Prezes zwlekał z podjęciem leczenia

Prezes zwlekał z podjęciem leczenia

Jarosław Kaczyński i Adam Bielan
Jarosław Kaczyński i Adam Bielan / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FOTONEWS
Jedyną poważną dolegliwością, z którą boryka się Jarosław Kaczyński, jest uraz kolana – mówi Adam Bielan, wicemarszałek Senatu.

Kim obecnie jest pan w otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego?

Jednym z parlamentarzystów Zjednoczonej Prawicy.

I spin doktorem?

Od dawna nie pełnię takiej funkcji, a w obecnej kadencji skupiam się na obowiązkach wicemarszałka Senatu.

Proszę nie żartować.

Oczywiście znam Jarosława Kaczyńskiego od wielu lat, a z racji pełnionych funkcji mam z nim regularny kontakt. Sugerowanie jednak, że jestem jakimś jego szczególnym powiernikiem, jest zdecydowanie na wyrost.

Skoro więc się pan z nim kontaktuje, to pewnie przynajmniej wie, co z jego zdrowiem. Cała Polska zamarła z powodu choroby Jarosława Kaczyńskiego. Zaczęto spekulować, że to coś więcej niż uraz kolana.

Pogłoski o rzekomych poważnych problemach zdrowotnych prezesa krążą od kilku lat. W tej kadencji może nieco bardziej się nasiliły.

Dlaczego?

Odbieram to jako element, przykrej niestety, gry politycznej. Jarosław Kaczyński opowiadał mi kiedyś, że już na początku lat 90. stykał się z rzekomymi informacjami, że ma nowotwór albo inne przewlekłe choroby.

Informacje o tym, że ma raka, pojawiają się także dzisiaj.

To prawda. Zdarzyło mi się nawet przyłapać jednego z posłów opozycji na rozpowszechnianiu tej wyssanej z palca informacji.

Może więc jest dobra okazja, żeby ją zdementować.

Jedyną poważną dolegliwością, z którą prezes Prawa i Sprawiedliwości boryka się od wielu miesięcy, a nawet lat, jest uraz kolana.

Mimo to wcześniej prezes nie chodził o kulach.

Prezes długo zwlekał z podjęciem leczenia, aż w ostatnim czasie uraz spowodował tak silny ból, że uniemożliwił mu poruszanie się o własnych siłach. Jak każdy w podobnej sytuacji, posłużył się kulami ortopedycznymi, co tabloidy skrzętnie udokumentowały zdjęciami. Taka jest, niestety, specyfika plotkarskiej prasy. W tym jednakże przypadku nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z podwójnymi standardami.

Co pan ma na myśli?

Przez wiele lat media skrzętnie ukrywały bardzo poważne kłopoty zdrowotne jednego z najważniejszych polityków w Polsce. Przeszedł on bardzo poważną operację, i to bynajmniej nie kolana, a serca, o czym Polacy nie zostali wówczas nawet standardowo w takich przypadkach poinformowani. A w chwili obecnej niemal wszyscy zainteresowani polityką nagle zajmują się zdrowiem Jarosława Kaczyńskiego? Trudno uwierzyć w szczerość tej troski…

Tabloidy sugerowały, że operację serca przeszedł kilka lat temu Bronisław Komorowski. To jego pan ma na myśli?

To pani redaktor, nie ja, wymieniła to nazwisko. Chcę jedynie powiedzieć, że powinniśmy stosować równe standardy wobec wszystkich, szczególnie jeśli chodzi o, jakby nie było, prywatne sprawy. Możemy oczywiście przyjąć, że informujemy o stanie zdrowia każdego z polityków bądź nie informujemy w żadnym tego typu przypadku. Ale nie do pomyślenia wydaje mi się sytuacja tak ewidentnej nierównowagi. Gdy poważne kłopoty zdrowotne dotyczą liderów Platformy, media milczą. Również my milczymy, ponieważ do tej pory istniała taka niepisana reguła. Tymczasem kiedy Jarosław Kaczyński nabawił się urazu kolana, z jakim regularnie boryka się chociażby wielu sportowców, żyją tym wszystkie media w kraju.

