Spadające gwiazdy

Spadające gwiazdy

Justin Bieber podczas koncertu One Love Manchester
Justin Bieber podczas koncertu One Love Manchester / Źródło: Newspix.pl / WENN
Ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości, że śmierć zabiera każdego, niezależnie od sprawowanej funkcji. Mózg domaga się wyjaśnienia. Jego postulaty spełnia serial „Tragiczne wypadki celebrytów”.

Choć gwiazdy stać na prywatne samoloty i drogie (czytaj: bezpieczne) samochody, to są uczestnikami wypadków tak samo często jak zwykli ludzie. Ale konsekwencje incydentów jednych i drugich znacznie się różnią. W serialu dokumentalnym „Tragiczne wypadki celebrytów” (od 23 lipca do 30 czerwca na antenie CBS Reality) producenci Tara Jan i Jonas Prupas wracają do słynnych kolizji oraz katastrof lotniczych i sprawdzają, co się wówczas tak naprawdę wydarzyło. Od kiedy pracuję w show-biznesie, znajomi i rodzina nieustannie pytają mnie, jaki jest dany aktor. Robią to wszyscy, niezależnie od wykonywanego zawodu. Byłam ciekawa, czy śledczy badający wypadek z udziałem celebryty mają tak samo. Czy oni również poddają się gorączce, gdy wiedzą, z kim mają do czynienia – tłumaczy genezę projektu Tara Jan. Dla policjantów takie sprawy to głównie kłopoty. Rozpisuje się o nich prasa, a opinia publiczna wydaje wyroki bez oglądania się na fakty. Justin Bieber, który w ostatnim czasie idzie na rekord w liczbie rozbitych samochodów, wspomina, że gdy przydarzył mu się kolejny wypadek, jedyną osobą, która chciała mu pomóc, był policjant prowadzący śledztwo. Media, antyfani, a nawet pozostała część mundurowych od początku zakładali, że to jego wina. Podobno w żargonie policyjnym mówi się nawet, że ludzie się nie zmieniają, a celebryci tym bardziej.

Bieber okazuje wdzięczność tamtemu policjantowi do dziś, choć bez podawania jego nazwiska – zresztą na prośbę samego zainteresowanego, który chce po prostu dobrze wykonywać swoją pracę, w czym rozgłos mógłby mu przeszkodzić. Co innego piloci, którzy dzięki brawurze ocalą samolot przed zderzeniem z ziemią, a tym samym celebrytę przed śmiercią – oni automatycznie zyskują popularność, przynajmniej na chwilę. Kiedy w 2015 r. w samolocie, którym podróżował Morgan Freeman, pękła opona, co zmusiło pilota Jimmy’ego Hobsona do awaryjnego lądowania, aktor odnotował jego nazwisko w każdym możliwym wywiadzie, a kierowane do Google’a zapytania, kim jest ów człowiek, na dwa dni spozycjonowały go pośród najpopularniejszych wyszukiwań! Znamy takie sytuacje z własnego podwórka. Kiedy 1 listopada 2011 r. kapitan Tadeusz Wrona przeprowadził jedyne w historii Lotniska Chopina lądowanie ze schowanym podwoziem, na pokładzie znajdowała się Magda Steczkowska. Artystka przeszła jak burza przez telewizje śniadaniowe i wszelkiej maści media, w których dziękowała Wronie za uratowanie życia, a gdy w Pałacu Prezydenckim odznaczał go prezydent Komorowski, zaśpiewała mu piosenkę Skaldów „Życzenia z całego serca”.

Kto za tym stoi?

Celebryta na pokładzie może jednak doprowadzić i do tego, że pilot staje się wrogiem publicznym numer jeden. To przypadek choćby Luisa Moralesa III, który w 2001 r. sfałszował licencję lotniczą i wsiadł za stery prywatnego samolotu należącego do Aaliyah. 22-letnia artystka właśnie ukończyła na Bahamach zdjęcia do teledysku do piosenki „Rock the Boat”, ale do domu nigdy nie wróciła.

