Góral urodzony w Łodzi

Góral urodzony w Łodzi

Zimna Wojna - Cannes 2018
Zimna Wojna - Cannes 2018 / Źródło: Opus Film
Każda opowieść o Polsce, która jest głośna na świecie, powinna być doceniona, bo mamy historie łatwe i trudne – mówi Borys Szyc grający w „Zimnej wojnie”, która właśnie wchodzi do kin.

Borys Szyc nie mógł sobie sprawić lepszego prezentu na 40. urodziny niż udział w filmie Pawła Pawlikowskiego, reżysera, który osiągnął historyczny sukces, najpierw zdobywając Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego za „Idę”, a teraz statuetkę dla najlepszego reżysera w Cannes. Polski hurraoptymizm od początku nakazywał nam oczekiwać Złotej Palmy, ale prawda jest taka, że na Lazurowym Wybrzeżu mówiło się najwięcej o trzech walorach produkcji: aktorstwie, muzyce i pieczołowitej reżyserii właśnie. Wcielającej się w Zulę Joannie Kulig wróżono nagrodę aktorską, która zdawała się pewna aż do przedostatniego dnia, kiedy pokazano „Aykę” Siergieja Dworcejowa z genialną rolą Samal Jesljamowej – i to ją wyróżniono. O muzyce Mazowsza pisano jako o odkryciu – dziennikarze i blogerzy, którym udało się zidentyfikować utwory na YouTubie, wrzucali do nich linki w mediach społecznościowych, niektórzy próbowali zmierzyć się z tematem opisowo – choćby francuska recenzentka zachwycała się utworem „Ojojoj”, gdy w rzeczywistości chodziło o „Dwa serduszka”. Od czasu „Czerwonego” Krzysztofa Kieślowskiego z muzyką Zbigniewa Preisnera nie było festiwalu, na którym tyle mówiłoby się o Polsce. Borys Szyc i operator Łukasz Żal, nominowany do Oscara za „Idę”, nie mają wątpliwości, że z tego względu „Zimna wojna” jest idealnym filmem na stulecie niepodległości kraju.

– To ogromna promocja Polski, jej folkloru i muzyki, w których jest esencja naszego kraju, tej prawdziwej Polski. To tak jak z muzyką Chopina, która od razu przywołuje w pamięci wierzby płaczące i polskie krajobrazy. Siłą Mazowsza, które z nami grało w filmie, jest ładunek polskości, doceniony przez cały świat tutaj, w Cannes – mówi mi Szyc, kiedy spotykamy się na dniu prasowym filmu na festiwalu. Dla niego muzyka ma szczególne znaczenie nie tylko dlatego, że sam romansuje ze śpiewaniem. W 2009 r. nagrał debiutancką płytę „Feelin’ Good”, na której wsparły go m.in.: Ewa Bem, Kasia Cerekwicka, Marysia Starosta i Justyna Steczkowska, rok wcześniej z tą ostatnią wydał singiel „Choć wieje, pada, grzmi”, a jego wykonanie „Jeszcze raz vabank” na gali Złotych Kaczek wzbudziło zachwyt publiczności. Śpiewanie jest dla niego ważne, bo to ono rozbudziło w nim potrzebę artystycznej ekspresji. Jako kilkulatek, gdzieś w połowie lat 80., podczas pierwszej wizyty w Zakopanem w Chacie Zbójnickiej przy Krupówkach usłyszał dziewicze nuty góralskiej muzyki i białego, męskiego śpiewu. – Siedziałem z rozdziawionymi ustami i poczułem, że jestem stąd; że kocham tę muzykę i tych ludzi; że to, co słyszę, zabiera mnie ze sobą. Od tamtej pory mówię, że jestem góralem urodzonym w Łodzi. Odkąd pamiętam, śpiewałem te góralskie szlagiery, a do Akademii Teatralnej w Warszawie dostałem się dzięki wykonaniu „Hej, Janicku, siwy włos”. Coś w tej muzyce musi być takiego, że ona jest solą ziemi tak głęboko zakorzenioną, że od razu przypomina nam, skąd jesteśmy, i czyni to wspomnienie emocjonalnym – mówi Szyc.

Media publiczne mówią „nie”

Aktor ubolewa nad tym, że dziś ta muzyka jest praktycznie nieobecna w mediach i środkach masowego przekazu. W „Zimnej wojnie” Szyc wciela się w Lecha Kaczmarka, aparatczyka, który tuż po wojnie buduje nową, chłopsko-robotniczą Polskę. Nadzoruje życie kulturalne kraju, a Wiktor Warski (Tomasz Kot) i Irena Bielecka (Agata Kulesza) jeżdżą po kraju w poszukiwaniu regionalnych talentów, które pomogą im ocalić narodowy folklor przed zapomnieniem. Warski i Bielecka wzorowani są na prawdziwych postaciach Tadeusza Sygietyńskiego i jego żony Miry Zimińskiej, którzy poprzysięgli sobie, że jeśli przetrwają wojnę, to w czasie pokoju zajmą się zbieraniem pieśni i utworów ludowych, których archiwum zostało w czasie walk całkowicie zniszczone. W filmie widzimy, jak wyglądała ich praca. To dzięki nim udało się wywalczyć Otrębusy i powołać w nich coś tak unikatowego jak zespół Mazowsze, który do dzisiaj jest czymś wyjątkowym w skali Europy. – Moc oddziaływania pieśni Mazowsza, tak samo jak muzyki góralskiej, zawiera się w prostej historii, którą opowiadają.

