Brukselskie ławy marzeń

Brukselskie ławy marzeń

Posłowie PiS w Sejmie
Posłowie PiS w Sejmie / Źródło: Newspix.pl / GRZEGORZ KRZYZEWSKI / FOTONEWS
Dzięki przyjętym przez Sejm zmianom w ordynacji do europarlamentu PiS załatwi problem narodowców i uzyska znacznie więcej mandatów dla swoich polityków.

Kilka tygodni temu, jeden z europosłów PiS rozmawia z kolegą z polskiego Sejmu. – A co ty właściwie robisz w tej Brukseli? – Zajmuję się absorpcją środków unijnych – żartuje deputowany do europarlamentu. Im bliżej jesieni, kiedy polscy posłowie będą mogli odczuć na swoich kontach obniżenie pensji o 20 proc., tym więcej z nich marzy o przeprowadzce do Brukseli. Rozdźwięk między ich wynagrodzeniami jeszcze się zwiększy: polski parlamentarzysta zarobi po zmianach ok. 8 tys. zł brutto plus dieta. Europoseł – 8 tys. euro, do tego diety, zwrot kosztów podróży i odprawa po zakończeniu kadencji. W ciągu pięcioletniej kadencji można więc sporo odłożyć, co widać w oświadczeniach majątkowych polskich eurodeputowanych. Zwłaszcza ci, którzy zasiadali w Brukseli przez kilka kadencji, zgromadzili pokaźne majątki. – Ale nawet tacy, którzy są jedną kadencję, pokupowali mieszkania, spłacili kredyty czy długi, zmienili samochody – zauważa nasz rozmówca z PiS. Ich kadencja powoli dobiega jednak końca, a kolejka chętnych do Brukseli rośnie z dnia na dzień.

Pozamiatać narodowców

Wybory odbędą się pod koniec maja 2019 r., a PiS przegłosował właśnie w Sejmie zmiany w ordynacji wyborczej. Teraz zajmie się nią Senat, prace mają zakończyć się jeszcze przed sierpniowymi wakacjami na Wiejskiej. Do tej pory podział 50 mandatów na komitety był skomplikowany – w pierwszym etapie były one dzielone proporcjonalnie do wyniku w całym kraju, o ile dany komitet przekroczył próg 5 proc. W kolejnym, mandaty każdego komitetu dzielone były w 13 okręgach proporcjonalnie do oddanych głosów. Zdaniem PiS, zasady ustalania liczby europosłów w okręgach powodowały „znaczące różnice w potencjale głosu w poszczególnych okręgach wyborczych, co mogło negatywnie przekładać się na wyborczą frekwencję” i uprzywilejowywały okręgi z dużą liczbą uprawnionych do głosowania.

Nowa ordynacja wprowadza zasadę, że w każdym okręgu wybiera się co najmniej trzech europosłów. Podczas prac w sejmowej komisji, przewodniczący PKW Wojciech Hermeliński wytykał, że zmiany uchwalane przez PiS mogą naruszać zasadę proporcjonalności wyborów. Eksperci i analitycy zaś zgodnie podkreślają, że najważniejszym efektem tych zmian będzie de facto wyeliminowanie z szans na europejski mandat wszystkich mniejszych graczy. Przeciw zmianom i betonowaniu sceny między PiS i PO protestuje Klub Jagielloński, który niegdyś uchodził za zaplecze intelektualne Pałacu Prezydenckiego: „rządzący chcą zmienić ordynację tak, by szansę na sukces miały w nich tylko dwa spolaryzowane obozy. Chcemy mieć większy wybór, niż tylko między anty-PiS a anty-PO!” – tak brzmi petycja, pod którą podpisy zbiera konserwatywny think tank. Na razie podpisało ją ponad 4,5 tys. osób. – Jedno nie najmądrzejsze rozwiązanie zastąpiono drugim, jeszcze głupszym – kwituje prof. Jarosław Flis, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który przeanalizował skutki nowej ordynacji.