Samolot rozbił się zaledwie 60 m od pasa startowego, zginęli wszyscy. Gdy w śledzt wie ustalono fałszerstwo Moralesa, raczkujący wciąż jeszcze internet zalała fala poświęconych mu postów. Ich autorzy nie przebierali w słowach: wyzywali go od morderców, życzyli mu piekła. Dziś takie sytuacje już się niemal nie zdarzają (nie licząc katastrof z politykami na pokładzie, vide Smoleńsk), ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu wypadek sławy był rozpatrywany również politycznie. – Podstawowa różnica pomiędzy kiedyś a dziś jest taka, że dzisiaj na miejscu zdarzenia wszyscy zadają sobie pytanie, co się stało. Jeszcze kilka dekad temu, gdy ofiarami byli sportowcy albo astronauci, głównym pytaniem było jednak: komu mogło na tym zależeć? – przypomina Prupas. Wśród najbardziej znanych wydarzeń, które gorączkowały raczej ideologów niż fanów, zapisała się np. katastrofa podczas lotu British European Airways 609 w Monachium 6 lutego 1958 r., w której zginęło ośmiu zawodników Manchesteru United, dziennikarze sportowi i pracownicy klubu. Wracali z Belgradu, gdzie piłkarze wygrali mecz w Pucharze Europy, dający ich drużynie awans do półfinału. Oficjalnie jako przyczynę katastrofy samolotu, który nie oderwał się od ziemi, wypadł z pasa startowego i rozbił się o pobliskie domostwo, wskazano błąd pilotów. Na Zachodzie od razu rozeszły się podejrzenia, że ci byli podstawieni przez Sowietów, którym nie w smak były sukcesy sportowe Brytyjczyków. Dopiero kilka lat później odkryto, że prawdziwym powodem były oblodzone skrzydła maszyny. Z kolei o umyślnym działaniu agentów Stanów Zjednoczonych i Zjednoczonego Królestwa mówiono głośno w Związku Radzieckim, kiedy życie stracił narodowy bohater Jurij Gagarin. Pogromca kosmosu, o którego podbój rywalizowały ze sobą mocarstwa, zginął w katastrofie samolotu treningowego 27 marca 1968 r. Niejasne przyczyny katastrofy rozpalały wyobraźnię narodu.

Dopiero po odtajnieniu dokumentów, na początku drugiej dekady XXI w., wskazano na najbardziej prawdopodobną przyczynę – zbyt bliski lot innego samolotu. Podobnie było nad Wisłą – kiedy w 1980 r. na Okęciu rozbił się lecący z Nowego Jorku samolot z 30-letnią Anną Jantar i 22 członkami amatorskiej reprezentacji bokserskiej USA na pokładzie, w niejednym domu szeptano, że w sprawę zamieszani byli Rosjanie (zwolennicy ZSRR wskazywali natomiast na Amerykanów), choć komisja wicepremiera Wrzaszczyka przedstawiła dokładny raport. Gagarina opłakiwały narody, a wrzawa wokół jego ceremonii pogrzebowej była najbardziej elektryzującym newsem w mediach. To się nie zmieniło – mimo upływu lat i zmian systemów politycznych śmierć celebryty zawsze może liczyć na czołówki gazet. Prupas zwraca uwagę, że ludzie nie chcą przyjąć do wiadomości, że śmierć jest aż tak banalna i zabiera każdego, niezależnie od sprawowanej funkcji. Jego słowa potwierdzają badania dr. Simona Moore’a, który zwraca uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, kiedy słyszymy, że gwiazda umiera z powodu przedawkowania narkotyków – jak Amy Winehouse, Philip Seymour Hoffman czy Whitney Houston – to odczuwamy poczucie ulgi z gatunku: „Hej, przecież nigdy nie chciałem być celebrytą, dobrze jest mi tu, w moim biurze pośród normalnych ludzi, prowadzących zwykłe życie”. Naukowiec twierdzi, że po chwilowym szoku nasz mózg wydziela hormony odpowiedzialne za poczucie bezpieczeństwa. Jednak dokładnie odwrotnie jest, kiedy śmierć rozpoznawalnej osoby jest wynikiem wypadku. Wtedy nasz mózg wprowadza nas w stan niepokoju, a czasami nawet paniki, bo nagle okazuje się, że cały ten majątek i szwadron ludzi na usługach gwiazdy to za mało, żeby uniknęła wypadku. Dochodzi do nas, że śmierć dopadnie w końcu i nas i żaden cud nas przed nią nie uchroni. Mózg od razu domaga się wyjaśnienia tego, co się stało, by w ten sposób się uspokoić. Chcemy znać nawet najbardziej brutalne szczegóły sprawy, bo tylko przekonujące nas samych uzasadnienie może nas wyprowadzić ze stanu paniki.