Ona zawsze dotyka czegoś pierwotnego, jak miłość, śmierć, tęsknota. Na mnie jako młodym chłopcu wywarło to ogromne wrażenie, ale ta siła jest na tyle wielka, że kiedy my ją dzisiaj w Cannes przekazujemy ludziom z zagranicy, to ona się podoba. Ja bym naprawdę dużo dał, żeby móc obejrzeć ten film oczami obcokrajowca – zaznacza Szyc. Krytycy zwracają jednak uwagę, że dziś taką perspektywę mogą mieć sami Polacy, coraz bardziej tracący styczność z muzyką regionów. O ile bowiem w PRL media publiczne w status misji miały wpisaną edukację muzyczną obywateli, którzy z głośników słyszeli niekoniecznie wpadające od pierwszego razu w ucho utwory Czesława Niemena i innych artystów ceniących słowo i niestandardowe melodie, z muzyką ludową na czele, o tyle współcześnie te same media zwróciły się w stronę Zenka Martyniuka i muzyki popularnej. Sygietyński i Zimińska dziś znów mieliby co robić, bo doszło do dziwnego przemieszania: muzyka ludowa odchodzi do lamusa, choć przecież na naszych oczach odradza się kuchnia regionów, którą PRL próbowała unifikować, bo za bardzo kojarzyła się z Polską szlachecką i dworską. Wyspecjalizowane restauracje powstają jak grzyby po deszczu, a właścicielem jednej z nich jest… Borys Szyc. W jego mieszczącej się na warszawskim Mokotowie Akademii znajdziemy zarówno dania z jego ulubionej kuchni śródziemnomorskiej, jak i tradycyjnie polskie, z rosołem i tatarem z jajem przepiórczym na czele. Szyc otworzył Akademię w okresie intensywnej pracy przy serialu „Przepis na życie”, emitowanym w TVN w latach 2011-2013, ale rekord pracowitości pobił chyba na planie „Zimnej wojny”. Paweł Pawlikowski nie odpuszczał nikomu. Szyc: – To nie była łatwa ani przyjemna praca. Paweł jest bardzo wymagający, domaga się od aktora jego czasu i podporządkowania. Tu zdjęcia trwały cały rok, bo rejestrowały różne pory roku w różnych krajach. Pawlikowski robi po 40 dubli. W filmie zazwyczaj po czterech, pięciu jest po wszystkim. U niego jest ich dziesięć razy więcej, co wpływa na nastroje w ekipie. Reżyser słynie też z braku sentymentu do scen. Potrafi wyrzucić każdą, jeśli nie pasuje do końcowego efektu.

W przypadku „Zimnej wojny” taki los spotkał tę najdroższą, przez którą przekroczono budżet. Mniej tolerancyjni producenci nie zaakceptowaliby takiej decyzji, ale reżyser trafił na Ewę Puszczyńską i Piotra Dzięcioła, którzy jakość dzieła postawili na pierwszym miejscu, ponad koszty. Z perspektywy canneńskiej opłaciło się, bo film miał wymarzone przyjęcie. Szyc: – Już kiedy wchodzi się do najpiękniejszej sali kinowej w Europie, czyli Grand Théâtre Lumière, emocje są wielkie. A kiedy 1200 osób przez 20 minut urządza po projekcji owację na stojąco, Julianne Moore jest zapłakana, Cate Blanchett w zachwycie, a Benicio Del Toro przybija piątkę, to jest to kategoria snu. Czułem się jak w onirycznej sytuacji. Nadal staram się zapanować nad emocjami, których ładunek był nieporównywalny z niczym, co wcześniej przeżyłem, a wydawało mi się, że przeżyłem dużo. Wcześniej aktor miał jednak powody do złości, bo to scena, nad którą z Pawlikowskim pracował najdłużej, wyleciała z filmu. Zaczynała się najazdem kamery na pianino, przy którym Marcin Masecki, kompozytor, użycza dłoni Tomaszowi Kotowi, grając za niego na instrumencie. Później kamera mimochodem rejestrowała granego przez Szyca Lecha Kaczmarka, który stał z tyłu i tej muzyki słuchał. – Wydaje się banalne, prawda? A my tę scenę kręciliśmy ponad 60 razy! Myślałem, że tam ćwirknę, bo nie wiedziałem, dlaczego tak jest. Paweł dyskutuje z aktorem przed zdjęciami, jest otwarty na sugestie, rozwiązania są wypadkową dyskusji. Czasem potrafi też między zdjęciami wysłać SMS z uwagami, co najczęściej mu się zdarza o godz. 4 nad ranem. Natomiast na samym planie go nie ma, jest nieobecny, trwa w transie przy podglądach i trzeba się do niego dobijać, żeby zapytać, dlaczego coś jest nie tak. Możesz sobie wyobrazić, jakie emocjonalne sinusoidy mieliśmy przy takim trybie pracy. Raz traciliśmy zupełnie poczucie tego, co i po co robimy, by za chwilę dostać kopa energetycznego wywołanego odkryciem, jaka to wizja Pawła jest niesamowita – wspomina Szyc.

