Miałem żal do ojca

Miałem żal do ojca

Tomasz Cimoszewicz
Tomasz Cimoszewicz / Źródło: Newspix.pl / Grzegorz Krzyżewski
Gdy ojciec był szefem MSZ, dzwoniłem do jego sekretariatu i negocjowałem, kiedy będę mógł z nim 15 minut porozmawiać. Czasem czekałem kilka dni – mówi Tomasz Cimoszewicz, poseł PO

Zrezygnował pan z udziału w Gabinecie Cieni Platformy Obywatelskiej w proteście przeciwko wejściu do tego gremium Kazimierza Ujazdowskiego. Dzięki panu wiele osób dowiedziało się, że taki gabinet w ogóle istnieje.

Może to kwestia tego, czym interesują się media. Bo gabinet cieni działa, spotyka się regularnie i naprawdę monitoruje działania rządu.

Może więc trzeba było zagryźć zęby i zostać?

Jestem pryncypialny. Jeśli jako opozycja chcemy uczyć PiS przestrzegania zasad, powinniśmy pilnować własnego podwórka i sami tych zasad przestrzegać. Są pewne wartości, które trzeba szanować.

Kazimierz Ujazdowski nie szanuje?

Dla mnie rzeczy, które mówił na temat praw kobiet czy mniejszości seksualnych, są nie do przyjęcia. Pamiętam też, jak głosował przeciwko odrzuceniu poprawki do Kodeksu karnego, która przewidywała karanie więzieniem za in vitro. Jeśli zmienił w tych kwestiach zdanie, to świetnie. Ale powinien jak dżentelmen wyjść i powiedzieć, co się w nim zmieniło, czego żałuje, a czego nie.

Powinien przeprosić?

Tak. To byłoby uczciwe. Na jego miejscu wyszedłbym i powiedział: „Biję się w pierś”. Jeśli tego nie robi, to znaczy, że tak nie czuje. Poza tym był prominentnym działaczem Prawa i Sprawiedliwości w czasach, gdy ta partia łamała konstytucję i podstawowe zasady praworządności. To też wymaga jakichś wyjaśnień.

Radek Sikorski, Antoni Mężydło, Michał Kamiński. Platforma zawsze chętnie przyjmowała skruszonych działaczy PiS.

To było normalne jeszcze kilka lat temu, jednak dzisiaj sytuacja się zmieniła. Skoro stajemy w obronie wartości, które PiS ewidentnie łamie, powinniśmy podchodzić ostrożnie do tych, którzy w tym uczestniczyli.

Trzeba przyznać, że Kazimierz Ujazdowski ostro protestował przeciwko zmianom w Trybunale Konstytucyjnym.

Nie zmienia to jednak faktu, że przez niemal dekadę prezentował pewną linię myślenia i że ona była bardzo krzywdząca, nie tylko dla osób sprawujących władzę z ramienia PO, ale i dla osób, które na PO głosowały. To im należy się jasna odpowiedź, dlaczego ktoś z tak odmiennymi poglądami znajduje u nas miejsce.

Skrzydło konserwatywne w PO zawsze było silne.

Powiem więcej: brakuje mi Marka Biernackiego, który owszem, złamał pewne ustalenia dotyczące głosowania, ale kara, która go spotkała w postaci usunięcia z partii, była zdecydowanie zbyt wysoka. Tyle że Marek Biernacki rzeczywiście był konserwatystą. Natomiast kiedy słyszę, że konserwatystą jest Ujazdowski, to mocno protestuję. Ja u niego widzę raczej ksenofobię, homofobię, brak szacunku wobec mniejszości i praw kobiet. Sytuacja, w której partia usuwa Biernackiego, a przyciąga Ujazdowskiego, wprowadza mnie w konfuzję.

Po pana proteście Grzegorz Schetyna zapowiadał, że będzie z panem rozmawiał.

Niestety, jest bardzo zajęty, ale ciągle czekam, aż wygospodaruje na mnie 15 min.

Brzmi złośliwie.

Ani trochę. Grzegorz Schetyna naprawdę bardzo ciężko pracuje. Śmiem twierdzić, że jest najbardziej zapracowanym liderem politycznym w naszym kraju. Szczerze to doceniam, ale chciałbym, żeby wygospodarował więcej czasu na spotkania ze swoimi posłami.

To sugestia?

Raczej nadzieja. Byłoby miło mieć więcej kontaktu ze swoim szefem.

