Ordynacja, czyli nowa gra prezydenta

Ordynacja, czyli nowa gra prezydenta

Andrzej Duda
Andrzej Duda / Źródło: Newspix.pl / IRENEUSZ PLUCINSKI
Najpóźniej w piątek Andrzej Duda zdecyduje, czy podpisać nową ordynację do Parlamentu Europejskiego, dającą przewagę dużym partiom. Prezydent nie kryje, że skłania się ku wetu.

Dla małych partii decyzja prezydenta to być albo nie być w europarlamencie, a być może i na krajowej scenie politycznej. Dla PiS, potencjalne weto to pokrzyżowanie planów, a więc powód do kolejnej obrazy na głowę państwa. Dla prezydenta zaś – być może ostatnia już rozgrywka o umocnienie jego podmiotowości i autonomii na scenie politycznej. Po raz kolejny Andrzej Duda udowodnił, że samodzielna większość Zjednoczonej Prawicy w Sejmie i Senacie może być funta kłaków warta, jeżeli nie jest wspierana przez głowę państwa. I że nic nie jest pewne, jeżeli nie zostało wcześniej dogadane z prezydentem.

Mniejsi górą?

Ubiegłotygodniowy wywiad prezydenta dla „Dziennika Gazety Prawnej”, w którym oświadczył, że poważnie skłania się do zawetowania nowej ordynacji do europarlamentu, zelektryzował opinię publiczną. O weto apelowały ugrupowania od lewa do prawa – Kukiz’15, Prawica Rzeczypospolitej, Partia Razem, PSL. Łączy je to, że mają niskie poparcie w społeczeństwie i nowa ordynacja wyeliminowałaby je z gry o europarlament. I właśnie tym argumentem posłużył się Andrzej Duda. Stwierdził, że nie widzi potrzeby ograniczania dostępu do Parlamentu Europejskiego mniejszym partiom ani wymuszania koalicji pod dyktando największych formacji. Brzmi rozsądnie, choć nieco zaskakująco. Tym bardziej, że wszystkie wymienione partie są w opozycji do obozu Zjednoczonej Prawicy, który wyniósł Andrzeja Dudę na fotel prezydenta. Co ciekawe, głowa państwa dostała w tej sprawie wsparcie Episkopatu. Biskupi uznali, że „prawo wyborcze powinno służyć społeczeństwu i dobru wspólnemu, a nie tylko największym partiom politycznym”. Rzecznik Episkopatu, wydając komunikat w tej sprawie, powołał się na słowa abp. Stanisława Gądeckiego, metropolity poznańskiego i zarazem przewodniczącego Konferencji Episkopatu, że partie powinny mieć charakter służebny. Ten głos też jest zaskakujący, bo w ważniejszych sprawach, wydawałoby się bliższych filozofii Kościoła, np. pomocy uchodźcom i emigrantom, którzy dotarli do Europy, Episkopat taktycznie milczał. A tymczasem zabrał głos w sprawie stricte politycznej. Ale nie jest to pierwszy raz, gdy Episkopat wspiera decyzję prezydenta Dudy. Gdy głowa państwa zawetowała ustawy sądowe, zaledwie kilka godzin po ogłoszeniu tej decyzji ukazał się długi list właśnie abp. Stanisława Gądeckiego popierający tę decyzję. Komentatorzy podkreślali wówczas, że ten list musiał być przygotowany wcześniej, bo arcybiskup napewno nie napisał go na chybcika, a więc akcja prezydenta i przewodniczącego Episkopatu musiała być uzgodniona.

Autostrada do brukseli

Stanowisko prezydenta niektórych działaczy PiS w ogóle nie zaskoczyło. – Już od kilku dni miałem sygnały, że prezydent skłania się ku wetu – mówi ze spokojem prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości. Zapowiedź poniedziałkowego spotkania prezydenta z autorami apelu o weto nie wywołało też nerwowych reakcji ze strony obozu władzy. – Z szacunkiem odnosimy się do zapowiedzi weta prezydenckiego. Na pewno ewentualne weto nie będzie żadnym przedmiotem kontrowersji między panem prezydentem a obozem Zjednoczonej Prawicy – zapewniał w ubiegłym tygodniu wicepremier, minister nauki Jarosław Gowin. Ale przecież PiS nie po to zmieniał ordynację, żeby teraz została zawetowana przez głowę państwa. Chciał dzięki temu osiągnąć konkretne cele. Wiadomo, że zmiana ordynacji jest na rękę dużym partiom, a więc PiS i Platformie Obywatelskiej. Obie zyskałyby na tym nawet po pięć mandatów więcej, niż mają obecnie. Poza tym – jak zauważył prezydent – prawdopodobnie podyktowałyby warunki ewentualnej koalicji mniejszym podmiotom, które w pojedynkę nie miałyby szansy na skuteczną walkę o mandaty. Dla PiS to czysty zysk – w ten sposób trzymałby na krótkiej smyczy małe ugrupowania polityczne na prawicy.