Rodzinne tajemnice

Temu transowi reżysera trudno się dziwić także ze względu na pokazaną w filmie historię. „Zimną wojnę” Pawlikowski zadedykował swoim rodzicom, którzy stali się prototypami głównych bohaterów – ludzi niepotrafiących żyć ani ze sobą, ani bez siebie. Ale w tym filmie nie ma ekshibicjonizmu, ekipa nie była wprowadzana w intymny świat reżysera. Szyc: – Nie rozmawialiśmy o tym na planie w ogóle. Sam wiem tylko, że w życiu jego rodziców nie było takiego zespołu, jaki pokazujemy. Mama, anglistka, zdaje się, była w balecie i po rozstaniu z mężem wyjechała z nastoletnim Pawłem do Londynu. Nic więcej nam na ten temat nie powiedział.

Kiedy pytam, czy ta osobista perspektywa uchroni film przed wciągnięciem go w polityczny spór, jaki rozgorzał wokół „Idy”, Szyc bez zastanowienia odpowiada, że zupełnie się tym nie przejmuje. – Każda opowieść o Polsce, która jest głośna na świecie, powinna być doceniona, bo mamy historie trudne i łatwe. No, chyba że chcemy, żeby nas reprezentowały „Listy do M. 3”, z całym szacunkiem do tego filmu, w którym też występuję. Dzisiaj wszystko, co robimy i mówimy, jest deklaracją polityczną. Dobrze, że sztukę wpisuje się w czasy, w których się żyje, w kontekst, w jakim powstała, że szukamy dla niej odniesień, bo wtedy wydaje nam się, że jest bardziej aktualna, dotyka nas bardziej. Ale tak naprawdę niezależnie od całej otoczki istotą sztuki jest historia, którą opowiada. Opowiedzieć ciekawą historię to jest gigantyczna wartość. „Ida” taką wartość miała i „Zimna wojna” też ją ma. Tak naprawdę za wpisanie filmu w kontekst społeczno-polityczny tutaj odpowiadał Janusz Głowacki, to jest jego testament i pożegnanie. Był dla mnie bardzo bliską osobą i brakuje mi go w Cannes, z tą rozchełstaną koszulą; pięknego mężczyzny, który jest gigantycznym wrażliwcem i niesamowitym artystą. Myślę, że byłby strasznie szczęśliwy, że jesteśmy w Cannes – mówi Szyc. Dla zmarłego w 2017 r. Głowackiego obecność w Cannes mogłaby być jedynie kolejnym stemplem jakości potwierdzającym jego międzynarodową karierę. Podobnie rzecz ma się z Pawlikowskim, który – zwłaszcza po wielkim sukcesie „Idy” – regularnie otrzymuje propozycje nakręcenia filmu w Hollywood, ale odmawia, tłumacząc, że najważniejsza jest dla niego wolność twórcza.

Ale canneński sukces „Zimnej wojny” może stać się trampoliną do międzynarodowej kariery aktorów. Zwłaszcza dla Szyca, który powraca właśnie do grania po terapii leczenia alkoholizmu, ma niespożytą energię i chęci do czerpania z życia garściami, a na premierę czekają trzy kolejne filmy z jego udziałem, zupełnie różne gatunkowo od siebie i od „Zimnej wojny”: biografia Tadeusza Kantora, „Kamerdyner”, historyczny fresk Filipa Bajona, i „Serce nie sługa”, komedia Filipa Zylbera. W Cannes Szyc wypadł światowo: bez kompleksów, w idealnie skrojonej marynarce, z hollywoodzkim uśmiechem, przepuszczając wszystkich w drzwiach hotelu i wysyłając dobrą energię, zwrócił na siebie uwagę widzów i dziennikarzy szarmanckością i skromnością. Jedna z norweskich recenzentek pisała o nim: „Aktor ma w sobie słowiańską tęsknotę, skandynawską urodę i melancholię oraz aryjską postawność, które to cechy czynią z niego aktora idealnego do grania w filmie o skomplikowanym momencie polskiej historii, kiedy wszystko może być atutem, tak samo jak wszystko może być przeszkodą, wszystko może być polskie i niepolskie jednocześnie. Szyc przekonał mnie, że umie wszystko przekuć w atut”. Na zakończenie naszego spotkania na Lazurowym Wybrzeżu pytam Szyca, gdzie widzimy się następnym razem – w Wenecji, w Los Angeles, na gali oscarowej? – Najchętniej w Zakopanem, w mojej ukochanej knajpie Bąkowo Zohylina Wyźnio – odpowiada bez kokieterii. Taki z niego polski i niepolski aktor. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 23/2018
Więcej możesz przeczytać w 23/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0