Dynastia po polsku

Dynastia po polsku

Dominika i Sebastian Kulczyk
Dominika i Sebastian Kulczyk / Źródło: Newspix.pl / PIOTR WANIOREK ZELAZNA STUDIO
Prawdziwych biznesowych rodów w Polsce nie ma. Są tylko bogaci rodzice, którzy teraz przekazują fortuny dzieciom. Ile z nich nie przehula rodzinnego majątku, a da początek pierwszym dynastiom polskiego biznesu?

25 najbogatszych rodzin na świecie kontroluje grubo ponad bilion dolarów majątku. To więcej niż wycena Microsoftu na nowojorskiej giełdzie. Ponad dwa razy tyle, co wartość polskiego PKB. I 30 razy więcej niż majątek całej setki najbogatszych Polaków razem wzięty. Rodzina Marsów wystawiła już czwarte pokolenie do zarządzania rodzinnym biznesem. Zaczęło się w 1911 r., kiedy 28-letni Frank Mars założył firmę cukierniczą Mars Incorporated. W 1923 r. wymyślił batonik Milky Way. Siedem lat później opracował recepturę snickersa. Dzisiaj za sterami globalnego czekoladowego giganta stoi Victoria B. Mars, prawnuczka Franka. Po ponad 100 latach od założenia firmy biznes należy nadal w 100 proc. do rodziny Marsów. Amerykański koncern SC Johnson od Pronto do kurzu, Mr Muscle do mycia szyb czy Offa na komary prowadzi już piąte pokolenie Johnsonów. Firmę założył w 1882 r. Samuel C. Johnson. Zaczynał od sprzedawania parkietów. Dzisiaj rodzina, która dorobiła się fortuny na psikaczach i płynach do utrzymania czystości, ma majątek wart ponad 30 mld dol. Czyli mniej więcej tyle, ile cała setka najbogatszych Polaków. W kwietniu tego roku ogłoszono, że za sterami Rothshild&Co., słynnego banku inwestycyjnego o ponad 200-letniej historii, stanie 37-letni Alexandre de Rothschild, syn 75-letniego Davida Rothshilda. To już siódme pokolenie w tej bankowej dynastii.

U nas takich przykładów nie ma. Wojny i komuna sprawiły, że biznesowe rody dopiero powstają. Przez Polskę przetacza się właśnie wielka fala sukcesji. Fortuny zebrane przez rodziców trafiają do synów i córek. Pytanie tylko, ilu z młodych sukcesorów nie przehula rodzinnego biznesu, a przejmie go z sukcesem.

Łapanie kurczaków, frezowanie desek

36 proc. polskich firm prywatnych to firmy rodzinne. Odpowiadają za wytwarzanie 18 proc. naszego PKB. W ciągu pięciu najbliższych lat 57 proc. z nich planuje sukcesję – wynika ze styczniowego badania Instytut Biznesu Rodzinnego. Tomasz Budziak, doradca biznesowy i autor książki „Esencja Sukcesji”, mówi, że dzieci od małego powinny być blisko biznesu. Pracować w wakacje na niższych szczeblach. Poczuć smak potu, zobaczyć, jak wygląda linia produkcyjna. Jak to wygląda w praktyce? Piotr Wit Voelkel kilka lat temu dostał od ojca na Dzień Dziecka biznes wart 300 mln zł. To meblarski gigant, firma VOX z Poznania. Opowiada, że ojciec wysłał go w liceum do jednej ze swoich fabryk. Chłopak frezował, piłował, pakował drewniane kawałki mebli w kartonowe pudła. Ale wtedy młody Voelkel nie łyknął bakcyla biznesu. Chciał zrobić coś na własną rękę, a nie jechać na sukcesie ojca. Miał kilka biznesów, w tym małą agencję reklamową, ale szło słabo.

