Targowisko próżności i wartości

Targowisko próżności i wartości

Przemowy o #metoo, protesty kobiet i pełne oburzenia reakcje na filmy buntowników. Tegoroczny festiwal w Cannes ułożył się w opowieść o hipokryzji i roli artystów w niespokojnych czasach.

Festiwal w Cannes kocha być w centrum uwagi. Nie ma drugiej imprezy na świecie, która tak łączy sztukę, biznes i blichtr. Instagramy jej uczestników zalewają zdjęcia z rozpostartym na ścianie Pałacu Festiwalowego kadrem z „Szalonego Piotrusia” – pocałunkiem Anny Kariny i Jeana-Paula Belmondo. Na niebie rozpryskują się fajerwerki z muzyką z „Gwiezdnych wojen” w tle (premierę miał tu „Han Solo: Gwiezdne wojny – historia”). Na morzu horyzont znaczą luksusowe jachty. Na bulwarze Croisette zaś codziennie o godz. 19 ruch tamują limuzyny wiozące gwiazdy, które potem w blasku fleszy po słynnych schodach wchodzą do Grande Theatre Lumiere. Jednak Cannes odbija też rzeczywistość: walkę o godność kobiet, więdnięcie demokracji, zamachy na wolność słowa. Rodzi dyskusję: w jaki sposób artyści powinni angażować się w sprawy społeczne?

82 KONTRA 1688

– Od początku festiwal dawał głos pionierom, przecierającym nowe szlaki wichrzycielom – mówiła minister kultury Francji Franćoise Nyssen. – W tym roku musimy się skupić na temacie równouprawnienia płci. I rzeczywiście, na Croisette dyskutowano o nierównościach płacowych, wykorzystywaniu seksualnym, znikomej reprezentacji reżyserek na festiwalach. Na czerwonym dywanie manifestowały 82 artystki. Dokładnie tyle, ile kobiet zaprezentowało swoje filmy podczas 71 edycji festiwalu. W tym samym czasie wyświetlono tu 1688 tytułów zrealizowanych przez mężczyzn. W tym roku bilans jest nie lepszy: 3 do 18. Ale dyrektor artystyczny Thierry Frémaux broni się: – Bierzemy pod uwagę jakość zgłoszeń. Natomiast zmieniliśmy sposób konstruowania jury, któremu przewodniczy Cate Blanchett i w którym przeważają kobiety.

Cannes ma się z czego tłumaczyć. Gazety przypominały, że festiwal, na którym triumfowało „Pulp Fiction”, stał się kolebką imperium Harveya Weinsteina, a jachty pływające przy Lazurowym Wybrzeżu zawsze kryły niejedną tajemnicę. Przez lata panowało tu ciche przyzwolenie na molestowanie. W tym roku do akredytacji każdego uczestnika imprezy dodawano kartkę ze stworzonym razem z Ministerstwem ds. Równouprawnienia numerem telefonu alarmowego, pod który mogły dzwonić zarówno ofiary, jak i świadkowie molestowania. Niestety, coraz częściej ważny ruch #metoo zamiast przynosić systemowe rozwiązania problemu, zmienia się w beznamiętne powtarzanie banałów na oficjalnych ceremoniach. Sprawia, że selekcjonerzy wybierają filmy bezpieczne, pełne sloganów. Jak „Dziewczyny słońca” Evy Husson. – Chciałam nieść przesłanie do wszystkich kobiet, aby walczyły o swoje prawa. Nie tylko w skrajnych sytuacjach – mówiła reżyserka. Stworzyła opowieść o kurdyjskich bojowniczkach, którym wojna odebrała wszystko: stabilną pracę, mężów, dzieci. Ich oddział składa się z oswobodzonych niewolnic seksualnych. Z kobiet, które z bólem w oczach sięgają po karabin, by odzyskać utraconą godność. Tyle że mimo szlachetnego przesłania film tonie w patosie i płytkich refleksjach.

Artystki protestujące przeciwko dyskryminacji kobiet w showbiznesie, w tle kadr ze słynnego filmu JeanaLuca Godarda „Szalony Piotruś” z 1965 r.

WOLNOŚĆ NA SZTANDARACH

Pytanie o postawę artystów wobec współczesności mocniej wybrzmiało w filmach politycznych dysydentów. Reżyser otwierającego festiwal „Wszyscy wiedzą” Irańczyk Asghar Farhadi pozostaje ostrożny w wywiadach,nie manifestuje niezgody na reżim. Zamiast tego (albo: dzięki temu) wychodzi na plan. – Ja staram się zachować uczciwość, grać z cenzurą – mówił mi. – Uważam, że moją rolą jest robienie filmów. Farhadi decyduje się tonować publiczne wypowiedzi, wierząc, że zniuansowanymi opowieściami o moralności może dotrzeć do większej liczby ludzi. Irańczyk Jafar Panahi i Rosjanin Kiriłł Serebrennikow idą na otwarte wojny z panującymi w ich krajach reżimami. Niosą sztandar niezgody, płacąc za to wysoką cenę wolności – twórczej i osobistej.

