Pójdziemy razem z PiS

Pójdziemy razem z PiS

Kornel Morawiecki
Kornel Morawiecki / Źródło: Newspix.pl / FOT GRZEGORZ KRZYZEWSKI
Polityka zagraniczna rządu w ogóle mi się nie podoba – mówi Kornel Morawiecki, lider ugrupowania Wolni i Solidarni, ojciec premiera.

Podoba się panu „piątka Morawieckiego”?

Piątka mi się zawsze podoba (śmiech). Dawniej na targach przybicie piątki oznaczało dobicie interesu. Myślę, że w tym wypadku piątka tak szybko nie zostanie zrealizowana, ale podoba mi się nawiązanie do solidaryzmu społecznego.

Ma pan na myśli daninę solidarnościową, która ma być nałożona na najbogatszych, żeby sfinansować potrzeby niepełnosprawnych? Niektórzy komentatorzy uważają, że to populizm, a nie solidaryzm.

A ja uważam, że to jest dążenie do lepszego świata. Polska od Okrągłego Stołu jest w miarę ułożona. Zamiast społecznej gospodarki rynkowej mamy gospodarkę sprywatyzowaną. Dlatego podoba mi się to odwołanie do solidaryzmu społecznego, wobec konieczności poprawienia sytuacji osób niepełnosprawnych. Brakuje mi natomiast wzajemności. Rząd nie może tylko obiecywać, ale musi też prosić i wymagać, bo solidarność to jest relacja wzajemna.

Czego można wymagać od niepełnosprawnych?

Kilka tygodni temu zmarł prof. Stephen Hawking, który był głęboko fizycznie upośledzony, ale społeczeństwu dawał wspaniałe badania i teorie. To był jego wielki wkład w rozwój ludzkości. Od niepełnosprawnych też możemy wymagać – żeby się uczyli, starali się polepszyć swoją wydolność ruchową i intelektualną, żeby to nie było jedynie branie, ale też dawanie. Tego mi brakuje w programie pana premiera i partii rządzącej. A to, że premier chce nałożyć daninę na bogatych, to chyba oczywiste. Do kogo ma się odwoływać? Do biednych?

Część zamożnych obywateli uważa, że i tak pomaga potrzebującym, zakłada fundacje, a rząd chce ich wydrenować.

Gdyby faktycznie tak pomagali, to nie byłoby w Sejmie rodziców dzieci niepełnosprawnych. Działalność charytatywna jest piękna, ale nie załatwia wszystkiego. A trzeba pamiętać, że PiS 12 lat temu ogromnie wsparł ludzi zamożnych, znosząc podatek od spadku dla najbliższej rodziny. Dwa lata temu zmarł Jan Kulczyk, najbogatszy człowiek w Polsce. Jego majątek był szacowany na 18 mld zł. Od tego majątku jego rodzina

nie zapłaciła ani złotówki podatku do budżetu państwa. To jest kpina ze zdrowego rozsądku. Gdyby państwo ten podatek ściągnęło, to wystarczyłby na parę lat zasiłku rehabilitacyjnego. Oczywiście Jan Kulczyk dał pieniądze na odnowienie klasztoru jasnogórskiego i to bardzo ładnie. Na pewno w niebie zostanie mu to policzone, ale państwo jest po to, by dbać o wszystkich obywateli, nie tylko o bogatych.

Jak pan ocenia pierwsze sto dni premierostwa Mateusza Morawieckiego?

Jeżeli chodzi o solidarność, to całkiem dobrze. Ale sto dni to był czas borykania się z rozmaitymi napięciami. Od początku wisiała nad rządem groźba uruchomienia sankcji europejskich za rzekome łamanie praworządności. Do tego doszła ustawa o IPN. Na razie premier sobie z tym radzi, ale sporo go to kosztuje. Traktuje wszystko bardzo poważnie. Mówię mu, żeby aż tak bardzo wszystkiego nie przeżywał, np. swojej wypowiedzi w Monachium. Tego pierwszego zdania wyrwanego z kontekstu. Powiedziałem mu: „Mów synu po polsku. Trudno w emocjach, w obcym języku wyrazić wszystko to, co masz na myśli”.

Boli pana krytyka pod adresem syna?

Rodzina mówi, że to ja go za bardzo krytykuję. Przykładowo polityka zagraniczna rządu w ogóle mi się nie podoba. Parę tygodni temu odbyły się w Rosji wybory, w wyniku których Władimir Putin został ponownie wybrany na prezydenta i ani nasz prezydent, ani premier nie wysłali mu depeszy gratulacyjnej. Może się bali narazić opinii publicznej? Nie wiem. Ale prezydent Donald Trump gratulacje wysłał. Prosiłbym nasze władze o większą samodzielność.