Czy to prawda, że prezes PiS ma być teraz przez dwa tygodnie wyłączony z pracy?

Tak, na ten czas siłą rzeczy zmuszony będzie ograniczyć swoją aktywność publiczną. Ale powtarzam: Jarosław Kaczyński ma dość typowy uraz kolana. Szczęśliwie nie jest ani piłkarzem, ani tancerzem, więc nie eliminuje go on z wykonywania zawodu.

Niektórzy mówią, że dzięki tej chorobie PiS ma szansę lepiej zrozumieć los niepełnosprawnych. Dlaczego nie potraficie sobie poradzić z protestem rodziców w Sejmie?

Ponieważ oczekiwania osób protestujących w Sejmie przewyższają możliwości ich realizacji i dodatkowo rosną wraz z przedłużaniem się tego protestu. Stąd niektórzy stawiają wręcz zarzut jego upolitycznienia.

Pan się z tym zgadza?

Posiadam zbyt mało informacji w tej sprawie, aby się pod tak kategorycznymi wnioskami podpisywać.

Poseł Jacek Żalek nazwał niepełnosprawne dzieci żywymi tarczami. Poseł Bernadeta Krynicka mówi, że na ich rodziców można znaleźć paragraf. Skąd w waszym obozie tyle znieczulicy?

To niesprawiedliwe, krzywdzące oskarżenie, zwłaszcza jeśli odnosi je pani od całego obozu. Proszę sobie przypomnieć, jak w sprawie protestów zachowywali się czołowi politycy PO w 2014 r. A co do przywołanych przez panią wypowiedzi, to takie słowa nie powinny paść.

A może po prostu, jak każda partia władzy, tracicie kontakt z wyborcami.

Nasi parlamentarzyści realizują właśnie wielki objazd kraju, czym ewidentnie przeczą zarzutom o utratę kontaktu z elektoratem. Podczas spotkań z wyborcami w terenie często słyszą rzeczy bardzo nieprzyjemne, co jest chyba domeną każdej ekipy pozostającej u władzy. Wyborcy doskonale dbają, żebyśmy za bardzo nie odfrunęli.

Ale trochę już odfrunęliście, prawda?

Na przełomie roku, bezpośrednio po zmianie premiera, w niektórych sondażach przekraczaliśmy 50 proc. poparcia. Większość kolegów się cieszyła, podczas gdy ja starałem się raczej tonować nastroje. W takich przypadkach bowiem groźba uderzenia wody sodowej jest więcej niż realna.

Niepełnosprawni w Sejmie sprowadzają was na ziemię?

Zapewniam panią, że stąpamy po niej twardo, więc nie muszą. Problem polega na tym, że w przypadku tego protestu w grę wchodzą bardzo silne emocje i napięcie społeczne. Potęgowane ogromnym zainteresowaniem mediów. A fakty są takie, że przecież jeden z dwóch głównych postulatów protestujących, ten dotyczący zwiększenia renty socjalnej do poziomu minimalnej emerytury, został już spełniony. I oznacza realny wzrost renty socjalnej w stosunku do momentu z początku tej kadencji o 39 proc. Owszem, pozostaje spór o drugi postulat, czyli 500 zł żywej gotówki, który pierwotnie wyglądał jednak inaczej.

Na ten postulat rząd nie chce się zgodzić, upierając się, że da pomoc rzeczową.

Przypomnijmy zatem, że na początku protestu mowa była o 500 zł na cele rehabilitacyjne. I w odniesieniu do tak sformułowanego postulatu rząd zaproponował, aby te środki były przekazywane w formie pomocy rzeczowej. Niestety, w tej sprawie okopano się na pozycjach.