To była nauczka. Wrócił do rodzinnej firmy i poszukał w niej dla siebie jakiegoś wyzwania. Na drugim roku studiów wyjechał do Chin, by rozwijać azjatycką gałąź VOX. Otworzył biuro w Szanghaju. Nie znał języka, więc zatrudnił chińską recepcjonistkę z hotelu. Ojciec wspomina, że synowi udało się w rok stworzyć całe chińskie zaplecze dla polskiej firmy. Dopiero wtedy poznał swoją wartość, że to on, sam, bez pomocy rodziców, potrafi też zbudować swój sukces. Wtedy dopiero Voelkel senior uznał, że syn jest gotów, żeby wejść w buty ojca. Podobną biznesową drogę przeszedł Konrad Pazgan, syn Kazimierza Pazgana, twórcy drobiarskiego imperium Konspol z Nowego Sącza. W podstawówce ojciec wysyłał go na łapanie kurczaków z kurników do klatek. Pracował w zimnych halach, gdzie patroszył, porcjował i pakował mięso. Z czasem przeszedł też inne działy – handlu, marketingu. Otrzaskał się w bojach, pracując w zagranicznych koncernach z tej samej branży. W wieku 28 lat trafił na fotel wiceprezesa. Dzisiaj jest już prezesem wykonawczym Konspol Holding. Mateusz Juroszek, syn Zbigniewa Juroszka, właściciela gigantycznej firmy deweloperskiej Atal z Cieszyna, opowiada, że już od czasów liceum ojciec angażował go w mniejsze, a z czasem większe projekty. – Początkowo było to na wzór wakacyjnych praktyk, a potem już stała praca – mówi. W wieku 23 lat Juroszek junior przejął od ojca prowadzenie firmy bukmacherskiej STS. Zrobił z niej biznes, który w zeszłym roku przyniósł 1,6 mld zł przychodów. Zaczął silnie inwestować w nowe technologie, m.in. we własny system wypłat, transmisje wydarzeń sportowych z całego świata oraz autorski program informatyczny Betsys. Dzisiaj STS zatrudnia ok. 1,3 tys. osób. Prowadzi również ponad 430 punktów stacjonarnych.

Biznes z rodowodem

Na pytanie o to, jak zostać milionerem, Jan Kulczyk odpowiadał cytatem z Oscara Wilde’a: „Trzeba dobrze sobie wybrać rodziców”. Chociaż rodzice Wilde’a bogaczami wcale nie byli – ojciec pracował w szpitalu, matka była tłumaczką – to w myśl cytatu ojciec Jana Kulczyka podarował mu milion dolarów na rozruch biznesu. Ten pomnożył walizkę zielonych do gigantycznej fortuny, wycenianej w chwili jego śmierci w 2015 r. na 16 mld zł. Rok wcześniej Jan Kulczyk wybrał swojego syna Sebastiana do zarządzania rodzinnym imperium. „Mój następca jest znany od ponad 30 lat. Przygotowywałem go na nieuchronne, powierzając coraz trudniejsze zadania” – tłumaczył Kulczyk swoją decyzję. Siostra Sebastiana, Dominika, zasiadła w radzie nadzorczej holdingu. Również w 2014 r. odbyła się zmiana pokoleniowa u drugiego najbogatszego Polaka. „Mogę ze spokojem przekazać zarządzanie firmą nowemu prezesowi. Cieszę się, że mój syn obejmuje tę funkcję” – mówił Zygmunt Solorz, kiedy przekazywał stery w należącym do niego telekomie Plus synowi Tobiasowi. W grudniu 2015 r. zrobił go prezesem Cyfrowego Polsatu. Parę tygodni temu do rady nadzorczej tej samej spółki trafił Piotr Żak, młodszy syn Zygmunta Solorza. Ale w większości tych historii do głosu dochodzi dopiero drugie pokolenie.

Gdyby tak poszukać prawdziwych dynastii w polskim biznesie, przykłady można policzyć na palcach jednej ręki. Teresa Mokrysz jest właścicielką grupy Mokate – producenta kawy, herbaty i półproduktów dla przemysłu spożywczego. Chociaż sama marka powstała w 1990 r., tradycje firmy sięgają początków XX w., kiedy dziadek KazimierzaMokrysza, męża właścicielki, założył na Śląsku Cieszyńskim sklep z towarami kolonialnymi. Dzisiaj do biznesu weszło już czwarte pokolenie Mokryszów. Na czele firmy stanął syn Teresy i Kazimierza, Adam. Córka Sylwia jest członkiem zarządu i kieruje sekcją herbat w Mokate. Inny fascynujący biznesowy życiorys należy do Marzeny Gradeckiej. Pochodzi z jednej z najstarszych rodzin kupieckich w Polsce. Jej prababka Michalina prowadziła własny sklep w Jazłowcu k. Tarnopola. Gradeckapierwsze pieniądze zarobiła jeszcze jako uczennica podstawówki, prowadząc przez dwa lata szkolny sklepik w Obornikach Śląskich. Razem ze swoim mężem Krzysztofem w połowie lat 90. zdecydowali się otworzyć pierwszy supermarket spod marki EKO. Jeden sklep przerodził się w całą sieć liczącą 300 punktów. Później z sukcesem sprzedali ją Amerykanom za 160 mln zł. Podobnie u Doroty i Wojciecha Soszyńskich. Ojciec Soszyńskiego, Ignacy Zenon Soszyński, jeszcze przed drugą wojną był właścicielem fabryki kosmetyków w Warszawie. W 1939 r. ruszył z produkującą perfumy Marsylianką, ale po paru miesiącach fabrykę musiał zamknąć i uciekać przed Niemcami. Po wojnie znów otworzył zakład. Najpierw w Łodzi, potem w Warszawie. Oba znacjonalizowali mu komuniści. Wyjechał więc do Maroka, gdzie kontynuował perfumowy biznes. W Casablance interesów uczył też syna Wojciecha. Na początku lat 70. razem wrócili do Polski. Otworzyli firmę polonijną, która zajmowała się produkcją aromatów do ciast. Powoli dochodziły też kosmetyki. W 1982 r. do rodzinnego biznesu dołączyła Dorota Soszyńska, żona Wojciecha. Dzisiaj ich Oceanic jest jednym z największych w kraju producentów kosmetyków, w szczególności tych do cery wrażliwej. Do głosu dochodzi teraz trzecie pokolenie Soszyńskich, 31-letnia córka Nicole.