Z drugiej strony jednak ten ruch wymusiłby konsolidację opozycji przed wyborami parlamentarnymi. Jeżeli bowiem wszystkie mniejsze partie – rozdrobniona lewica, PSL czy nowa inicjatywa Ryszarda Petru – z góry wiedziałyby, że nie mają szans na mandaty, to musiałyby zgodzić się na koalicję pod patronatem Platformy Obywatelskiej. Dlatego PO specjalnie nie protestowała przeciwko nowej ordynacji. Jednak wymuszenie zjednoczenia opozycji przed majowymi wyborami do europarlamentu oznaczałoby,że taki blok pójdzie też do jesiennych wyborów parlamentarnych. To akurat jest dla PiS niezbyt dogodne. Jednak więcej mandatów bardzo by się partii rządzącej przydało, bo chętnych na przenosiny do Brukseli jest w jej szeregach bez liku. Poza tymi, którzy już sprawują mandat i zapewne najchętniej pozostaliby w roli deputowanych (po odejściu Michała Ujazdowskiego Zjednoczona Prawica ma 18 europosłów), apetyty na europejską karierę mają podobno: Beata Szydło, była premier, a obecnie wicepremier ds. społecznych, Anna Zalewska, minister edukacji, Marek Kuchciński, marszałek Sejmu, Adam Bielan, wicemarszałek Senatu, Krzysztof Jurgiel, były minister rolnictwa. – Wszyscy chodzą do prezesa i naciskają, by obiecał im europarlament w nagrodę za dotychczasową pracę – opowiada poseł PiS. – Bo oni traktują to jako bonus, który im się należy. A wymienione osoby, to pewnie nie wszyscy przymierzani do Brukseli, bo z nieoficjalnych informacji wynika, że prezes PiS Jarosław Kaczyński chętnie odesłałby do europarlamentu polityków tzw. zakonu PC, po to, by oczyścić przedpole Mateuszowi Morawieckiemu, gdyby premier miał przejąć po nim partię. Jest też druga sprawa – Prawo i Sprawiedliwość nie porzuciło pomysłu, że po wyborach w 2019 r. partia wejdzie do frakcji Europejskiej Partii Ludowej. Tej samej, w której zasiadają Platforma Obywatelska i PSL. Co prawda teraz deputowani tej frakcji kręcą nosem na ewentualne przyjęcie PiS, ale gdyby po wyborach okazało się, że EPP ma słabszą pozycję, bo straci część deputowanych, to wtedy liczna reprezentacja PiS mogłaby liczyć na łaskawsze potraktowanie.

Pomieszać szyki

Od początku było wiadomo, że zmiana ordynacji jest wymierzona przede wszystkim w mniejsze partie prawicowe – Prawicę RP Marka Jurka, Ruch Kukiz’15, w partię Wolność Janusza Korwin-Mikkego czy ewentualnie nowy podmiot, który mógłby pojawić się na prawicy, np. przy poparciu środowisk Radia Maryja. Ale lewica i PSL też by na tym sporo straciły. Kukiz’15 dogadał się z Prawicą RP Marka Jurka w sprawie wspólnego startu w wyborach do europarlamentu. Te dwa podmioty polityczne wspólnie miałyby szansę na skuteczną walkę o mandaty do europarlamentu, ale nowa ordynacja skutecznie by te plany pokrzyżowała. Marek Jurek jest co prawda europosłem z list PiS, ale wiadomo, że ostatnio nie bardzo mu z tą partią po drodze. Podkreśla, że jest prawicą niezależną, nienależącą do obozu dobrej zmiany. W 2012 r. jego partia Prawica RP podpisała porozumienie z PiS o wspólnym starcie w wyborach, co zaowocowało m.in. mandatem europosła dla Marka Jurka.

Ale w 2015 r. porozumienie zostało wypowiedziane przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Wzajemnych relacji nie poprawił fakt, że PiS stara się storpedować albo przynajmniej odsunąć w czasie zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, a Marek Jurek wręcz przeciwnie – wspiera inicjatywę pełnej ochrony życia poczętego. Posłowie PiS nieraz mówili z irytacją, że to on siedzi na komisjach przy Kai Godek, forsującej zakaz tzw. aborcji eugenicznej. I że w tym wszystkim chodzi nie o ochronę życia poczętego, tylko o osłabienie obozu rządzącego. Utrącenie tej konkurencji na prawicy na pewno byłoby dla PiS istotne. Tak samo jak obniżenie szans PSL, którą to partię PiS stara się wyrugować ze wsi i małych miasteczek. Z ewentualnego weta nie ucieszy się także SLD. Co prawda Janusz Zemke, europoseł SLD, uważa, że gdyby zmieniła się ordynacja do Parlamentu Europejskiego, to poza PO i PiS jedyną siłą, która mogłaby zdobyć mandaty, byłby SLD. – Sojusz jest specyficzną partią. Mamy bardzo wysokie poparcie w niektórych regionach, takich jak lubuskie, zachodniopomorskie, kujawsko-pomorskie. A w niektórych mamy niskie poparcie. Mam krytyczny stosunek do nowej ordynacji, ale nie sądzę, żeby wyeliminowała SLD – przekonuje. Byłaby to prawda, gdyby Sojusz miał mocnych kandydatów. I wiadomo, że o takich zamierzał się postarać, bo zaoferował start do europarlamentu byłym premierom – Markowi Belce, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi, Leszkowi Millerowi. Jednak przy nowej ordynacji te tuzy lewicy nie mają ochoty podejmować ryzyka przegranej. Być może dlatego Zemke dodaje: – W Polsce, oprócz elektoratu PO i PiS, jest 30 proc. innych wyborców i przy