Dziwi się pan? Rząd nieustannie ogłasza, że ma pieniądze, niedawno zaproponował wyprawkę szkolną dla każdego ucznia, chwalicie się świetnymi wynikami finansowymi.

Być może należało bardziej położyć nacisk to, że katastrofalna sytuacja budżetowa z czasów rządów PO-PSL została opanowana i teraz oczekujemy wzrostu. Ale też nigdy nie twierdziliśmy, że mamy w budżecie nadwyżkę, a jedynie to, że zmniejszyliśmy deficyt. To nie jest tak, że rząd ma dowolną ilość pieniędzy do rozdysponowania.

Chyba że macie je wydawać na nagrody. Afera dotycząca przyznania sobie nagród przez rząd na trwałe wpłynęła na wizerunek PiS?

Przez wiele dni był to jeden z dominujących wątków politycznych w mediach, co musiało się negatywnie odbić. Jak to jednak porównać do ogromnej luki vatowskiej z czasów naszych poprzedników? Czy sprawa premii w dłuższej perspektywie wpłynie na poziom poparcia? Mam nadzieję, że nie, ale o tym przekonamy się dopiero po wyborach. Radykalne decyzje o zwrocie premii oraz o zaciśnięciu pasa przez parlamentarzystów i samorządowców powinny nam pomóc w odbudowaniu wizerunku.

Przyzna pan, że zaproponowane przez PiS rozwiązania pachną populizmem.

Pani redaktor, i znów te podwójne standardy! Kiedy na początku kadencji przedstawiono projekt o podwyżce dla parlamentarzystów, większość mediów przypuściła na niego wściekły atak. Tymczasem dziś, gdy Jarosław Kaczyński zaproponował obniżenie uposażeń polityków, mówi się nagle, że parlamentarzyści zarabiają za mało i że to korupcjogenne! Wygląda na to, że PiS mediom nigdy nie dogodzi…

Cały czas macie wrażenie, że media są przeciwko wam?

Faktem jest, że w swojej masie dziennikarze na całym świecie reprezentują raczej lewicowo-liberalne poglądy. Z tej przyczyny media z reguły charakteryzuje bardziej krytyczne podejście wobec ugrupowań konserwatywnych, prawicowych niż względem formacji lewicowych czy liberalnych. Nie inaczej jest i w naszym kraju, choć można odnieść wrażenie, że większość mediów w Polsce w tejże krytyce przoduje. Jest to następstwem gigantycznego zaburzenia równowagi medialnej, do czego doszło w okresie rządów koalicji PO-PSL. Wszyscy pamiętamy choćby nocne spacery zaufanego doradcy premiera z właścicielem jednego z koncernów. Zarówno w mediach prywatnych, jak i publicznych większość dziennikarzy opowiadała się wówczas przeciwko nam. Jako wieloletni rzecznik PiS doskonale zdawałem sobie sprawę, że jesteśmy traktowani inaczej niż konkurencja, mimo że pozostawaliśmy w opozycji.

Rozumiem, że teraz to zmienicie?

Ja jedynie przedstawiłem diagnozę.

A nie lepiej starać się być bardziej otwartym w stosunku do dziennikarzy?

Staram się być otwarty na wszystkie państwa potrzeby.

A utrudnienia w poruszaniu się przez media w Sejmie?

Przez 10 lat zasiadałem w Parlamencie Europejskim, w ramach swoich obowiązków odwiedzałem wiele parlamentów europejskich i pozaeuropejskich. Mogę panią zapewnić, że w polskim parlamencie jest wyjątkowo duża otwartość na dziennikarzy, a także swoboda funkcjonowania. W samym europarlamencie ich działalność jest o wiele bardziej obwarowana.

Wróćmy do waszych notowań w sondażach...