Od gwiazd do straganu

Są też przypadki, kiedy dzieci najbogatszych ludzi w kraju wcale nie garną się do rodzinnego biznesu. Córka Zbigniewa Jakubasa, właściciela Mennicy Polskiej i producenta pociągów Newag, od zarządzania majątkiem ojca woli śpiew. To utalentowana sopranistka, absolwentka prestiżowego Royal College of Music w Londynie. Parę lat temu do koncertowego duetu zaprosił ją słynny niewidomy tenor Andrea Bocelli. Pytanie, jak będzie w przypadku malutkiej Klary Lewandowskiej, dziecka Roberta i Ani Lewandowskich. Od ojca może dostać pod zarząd wybudowane przez niego osiedle na warszawskiej Ochocie, jego agencję marketingową albo sklep piłkarski, w który piłkarz właśnie zainwestował. Anna Lewandowska może sprawdzić córkę w swoim sklepie Foods by Ann, gdzie handluje zdrową żywnością, płytami DVD, akcesoriami czy książkami z własnymi przepisami. Klara wzorem rodziców może też zacząć karierę sportową albo poprosić ich o pożyczkę na rozruch własnego biznesu.

Jan Olszewski próbował sił w rodzinnej firmie. Jest synem Solange i Krzysztofa Olszewskich, twórcy fabryk autobusów Solaris z podpoznańskiego Bolechowa. Olszewski junior po studiach trafił do działu audytu Solarisa. Przyłapał handlowca na tym, że zamawia części przez berlińskiego pośrednika, zamiast kupować je bezpośrednio u producenta. Młodemu Olszewskiemu sukces nie smakował jednak tak bardzo. Wiedział, że i tak najbardziej skorzystają na nim rodzice – właściciele firmy. Po sześciu latach pracy w Solarisie odszedł. Razem z żoną spakowali walizki i wyjechali do Berlina. Do rodzinnej firmy już nie wrócił. W zeszłym tygodniu media obiegła informacja, że firma Olszewskich poszła na sprzedaż. Przejmie ją hiszpański CAF, producent pociągów i tramwajów. Ale czasem lepiej jest po prostu sprzedać biznes niż oddać go nieprzygotowanym do dziedziczenia dzieciom. Badania pokazują, że wiele firm rodzinnych upada w trzecim pokoleniu. Amerykanie mają na to swoje powiedzenie: „Shirtsleeves to shirtsleeves in three generations”. W Irlandii mówi się o chodakach, w Japonii o misce ryżu. U Włochów podobne powiedzenie brzmi: „Od gwiazd do straganu” i oznacza tyle, że pierwsze pokolenie zasuwa na sukces, drugie go pielęgnuje, a trzecie leży do góry brzuchem i często marnotrawi rodzinny majątek. Jest jeszcze jedna historia prawdziwej polskiej dynastii biznesu. To cukiernie Bliklego, które prowadziło pięć pokoleń. 11 września 1869 r. słynną cukiernię przy Nowym Świecie otworzył Antoni Blikle. Potem był jego syn Antoni Wiesław Blikle, który z małej cukierni zrobił centrum przedwojennego życia Warszawy.

Po nim przyszedł Jerzy Blikle, który prowadził zakład z siostrą Zofią do wybuchu drugiej wojny w 1939 r. Po wojnie odbudował zniszczony lokal i boksował się o jaja i cukier do pączków z władzą ludową. Już w wolnej Polsce biznes rozwijał Andrzej Blikle – mistrz cukiernictwa i profesor informatyki wraz z synem Łukaszem, piątym pokoleniem w firmie. Rodzina biznes powierzyła wynajętym menedżerom. I się zaczęło. Klienci narzekali na coraz gorszą jakość pączków od Bliklego, które kiedyś można było kupić tylko na Nowym Świecie, a po pomysłach wynajętych doradców trafiły nawet na stacje benzynowe. – To już nie jest moja firma – odciął się od rodzinnego biznesu Andrzej Blikle. I tak jedna z najstarszych dynastii polskich przedsiębiorców skończyła swój bieg. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 28/2018
Więcej możesz przeczytać w 28/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0