I savoir-vivre?

O nie. To nie jest kwestia savoir-vivre’u, tylko relacji między naszymi narodami, która bardzo się pogorszyła od momentu katastrofy smoleńskiej. Mam wrażenie, że my, Polacy, jesteśmy nastawiani przez naszą klasę polityczną, elity i media negatywnie wobec Rosjan. W Rosji dzieje się tak samo. A jesteśmy przecież dwoma największymi narodami Europy Wschodniej. Bo naród ukraiński dopiero się kształtuje, zresztą w wielkim bólu i sporze wewnętrznym, a także w sporze z Rosją i z nami. Te pomniki, które budują mordercom, to jest coś ponurego. Nie tylko nie szanują pamięci naszych braci, ale też niszczą siebie, bo jeżeli się gloryfikuje zbrodnie, to samemu się osłabia. W tej kwestii nasza polityka jest bezradna. Cała polityka wschodnia jest niedojrzała. Premier mówi mi: „Ojciec, ale to Rosjanie działają przeciwko nam”. Może ma więcej informacji. Czy to zwalnia nas z próby dogadywania się z nimi?

Wróćmy na krajowe podwórko. Ostatnio Donald Tusk zeznawał na procesie Tomasza Arabskiego w sprawie przygotowania wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku. Co pan sądzi o jego występie?

Nie śledziłem. Za to pamiętam dobrze moje wrażenia z tamtego czasu. Byłem zdruzgotany, że nie ma próby porozumienia między prezydentem a premierem w sprawie wspólnego uczczenia 70. rocznicy zbrodni katyńskiej. Skoro Władimir Putin, jako premier Rosji, zdecydował się upamiętnić rocznicę Katynia, a więc przyjął odpowiedzialność za tę zbrodnię, i zaprosił naszego premiera na wspólne uroczystości, to uważałem, że premier powinien był zaprosić prezydenta Kaczyńskiego, a także prymasa Polski. Sam Tusk to było za małe nasze przedstawicielstwo. Ale i ze strony środowiska prezydenta Lecha Kaczyńskiego też nie widziałem chęci do wspólnego świętowania z Putinem. Żałuję, że nie doszło do zbliżenia w obliczu pokajania się Rosjan.

To pokajanie się Putina mogło być tylko gierką nastawioną na poróżnienie naszych polityków.

Czy wolno tak mówić? Gdy Borys Jelcyn pokazywał listę osób, które podpisały się pod rozkazem zabicia polskich oficerów w Katyniu, miał łzy w oczach. Trzeba mieć różne zarzuty wobec Rosji – o rozbiory, Katyń, 1939 r. – ale jednak 30 lat temu, gdy załamał się ustrój komunistyczny, Rosja oddała połowę swojego zamieszkałego terytorium innym narodom. Ocenia się, że w rezultacie tej decyzji 37 mln Rosjan zostało poza granicami Rosji. 70 lat po zbrodni katyńskiej mieliśmy klęczącego premiera Rosji, jego żal i skruchę. To wszystko należy zauważyć.

Czy sądzi pan, że Donald Tusk nastawia się na powrót do polskiej polityki?

Nie. Obóz, który przegrał wybory dwa lata temu, w takiej samej formule do władzy nie wróci. Nie sądzę, by pan premier był w stanie przyjechać na białym koniu i ocalić opozycję. Tym bardziej, że ciążą na nim realne grzechy polityczne. Podczas sejmowego puczu na przełomie lat 2016/2017 Tusk przyjechał do Wrocławia i stanął jednoznacznie po stronie opozycji. Czy rolą prezydenta Unii Europejskiej jest zajmowania stanowiska po stronie jednego odłamu politycznego? To było złamanie standardów europejskich. Poza tym obciąża go afera hazardowa, bo gdy dowiedział się od Mariusza Kamińskiego, szefa CBA, o tej aferze, powiadomił o tym szefa klubu Zbigniewa Chlebowskiego. Nie miał do tego prawa. Już wtedy nie zachował standardów. Nie wyobrażam sobie, by po tym wszystkim mógł wrócić do polityki i być przywódcą Polski.

Skoro wspomniał pan o Wrocławiu, to jak ocenia pan szanse Michała Ujazdowskiego na wygraną w wyborach na prezydenta Wrocławia?