Z Oscarem się upiecze

Żeby wrócić do strefy psychicznego komfortu, ludzie, którzy dowiadują się o śmierci idola, chętnie obarczają winą producentów maszyn lotniczych bądź samochodów, w których idol miał wypadek. I oczywiście dają temu wyraz na wszelkiego rodzaju forach. Jak dowiadujemy się z serialu, szkalowanym w mediach społecznościowych korporacjom, nawet gdy są niewinne, zależy na jak najszybszym wyciszeniu sprawy. To przypadek firmy Porsche, którą pozwali córka Paula Walkera i jego ojciec za śmierć aktora w wypadku w 2013 r. Prowadził przyjaciel gwiazdora, a samochód, którym jechali, miał być za chwilę zlicytowany na aukcji charytatywnej. Fani cały czas dyskutują na forach, czy to możliwe, żeby kierowca, znany ze swoich umiejętności prowadzenia auta, stracił nad nim kontrolę. Rodzina również przychyliła się do tej wersji, choć dwa lata wcześniej poszła na ugodę z Porsche. Równie ciekawa była historia, której bohaterką stała się Caitlyn Jenner, a właściwie… firma farmaceutyczna. Kobieta spowodowała wypadek w Malibu. Uderzyła w stojący przed nią samochód i wywołała efekt domina, w którego wyniku zginęła 69-latka, a cztery osoby zostały ranne. Kiedy doszło do tragedii, Jenner była jeszcze mężczyzną o imieniu Bruce i słynęła z nieskazitelnej historii prowadzenia auta.

– Sprawa elektryzowała środowiska LGBT, które doszukiwały się transfobii na każdym kroku, a pikanterii dochodzeniu dodawało to, że przygotowująca się do operacji zmiany płci Jenner brała leki hormonalne, które mogły wpłynąć na jej koncentrację – mówi Prupas. – Odpowiedzialnej za ich produkcję firmie farmaceutycznej zależało, by jak najszybciej wskazać inną przyczynę. W efekcie wokół sprawy narosły kłącza teorii, a o tym, co wydarzyło się naprawdę, mało kto dziś pamięta. Gorzej, gdy w wyniku wypadku spowodowanego przez celebrytę ucierpi osoba bez majątku i znajomości. Przekonała się o tym ofiara kraksy wywołanej przez Halle Berry, która w 2000 r. w West Hollywood przejechała na czerwonym świetle i uderzyła w nadjeżdżający z sąsiedniego pasa samochód, po czym uciekła z miejsca zdarzenia. Siedząca w nim kobieta została ranna, ale prawnicy Berry orzekli, że ich klientka nie uciekła z własnej woli, tylko w wyniku chwilowej utraty pamięci wywołanej uderzeniem w głowę. Poszkodowana kobieta do dziś mówi w mediach, że skazanej jedynie na prace społeczne laureatce Oscara upiekło się, bo jest sławna. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 30/2018
Więcej możesz przeczytać w 30/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także