji Bloomberg Rosjanie masowo wycofują swoje aktywa ze Szwajcarii i wymieniają franki na euro.

Nikt tego nie przewidzi

Paradoksem całej tej sytuacji jest to, że przez lata wydawało się, że sankcje nie działają na rosyjską gospodarkę. Rosja przetrwała obostrzenia nałożone na nią po aneksji Krymu, Władimir Putin utrwalił swoją władzę, wygrywając kolejne wybory, a rosnące ceny ropy sprawiły, że budżet Rosji odetchnął. I dlatego Deripaska mógł się wyśmiewać z europejskich i amerykańskich działań.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła, to pierwszy przypadek, by sankcje nałożone na kilkadziesiąt podmiotów wywołały taką falę paniki. Być może będzie ona krótkotrwała, jednak w dzisiejszym skomplikowanym świecie trudno przewidzieć, co na koniec dnia zrobią inwestorzy. Jeszcze kilka tygodni temu analitycy przekonywali, że lira jest największą okazją inwestycyjną tego roku. I zalecali jej kupno. Tylko po to, by zobaczyć, jak się załamuje. Na początku lutego załamanie przeszło przez giełdy w USA. I jego skali właściwie też nikt nie przewidział. Od tamtej pory zmienność amerykańskich akcji jest wysoka. Indeksy rosną i spadają o kilka procent dzienne. Nikt nie wie, czy to początek głębszej przeceny, która może wywołać większy kryzys, czy też jest to może taka ostra, ale krótka grypa. Wiadomo jednak, że, by wywołać takie załamanie, niewiele trzeba, wystarczy jeden tweet prezydenta. A to oznacza, że ten rok dla inwestorów i dla światowych rynków będzie ciekawy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 16/2018
Więcej możesz przeczytać w 16/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także