Nie da się nieustannie zachowywać doskonałej formy. W polityce przychodzą czasem kryzysy, podobnie jak w sporcie. I taką właśnie zadyszkę złapaliśmy. Podchodzę do tego spokojnie, nie emocjonuję się każdym spadkiem czy wzrostem w sondażu. To naprawdę nie ma większego sensu. Tym bardziej że do wyborów parlamentarnych jeszcze naprawdę dużo może się wydarzyć.

Niedługo czeka was bój o Warszawę.

To będą niezwykle trudne wybory. W Warszawie wygraliśmy je w zasadzie tylko raz, w 2002 r.

Czyli od wyboru Lecha Kaczyńskiego na prezydenta stolicy.

Byłem wtedy odpowiedzialny za kampanię pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pamiętam, jak było ciężko. A od tego czasu koniunktura polityczna dla nas w Warszawie znacząco się pogorszyła. Stolica jednak zasługuje na dobrą zmianę i mam nadzieję, że mieszkańcy opowiedzą się za naszym kandydatem.

Pogorszyła? Przecież wybuchła afera reprywatyzacyjna!

Pogorszyła się sytuacja, jeśli chodzi o poparcie dla Zjednoczonej Prawicy. W kolejnych wyborach regularnie wygrywała Platforma Obywatelska. Opcja lewicowo-liberalna w największych miastach wykazuje zresztą zdecydowanie większy potencjał polityczny. A przecież w warszawskich wyborach zapewne dojdzie do drugiej tury. Obiektywnie trzeba powiedzieć, że nasz kandydat ma bardzo trudne zadanie. Chociaż energia, z jaką Patryk Jaki do niej przystąpił, przy jednoczesnym falstarcie kandydata PO daje mu jakieś nadzieje na sukces. Wydaje się, że w samej Warszawie afiliacje partyjne mają tak duże znaczenie, że ludzie, przynajmniej w II turze, zaciskają zęby, zatykają nos, głosują na osobę, o której doskonale wiedzą, że jest nieuczciwa, nieudolna. Byle by nie oddać władzy w ręce kandydata partii, której nienawidzą. Mają tak silne emocje polityczne.

To nie będzie zatem walka między Patrykiem Jakim a Rafałem Trzaskowskim, tylko między PO a PiS?

Nie umiem powiedzieć. Jeśli miałaby to być walka między Platformą a PiS, to moim zdaniem Jaki nie ma szans. Mam nadzieję, że szefowie jego kampanii zdają sobie sprawę, że muszą ją przekształcić w dyskusję na temat Warszawy. Póki co wydaje się, że idą tym właśnie tropem.

Boicie się w tych wyborach zjednoczonej opozycji?

W ramach tego jednoczenia opozycji Joanna Scheuring-Wielgus i Joanna Schmidt opuściły właśnie Nowoczesną. W ich ślady poszedł Ryszard Petru, który już wcześniej założył swoje polityczne stowarzyszenie. Istnieją zatem obecnie dwie albo nawet trzy Nowoczesne, daje się zaobserwować silny konflikt w Platformie, do tego mnóstwo podziałów na lewicy i na deser postulat, by Robert Biedroń powołał kolejną formację. Powiedzmy więc sobie szczerze: czegoś takiego, jak zjednoczona opozycja, nie ma.

Robert Biedroń jest zagrożeniem dla PiS?

Nie wydaje się, żeby mógł odebrać wyborców akurat nam. Jeśli ktoś powinien się go obawiać, to Grzegorz Schetyna. Sądzę zresztą, że kolejne wybory to dla jego formacjiwalka o życie, jeśli bowiem Platformie nie uda się w 2019 r. odzyskać władzy, to będzie powoli schodzić ze sceny politycznej, ustępując miejsca właśnie zreorganizowanej lewicy.

Lekceważy pan przeciwnika?