Korzyści dla PiS są oczywiste – przede wszystkim po tych zmianach w eurowyborach nie wyrośnie nic na prawo od partii Jarosława Kaczyńskiego. Po awanturze wokół ustawy o IPN i obudzeniu antysemickich demonów, prezes PiS mógł się obawiać wyniku narodowców, zwłaszcza gdyby połączyli siły z radykalną prawicą i mieli ciche wsparcie o. Tadeusza Rydzyka. A wybory do europarlamentu dla takiej nowej, antyunijnej siły mogłyby się okazać sukcesem – PiS dobrze pamięta 16 proc. LPR w 2004 r., ale też dobry wynik Korwin-Mikkego w ostatnich wyborach do PE. Główną obawą Kaczyńskiego byli więc narodowcy, bo z ich środowiska łatwo mogłaby wyrosnąć konkurencyjna siła polityczna. Ale prezes PiS piecze kilka pieczeni na jednym ogniu – ustawia sytuację wewnątrz własnego obozu, gasząc zakusy przystawek w postaci partii Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. Po tych zmianach nie wchodzi już także w grę żaden rozłam ze strony środowiska Antoniego Macierewicza. Jest jeszcze „skutek uboczny”, czyli większa liczba mandatów do wzięcia przez własnych kandydatów. Dla długiej kolejki chętnych, najważniejszy. – Mamy mniej więcej trzy razy więcej tych, którzy już widzą się europosłami, niż mandatów przy najbardziej optymistycznych sondażach – ironizuje jeden z polityków PiS.

Zmęczeni w bojach

Pierwsza grupa to „zmęczeni w bojach”, której prezes obiecał nagrodę w postaci pewnego miejsca do Brukseli. Na czele z byłą premier Beatą Szydło, która ma być główną twarzą kampanii i otwierać listę małopolską. Miejsca biorące mają też mieć obiecane odwoływani ministrowie: Witold Waszczykowski i Krzysztof Jurgiel. Kandydować chce była minister w KPRM Elżbieta Witek.

Do europarlamentu jako lider listy podkarpackiej wybiera się marszałek Sejmu Marek Kuchciński. Jak wynika z nieoficjalnych informacji „Wprost”, w fotelu marszałka może go zastąpić Mariusz Błaszczak, szef MON. – Na dzisiaj najpoważniejszy scenariusz wygląda tak: Kuchciński może zrezygnować już po wyborach samorządowych i zastąpi go Błaszczak. Z kolei Błaszczaka w MON może zastąpić wtedy Michał Dworczyk – słyszymy od jednego z rozmówców w PiS. Innym scenariuszem jest stanowisko marszałka dla Małgorzaty Wassermann, jeśli szefowa komisji do spraw Amber Gold nie wygra z Jackiem Majchrowskim wyborów na prezydenta Krakowa. Po wyborach samorządowych ma dojść do kolejnej rekonstrukcji rządu. Odejść wtedy mają właśnie ministrowie, którzy będą kandydować do europarlamentu. Politycy PiS w nieoficjalnych rozmowach wyliczają szefową MEN Annę Zalewską i minister ds. uchodźców Beatę Kempę. Jednak choć PiS w optymistycznych scenariuszach liczy nawet na 30 mandatów, to oznacza, że nie dla wszystkich dzisiejszych europosłów wystarczy miejsc. Część będzie musiała wrócić do krajowej polityki. Zdaniem naszych rozmówców w PiS, spokojni o biorące miejsca mogą być uczestnicy izraelskich negocjacji: Tomasz Poręba i Ryszard Legutko, a także bliscy prezesowi PiS Anna Fotyga, Karol Karski czy prof. Zdzisław Krasnodębski.

Pewniakiem jest także wicemarszałek Senatu Adam Bielan – pierwsze miejsce dla niego na Mazowszu miało bowiem zostać zagwarantowane w aneksie do umowy koalicyjnej. Podobnie dla Beaty Kempy – dwójka na Dolnym Śląsku. Jak wynika z naszych nieoficjalnych informacji, umowa między koalicjantami dawała Solidarnej Polsce i Porozumieniu po jednym miejscu w każdym okręgu. Na ile te ustalenia są aktualne przy zmienionej ordynacji? Nie jest też przesądzone, czy do startu szykuje się minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, choć wielu w rządzie i na Nowogrodzkiej chętnie wysłałoby go do Brukseli. – On nigdzie się nie wybiera, przecież Bruksela to luksusowa polityczna emerytura – słyszymy w rządzie. Z drugiej strony, z takiej politycznej emerytury kandydatem na prezydenta został Andrzej Duda. Przy okazji umowy koalicyjnej, zarówno Ziobro, jak i Jarosław Gowin mieli uzyskać zapewnienie, że będą ministrami do końca kadencji.