Mistrzem dyplomacji pan nie jest. Kilka miesięcy temu powiedział pan o Nowoczesnej, że jest „pasożytem PO”.

Nowoczesna ciągle nas wtedy atakowała, próbowała odebrać elektorat. Sytuacja się jednak zmieniła, nasi konkurenci nie mają już 25 proc. w sondażach i krążą wokół progu wyborczego.

Spokornieli?

Myślę, że tak. Już nas nie podgryzają. Życzę im, żeby się podnieśli z sondażowego dołka.

Jak z panem rozmawiamy, to widzimy dużo wspólnych cech z ojcem. On też mówił, co myśli, przez co wchodził w polityczne konflikty i był trochę outsiderem.

A mimo to sprawował najwyższe stanowiska w państwie. Ale rzeczywiście, starał się nie brać udziału w politycznym i partyjnym teatrze. Jego to po prostu nie interesowało. Mnie też partyjne gierki kompletnie nie obchodzą.

To w polityce słabość.

Niektórzy tak mówią, ale przykład ojca pokazuje, że niekoniecznie mają rację. On nie marnował czasu na frakcyjne przepychanki, był za to tytanem pracy dla państwa. Gdy był szefem MSZ, a potem premierem, spał po trzy godziny. Dochodziło do sytuacji, że dzwoniłem do jego sekretariatu i negocjowałem, kiedy będę mógł 15 min porozmawiać z ojcem. Czasem czekałem kilka dni.

Miał pan do niego o to żal?

Więcej żalu miałem wcześniej, gdy byłem dzieciakiem. Wtedy natomiast już byłem dorosły, Polska prowadziła unijne negocjacje, więc bardziej to potrafiłem zrozumieć i jakoś zaakceptować.

Pan też, będąc ojcem, zdecydował się na politykę.

Coś w tym jest, że człowiek stara się nie popełniać błędów rodziców, a potem je wszystkie powtarza. Decyzja o wejściu do polityki była jedną z najtrudniejszych w życiu. Jestem z żoną po rozwodzie, moja córka mieszka z nią w USA. Ja też mieszkałem w Stanach, ale decydując się na wejście do polityki, wiedziałem, że muszę wrócić do Polski. Kilka lat zwlekałem z decyzją, czekałem, aż córka dorośnie na tyle, żebym mógł z nią o tym porozmawiać. Była żona bardzo mi pomaga w kontaktach z córką.

Chce coś pan udowodnić ojcu?

Na pewno chciałbym, żeby był ze mnie dumny. Łatwo nie było. Pół roku przed wyborami zdradziłem mu moje polityczne plany i mieliśmy bardzo twardą, trudną rozmowę. Bardzo emocjonalną.

W jednym z wywiadów mówił nawet, że wykorzystuje pan nazwisko. Sugerował, żeby pan je zmienił na „Nowak”. Bolało?

W tamtym momencie tak. Ale potem się dowiedziałem, że wpłacił kilka tysięcy na moją kampanię. Po dwóch latach myślę, że nie ma powodów do wstydu. Raczej do dumy.

Powiedział to panu?

On takich rzeczy wprost nie mówi, nie pokazuje swoich uczuć. Ja już jestem trochę inny, nie krępuję się powiedzieć córce, choćby przez telefon, jak bardzo ją kocham. Ale z ojcem często teraz rozmawiamy, bardzo mnie wspiera.

Nie chce wrócić do polityki?

Wprawdzie mówił, że marzy mu się spokój politycznej emerytury, ale odnoszę wrażenie, że coraz częściej krew się w nim burzy. Zwłaszcza kiedy mowa o naszych relacjach z partnerami w Europie Zachodniej. Myślę, że obecna sytuacja bardzo go boli, więc jeśli podjąłby decyzję o powrocie do polityki, to z pewnością bym go wspierał i nie kazał zmieniać nazwiska na „Kowalski”. Zresztą, ludzie też chcą. Gdziekolwiek nie pojadę, pytają, czy ojciec nie wraca.

A pan? Po dwóch latach może powiedzieć, że polityka to właśnie to?

Zdecydowanie tak. Chociaż pierwszy rok to było zdobywanie najbardziej potrzebnego doświadczenia. Niestety, nikt w parlamencie nie zainteresował się tym, żeby nam, nowym, ten proces bicia głową w ścianę ułatwić.

Co pana zaskoczyło?