Panahi, choć został zwolniony z aresztu domowego, wciąż ma zakaz wyjeżdżania z kraju. Ale staje za kamerą. W „Trzech twarzach” sportretował dziewczynę, która w niewielkiej wsi marzy o karierze aktorki. Pokazał wspólnotę solidarną i ciepłą, dopóki ktoś nie nosi znamion inności i nie wykracza w marzeniach poza szarą codzienność. Transparent z nazwiskiem nieobecnego reżysera wnosiła też ekipa „Lata” Kiriłła Serebriennikowa, od sierpnia przetrzymywanego w areszcie domowym. Oficjalnie z powodu nieprawidłowości finansowych w jego teatrze. Ale wiadomo, że wystawiane przez niego sztuki i kręcone filmy były mocno krytykowane przez Cerkiew i Kreml. Gest współpracowników reżysera był tym mocniejszy, że „Lato” o kontrkulturze w ZSRR lat 80. to opowieść o potrzebie wolności.

NIEPOKORNI

Jednak najważniejsze filmy tego festiwalu wymykały się współczesnym trendom. Wobec wielu poprawnych, wygładzonych propozycji piękna „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego okazała się jedną z nielicznych wypowiedzi prawdziwie autorskich (szeroko pisaliśmy o tym filmie w poprzednim numerze „Wprost”). Pojawili się też na festiwalu wieczni buntownicy kina. Reżyserzy, którzy konsekwentnie podążają własną drogą. Spike Lee nie mówi o konieczności pracy u podstaw na rzecz równouprawnienia czarnych. On wykrzykuje swoją prawdę i domaga się zdecydowanych działań. W „BlacKkKlansman” sięgnął po historię czarnoskórego policjanta Rona Stallwortha, który w latach 70. infiltrował środowisko Ku Klux Klanu. Wszystko tu skrzy się humorem charakterystycznym dla dyskryminowanych grup, które drwiną walczą z wykluczeniem. Ale w gorzkim finale reżyser każe zadać sobie pytanie „Z czego się śmiejecie?”. Pokazuje aktualność problemów toczących USA od lat. Rasizm, który – pielęgnowany przez uprzywilejowanych białych – wciąż zbiera swoje ofiary. A ostatnio rośnie jego akceptacja. Lee, dnosząc się na konferencji prasowej do wypadków w Charlottesville z sierpnia ubiegłego roku, nie wymieniając nazwiska Trumpa, stwierdził: – Ten sk...syn nie był w stanie nawet potępić innych sk...synów, współczesnych członków Ku Klux Klanu i neonazistów. Stany jako kolebka demokracji? Gówno prawda.

Właśnie głosy reżyserów, których bezkompromisowość nie uczyni ich bohaterami prasy kolorowej, wybrzmiały najmocniej. Pozakonkursowy pokaz „House that Jack Built” wywołał oburzenie użytkowników Twittera. Ich wypowiedzi relacjonowała prasa, do filmu przylgnęła etykietka szokującego. A przecież ta spowiedź duńskiego seryjnego mordercy z lat 70. ujęta jest w nawias. Daleko jej do realistycznej analizy zbrodni. Bliżej do wiwisekcji chorego umysłu. Portretu człowieka, który nie jest w stanie ukoić paraliżującego go lęku. Ucieka w nerwice, kompulsje, a gdy wciąż zżera go paniczny strach, staje się zabójcą. Dusi się w społeczeństwie, gdzie nikt nie może liczyć na pomoc. Lars von Trier nie ukrywa: jego obsesją jest sztuka. Słabym głosem, jąkając się i próbując opanować trzęsące się dłonie, mówi mi: – Powoli kończę etap depresji, schodzę też z alkoholu. Tu w Cannnes pozwalam sobie nalać kilka łyków na dno szklanki. Już tylko praca mi pomaga. Bywa koszmarem. Ale wciąż lepszym niż codzienność. I jeszcze Gaspar Noé. Kolejny awanturnik kina pozostający wierny sobie. W wywiadzie snuje historie o narkotycznych wizjach, ale też opowiada mi o momencie, gdy matka umarła w jego ramionach, a ojciec alkoholik wszedł do pokoju i westchnął: „Myślałem, że będę pierwszy”. W „Climax” reżyser proponuje dziki, konwulsyjny trans grupy tancerzy, którzy wypili sangrię zmieszaną z narkotykami. I w chwili, gdy tracą kontrolę nad sobą, pozór wspólnoty pęka. Zostają zwierzęce odruchy, skrywane instynkty. W jednych budzi się strach i delikatność, w innych dzika przemoc. Ale nikt nie wyjdzie z tego agonalnego szału nietknięty. W gruncie rzeczy to właśnie w dziełach tych autorów najmocniej czuje się współczesne rozedrganie. Bo przesuwają granice dyskusji w czasach, gdy kultura, zwłaszcza popularna, jest w stanie przemielić wszystko. A przecież to właśnie bierność i bezsilność są najgorszymi chorobami drugiej dekady XXI w. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

W CHWILI ZAMYKANIA TEGO NUMERU „WPROST” JURY NIE OGŁOSIŁO LAUREATÓW. WYNIKI KONKURSU W CANNES PUBLIKUJEMY NA STRONIE WPROST.PL.

Okładka tygodnika WPROST: 21/2018
Więcej możesz przeczytać w 21/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także