Nie wróżę mu sukcesu. Moim zdaniem dzięki tej kandydaturze wzrosły szanse kandydatki PiS Mirosławy Stachowiak-Różeckiej. Ludzie wiedzą, że Ujazdowski, były wiceprzewodniczący PiS, poszedł do PO, co jest dużą woltą. Ja go popierał nie będę.

Dlatego że jest zdrajcą?

Dlatego, że pogłębia podział sceny politycznej, a to jest szkodliwe. Dziś wszystko nas różni – aborcja, sądy, Europa, Żydzi, niepełnosprawni. Potrzebujemy łączenia społeczeństwa. Budowana partia Wolni i Solidarni zamierza być pomostem między PiS a PO.

WiS będzie kandydował ze wspólnych list z PiS w wyborach samorządowych?

Do sejmików wojewódzkich tak, czujemy się za słabi, żeby startować samodzielnie. Umówiliśmy się z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, że na każdej liście do sejmików możemy umieścić jednego własnego kandydata. Ale do gmin, powiatów, na burmistrzów i prezydentów miast będziemy popierać własnych kandydatów, często konkurencyjnych w stosunku do PiS.

Jest pan zadowolony z tego porozumienia z PiS?

Tak. Prezesowi zależy, żebyśmy byli niezależną siłą polityczną, takim czynnikiem uzupełniającym, a nie żebyśmy zabierali miejsca na listach PiS. Mnie też na tym zależy, bo uważam, że mamy inne spojrzenie na sprawy ustrojowe. Winą PiS jest np. to, że zaraz po wyborach nie wzięli się za uporządkowanie wynagrodzeń w sferze budżetowej i w rezultacie wybuchła ta nieszczęsna afera z premiami. Nie podobają mi się stałe zapewnienia PiS, że nie będzie podnoszenia podatków.

Premier Morawiecki do niedawna też tak mówił.

Uważam, że nie miał racji. Rozwój kraju musi być bardziej zrównoważony, a to wymaga większej redystrybucji środków.

Czyli w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych będziecie samodzielnie walczyć o mandaty?

Tak.

A jeżeli się nie uda przekroczyć progu 5 proc.?

Będziemy śledzić sondaże. Jeżeli się okaże, że nie mamy szans na przekroczenie progu wyborczego, to pójdziemy razem ze Zjednoczoną Prawicą. Nie powtórzymy błędu Leszka Millera, który z powodu zawarcia koalicji nie wprowadził swojej formacji do Sejmu, przez co PiS zyskał samodzielną większość w Sejmie.

Chyba to pana nie martwi?

(śmiech) Nie. Ale chcę pokazać, że gdyby nie tamta błędna decyzja Millera, to ani Beata Szydło, ani mój syn nie byliby premierami. W Sejmie niektórzy krzyczą: „Precz z Kaczorem dyktatorem”. Jaka to dyktatura, której władza zależy od jednego błędu Millera?

A jak pan ocenia zamieszanie wokół ustawy degradacyjnej, którą zawetował prezydent? Czy to w ogóle było potrzebne?

Źle załatwiono tę sprawę. Przez bez mała 30 lat nie udało nam się rozliczyć z komunizmem. To jest wielkie zaniedbanie moralne i narodowe. Ludzie z dawnego aparatu władzy, z SB, uwłaszczyli się na majątku wypracowanym przez całe społeczeństwo. Oni i ich bliscy, mając pieniądze i stanowiska, dalej w dużym stopniu rządzą krajem. Realizują swe prywatne i grupowe interesy. Czy tak być powinno? Jednak spóźnione pośmiertne odbieranie stopni wojskowych nie wygląda dobrze. Ale gdy pan prezydent zgłosił swoje weto, poszedł do społeczeństwa fałszywy sygnał, że komunizm nie był taki zły. Jeżeli panu prezydentowi nie podobały się niektóre przepisy tej ustawy, to powinien się zastanowić nad jej znowelizowaniem. Aktem jej zawetowania wybielił stan wojenny, który był krzywdą wyrządzoną Polsce.

Okładka tygodnika WPROST: 19/2018
Więcej możesz przeczytać w 19/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 2
  •  
    ciebie to chyba poniosa !
    • Wprost już jak Wyborcza... możesz czytać, ale zapłać....... W sumie warto płacić za TAKI poziom, jaki prezentują? cóż - każdy ma swój własny rozum... i robi co uważa....
      W każdym razie - koniec darmowego Wprost..... ale czy jakość lepsza? - nie zauważyłem jak do tej pory....
      Jedyne co dobre - to kretynów będzie mniej pokroju Oprawca, kabotyn i w Bulu Bul.... i przeorana Ryfka........

      Czytaj także