Brak dyskusji, gigantyczne podziały i olbrzymie chamstwo. Kiedyś pijany poseł Piotr Pyzik pokazywał mi na sali obrad środkowy palec, a marszałek Brudziński nawet nie reagował.

Za to pan nazwał Patryka Jakiego „podwórkowym pętakiem”.

A posła Adama Andruszkiewicza „amebą polskiego parlamentaryzmu”. Owszem, to ostre wypowiedzi. Ale nawet w najgorszych emocjach staram się nie przekraczać granicy przyzwolitości.

Ale może te emocje są niepotrzebne? Polityka to teatr. Nieraz dwóch posłów ostro kłóci się w telewizyjnym studiu, a potem w wielkiej przyjaźni zamawiają wspólną taksówkę.

Nie potrafię tej hipokryzji zaakceptować. Nie uważam też, żeby parlament to było miejsce do budowania przyjaźni, jeśli stosunki na sali sejmowej wyglądają tak, jak wyglądają. Jakiś czas temu posłanka PiS z mojego okręgu, Bernadetta Krynicka, powiedziała publicznie, że powinniśmy wisieć na szubienicach. Potem podeszła do mnie i chciała się przywitać. Powiedziałem jej wprost: „Jak mamy się trzymać razem, skoro sobie pozwalasz na takie słowa?”. Była zaskoczona. Rzuciła tylko: „Jak sobie chcesz” i poszła dalej. Trudno jest szukać porozumienia, gdy PiS organizuje wobec nas regularne nagonki.

Wobec pana też?

Niestety tak. Po wywiadzie ojca dla jednej z gazet, w którym mówił o trudnych aspektach polsko-żydowskiej historii, zostaliśmy brutalnie zaatakowani przez posłów PiS. W tym samym czasie TVP zrobiło skandaliczny materiał o naszej rodzinie, a tego samego dnia wieczorem w moim biurze odebrano dziwny telefon z CBA.

Dlaczego dziwny?

Człowiek podający się za funkcjonariusza CBA dzwonił i proponował „nieoficjalne spotkanie”. Twierdził, że to dla mojego dobra. Poprosiłem więc o przysłanie oficjalnego pisma, ale funkcjonariusz wielokrotnie odmawiał. Starałem się ustalić, czy taka osoba rzeczywiście jest funkcjonariuszem CBA, ale okazało się, że nie istnieje procedura dla posła, zgodnie z którą mógłby on sprawdzić, czy kontaktuje się z nim faktyczny pracownik służby specjalnej, czy może naciągacz, oszust, albo – co gorsza – agent obcego wywiadu. Dopiero po kilku dniach dostałem odpowiednie pismo, wtedy poszedłem na spotkanie.

Co ich interesowało?

Powiedzieli, że to rutynowa kontrola w ramach sprawdzania oświadczeń majątkowych losowo wybranych posłów. Trochę trudno w to uwierzyć.

Prezes Kaczyński zarządził ostatnio, że ma być skromniej.

No właśnie. A podobno nie mamy dyktatury.

Podoba się panu pomysł obniżenia pensji posłom?

O parlamentarzystach trudno mi mówić, mimo wszystko, byłoby to zabieranie głosu we własnej sprawie. Jeśli jednak chodzi o ministrów, to uważam, że powinni zarabiać więcej niż obecnie. A jeśli chodzi o premiera i prezydenta, to nawet kilkukrotnie więcej. Dla takich osób, jak byli premierzy, stworzyłbym też jakąś instytucję, która wspierałaby ich finansowo, przynajmniej przez jakiś czas po opuszczeniu urzędu. Do nich jeszcze przez długie lata zgłaszają się ludzie z całego świata, którzy chcą się spotkać, porozmawiać.

Mówi pan m.in. o własnym ojcu?

Jego przykład siłą rzeczy znam najlepiej. Często nie było go stać na podjęcie dobrą kolacją jakiegoś zagranicznego gościa czy delegacji. Gdzie się mają odbywać takie spotkania? W domu, przy kanapkach z serem?

Tylko jak pan zgłosi taki pomysł, to powiedzą, że działa pan w interesie ojca.

Mamy wielu byłych premierów z różnych obozów politycznych, dlatego potrzebna byłaby szersza debata na ten temat. A co do mojego ojca? Cóż, rzeczywiście był premierem. Nie widzę powodu, żebym miał kogokolwiek za to przepraszać. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 17/2018
Więcej możesz przeczytać w 17/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także