– Ale różne obietnice już padały, Beata też miała być na cztery lata, a po dwóch się okazało, że to nieaktualne – wzrusza ramionami jeden z byłych ministrów i zaznacza: – Poważne rozmowy zaczną się dopiero jesienią, po wyborach samorządowych. Na miejsce liczy też Jacek Saryusz-Wolski, który jak wynika z nieoficjalnych informacji, prowadził także rozmowy o przyłączeniu PiS do Europejskiej Partii Ludowej (EPP), czyli tej samej frakcji, w której w europarlamencie zasiada Platforma oraz Fidesz Viktora Orbána. Rozmowy się jednak nie powiodły, ostro sprzeciwiali się politycy PO. Na razie liderzy EPP z Josephem Daulem na czele deklarują, że o takim scenariuszu nie ma mowy. – Ale po eurowyborach wszystko się może zmienić. EPP może być osłabiona i potrzebować kilku mandatów, wtedy będzie można wrócić do rozmów – słyszymy od jednego z polityków z EPP. Na dużo lepszych dla PiS zasadach. Może się też okazać, że PiS będzie w stanie zbudować nową frakcję w europarlamencie – tak stało się po eurowyborach w 2009 r., gdy PiS dogadał się z posłami z Wielkiej Brytanii i wszedł do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Po brexicie jednak EKR przestaje mieć znaczenie.

Ciasny blok opozycji

PiS po zmianie ordynacji rozdaje wszystkie karty na prawej stronie i ma zwarte wojsko, ale także Platforma zyskuje znacznie lepszą pozycję negocjacyjną w przeciwnym obozie. Dotąd wszystkie mniejsze formacje, od lewicy po PSL, odbierały jej część mandatów. Teraz, jeśli nie dogadają się z PO, mogą nie uzyskać żadnego. Platforma przygotowała wewnętrzną analizę, jak przy zmienionej ordynacji i poparciu, jakie pokazuje średnia z sondaży, wyglądałyby szanse na 52 mandaty (w najbliższych eurowyborach Polska ma szanse na dwa mandaty więcej, w związku z brexitem), w kilku wariantach zjednoczenia. Jej autorem jest poseł Waldy Dzikowski. Co wynika z tych wyliczeń?

1. Gdyby obowiązywała stara ordynacja, przy dzisiejszych sondażach, PiS miałby szansę na 26 mandatów, Platforma na 14, PSL i Nowoczesna – po dwa mandaty. A SLD i Kukiz – po cztery. 2. Po zmianie ordynacji, bez zjednoczenia opozycji – PiS bierze 36 mandatów, Platforma 16, a reszta żadnego. 3. Po zmianie ordynacji, przy zjednoczeniu tylko Platformy i PSL – PiS może zdobyć 31 mandatów, PO i PSL 21, reszta nic. 4. Ale już przy bloku PO, PSL, Nowoczesna ten stosunek wynosi 27 mandatów dla PiS, a 25 dla opozycji. 5. Gdyby do tego bloku dołączyła lewica z SLD (bez Kukiza), opozycja może zdobyć nawet 28 mandatów i wygrać z PiS (24). Ten ostatni wariant jest dla PO o tyle kuszący, ile problematyczny. Wydaje się mało realne, żeby Grzegorzowi Schetynie udało się dogadać z Włodzimierzem Czarzastym co do kształtu takiej listy. Jest jeszcze inny wymiar, który wręcz wyklucza takie porozumienie – już w samym europarlamencie PO i SLD należą do różnych frakcji.