Wprost przeciwnie. Sytuacja po stronie opozycji przedstawia się tak, że w najbliższych wyborach to właśnie Platforma będzie naszym największym przeciwnikiem. Natomiast przypuszczam, że w 2023 r. głównym przeciwnikiem Zjednoczonej Prawicy będzie już lewica, co poniekąd jest zjawiskiem bardziej naturalnym niż obecny podział sceny politycznej.

A Biedroń?

Nie wykluczam, że w przyszłości może być poważnym graczem na polskiej scenie politycznej.

A Donald Tusk? Wróci?

Wątpię, aby Donald Tusk wprost z salonów brukselskich był gotowy wrócić na ring, dziś już nawet nie bokserski, tylko MMA, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Dotychczasowe doświadczenie, przykładowo Aleksandra Kwaśniewskiego, pokazuje, że wyborcy raczej nie oczekują tego typu powrotów, a jedynie szkodzą one wizerunkowo politykom, którzy się na nie decydują.

Ostatnio sugeruje, że jednak chce wrócić.

Stara się budować napięcie. Z jego perspektywy istotna jest już sama wizja ewentualnego powrotu, a mówiąc wprost, potrzebuje stałego zainteresowania mediów. Daje mu to swoiste narzędzia, czy też pretekst, do ingerencji w wewnętrzne sprawy naszego kraju.

Rozmawialiśmy o problemach opozycji. A problemy PiS? Co z ambicjami Antoniego Macierewicza?

Na prawicy istnieją i zawsze funkcjonowały rozmaite nurty polityczne, w tym niepodległościowy, konserwatywny, narodowy, solidarnościowy, związkowy, konserwatywno-liberalny. Z jednej strony podnosi to atrakcyjność obozu, z drugiej siłą rzeczy generuje rozmaite napięcia programowe. Do tego dochodzą ludzkie ambicje, tarcia personalne. Takie są właściwości każdej dużej formacji. Jednak nie ulegajmy złudzeniom, spoistość obozu Zjednoczonej Prawicy nie jest w tej chwili w żaden sposób zagrożona.

Nawet przez ambicje Antoniego Macierewicza?

Antoni Macierewicz jest wiceprezesem Prawa i Sprawiedliwości, ma więc wysoką pozycję, zarówno w tej partii, jak i w całym obozie Zjednoczonej Prawicy. Nie sadzę, żeby jakikolwiek polityk myślał o odejściu z ugrupowania, które wygrywa kolejne wybory i dysponuje samodzielną większością w Sejmie.

Pod warunkiem, że w partii panuje dyscyplina. Tymczasem w sejmowych kuluarach mówi się, że prezes PiS nie jest dziś w stanie dopilnować i rządu, i partii.

To coś nowego. Dotychczas słyszałem ze strony naszych przeciwników, że jest krwawym dyktatorem, który wszystko trzyma w garści.

A jaka jest prawda?

Ani nie jest dyktatorem, ani nie traci wpływu na funkcjonowanie swojej partii. Zarządzanie tak dużą siłą polityczną, jaką jest Zjednoczona Prawica, stanowi olbrzymie wyzwanie, ale Jarosław Kaczyński świetnie sobie z nim radzi. Udowodnił to, najpierw tworząc ten obóz, a później tak długo utrzymując go na fali.

Walka o sukcesję po prezesie to też plotki?

Osobiście nie zauważam żadnych procesów, które miałyby doprowadzić do zastąpienia Jarosława Kaczyńskiego ani żadnego innego lidera Zjednoczonej Prawicy, czyli Jarosława Gowina czy Zbigniewa Ziobry. Owszem, widać duże ambicje niektórych polityków, próby uzyskania szerszych kompetencji przez poszczególnych ministrów. To w polityce zjawisko naturalne. Ale za półtora roku, przy urnie wyborczej, ludzie rozliczą nas nie z plotek dotyczących sytuacji wewnątrz PiS, lecz z jakości rządzenia, z tego, czy po tych czterech latach faktycznie żyje im się lepiej. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 20/2018
Więcej możesz przeczytać w 20/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także