Albo musieliby wszyscy wejść do EPP, albo PO straciłaby po wyborach eurodeputowanych, którzy zapewne przeszliby do socjalistów. – Stawka jest jednak bardzo wysoka, bo gdyby udało się wygrać z PiS całej zjednoczonej opozycji, to ten wynik byłby bardzo ważny przed wyborami do Sejmu, raptem kilka miesięcy później. A te wybory będzie wygrać z PiS najłatwiej, ustawiając podział: za Unią czy przeciw – przekonuje jeden z polityków opozycji, biorący udział w rozmowach. Małe ugrupowania myślą też o alternatywnym rozwiązaniu, gdyby Schetyna nie miał im nic do zaproponowania. – Wtedy może powstać jeszcze trzecia siła, z PSL, SLD i ewentualnie Kukizem. Jeśli przekroczy próg 15 proc., wejdzie do podziału mandatów i namiesza zarówno PiS, jak i PO – mówi nam jeden z polityków biorących udział w takich rozmowach. Najbardziej prawdopodobny scenariusz to jednak wspólny blok PO z Nowoczesną i PSL. Co prawda Nowoczesna zapisała się do liberalnej frakcji europarlamentu ALDE, ale nie ma oporów przed przejściem do EPP. – W ALDE zostanie sobie Rysiek Petru – ironizuje nasz rozmówca. Na takiej liście też będzie ciasno, na pewno wszyscy chętni się na niej nie pomieszczą. Tym bardziej że PiS, po swoich wewnętrznych analizach, zgłosił w ostatniej chwili autopoprawkę do nowej ordynacji, która utrudni opozycji budowę wspólnego, szerokiego bloku.

Najpierw lista miała zawierać maksymalnie dwa razy więcej kandydatów niż mandatów. W trakcie prac zapis ten zmieniono tak, że lista kandydatów może zawierać maksymalnie dwa nazwiska więcej niż liczba mandatów. „To oznacza, że w niektórych okręgach zamiast dzisiejszych 10-osobowych list będziemy mieli maksymalnie pięcioosobowe. W przypadku dużych koalicji, np. wspólnego startu całej Zjednoczonej Opozycji, to bardzo istotna zmiana, która w praktyce bardzo utrudni porozumienie przeciwnikom PiS” – podkreśla w swojej analizie Klub Jagielloński. Osobną sprawą jest to, że wciąż nie wiadomo, jak będą wyglądać okręgi wyborcze, które mają być podane przez PKW na 90 dni przed wyborami. – To skandal na skalę europejską – oburza się Dzikowski. Lista tych, którzy chcieliby się przenieść do Brukseli, w samej Platformie jest długa. Część z obecnych europosłów będzie musiała ustąpić miejsca nowym. Pewni biorących miejsc – jak słyszymy – mogą być Jerzy Buzek, Jan Olbrycht, Janusz Lewandowski.

O starcie myślą Bronisław Komorowski, Radosław Sikorski i Jacek Rostowski. Do Brukseli od dawna szykuje się była premier Ewa Kopacz. To zaś oznacza, że twarzami eurowyborów, które staną na czele dwóch bloków, będą dwie byłe panie premier. Zwykle wybory europejskie nie budzą szczególnych emocji, a sami posłowie, po tym jak dostają się do wymarzonych brukselskich ław, znikają z głównego nurtu krajowej polityki i mediów. Tym bardziej że inaczej niż w minionych latach, w europarlamencie coraz mniej jest skandali, opowieści o kreatywnym oszczędzaniu na paliwie czy wylatywaniu „czarnych honów” (żargonowa nazwa luksusowych saloników VIP na lotniskach). Po trzech kadencjach zasiadania Polaków w europarlamencie, politycy okrzepli i nabrali obycia na brukselskich salonach. Po zmianie ordynacji może być inaczej. Jeśli opozycja się faktycznie zjednoczy, a jej politykom uda się ustawić te wybory jako plebiscyt: za czy przeciw Unii, to najbliższe eurowybory mogą okazać się politycznie ważne, jak nigdy. Zwłaszcza że kampanię do PE od kampanii do polskiego parlamentu dzielić będą jedynie przyszłoroczne wakacje. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2018
Więcej możesz przeczytać w 30/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0