nowej ordynacji oni nie będą mieli swojej reprezentacji w nowym Parlamencie Europejskim, na dodatek Polacy będą w nim mieli najliczniejszą grupę eurosceptyków, bo Brytyjczyków już nie będzie. Najbardziej poruszone zmianą ordynacji były jednak środowiska nowej lewicy. Partia Razem od dawna nastawiła się na wybory do europarlamentu. Powołała nawet sekretariat międzynarodowy. Te plany wraz ze zmianą ordynacji wzięłyby w łeb, ponieważ poparcie dla Partii Razem oscyluje w okolicach 3 proc. przy niskiej frekwencji w wyborach, w których udział elektoratu wielkomiejskiego jest proporcjonalnie wyższy niż np. do polskiego parlamentu. Razem być może zdołałaby przekroczyć pięcioprocentowy próg wyborczy, ale z całą pewnością nie zdobędzie kilkunastu procent. W jeszcze większym kłopocie znalazłyby się środowiska lewicowe, które zamierzały powołać nowe ugrupowanie z Robertem Biedroniem i Barbarą Nowacką na czele. Jak pisaliśmy w ostatnim numerze „Wprost”, ta dwójka polityków miała ogłosić powołanie nowej partii zaraz po wyborach samorządowych i swoją polityczną karierę zacząć budować właśnie od wyborów europejskich. Zmiana ordynacji podcięła im skrzydła. Jeżeli ordynacja zostanie zawetowana, mogą znowu powrócić do swoich planów.

Flirt z kukizem

Piotr Apel z Kukiz’15 wylicza powody, dla których prezydent powinien zawetować nową ordynację do europarlamentu. Po pierwsze, zmiana w ordynacji sprawiłaby, że piekiełko PiS-PO przeniosłoby się do Parlamentu Europejskiego. Po drugie, trzeba dać szansę mniejszym, by mogli zostać większymi, bo wtedy bitewny styl polityki zmieni się na lepszy. Po trzecie, zmiana ordynacji do Parlamentu Europejskiego może pociągnąć za sobą przygotowanie nowej ordynacji do krajowego Sejmu w tym samym duchu, czyli jeszcze większego niż obecnie faworyzowania dużych ugrupowań kosztem małych. – Jeżeli prezydent chce być prezydentem wszystkich Polaków, a nie tylko dwóch partii, to powinien ustawę zawetować – konkluduje poseł Kukiz’15. Ale prawda jest też taka, że partie mające przewagę w parlamencie nieustannie majstrują przy ordynacjach wyborczych. Poza tym akurat ordynacja do europarlamentu jest rzeczywiście tak pokrętna, że prosi się o zmianę, choć niekoniecznie w takim kierunku, w jakim wymyślił to PiS. Dlatego to, że prezydent skłania się ku zawetowaniu akurat ordynacji do europarlamentu, może dowodzić, że nie wyzbył się on ambicji odgrywania innej roli na scenie politycznej niż tylko notariusza Zjednoczonej Prawicy.

Ordynacja to idealna okazja, żeby przedstawić się jako arbiter na scenie politycznej, uwzględniający różne punkty widzenia, a przy tym nie za bardzo narazić się Zjednoczonej Prawicy, bo mimo wszystko nie jest to sprawa dla obozu rządzącego fundamentalna. Ale jego ruch może też mieć drugie dno. Andrzej Duda od dłuższego czasu flirtuje ze środowiskiem Kukiz’15. To Paweł Kukiz przekonał głowę państwa, że sędziowie do nowej Krajowej Rady Sądownictwa powinni być wybierani większością trzech piątych głosów, aby nie byli nominatami tylko obozu rządzącego. To pod wpływem Kukiz’15 w pytaniach do referendum konstytucyjnego (które ostatecznie nie dojdzie do skutku) znalazło się to dotyczące obligatoryjnego referendum, gdy poprze je milion osób i obniżenia progu frekwencyjnego stanowiącego o ważności referendum. Oba te rozwiązania ruch Pawła Kukiza forsuje od początku swojego istnienia na scenie politycznej. A teraz głowa państwa odpowiedziała pozytywnie na apel, którego sygnatariuszem jest Kukiz’15. Widać więc, że prezydent dobrze dogaduje się z tym środowiskiem. Niewykluczone, że trzyma je w odwodzie na wypadek, gdyby prezes PiS Jarosław Kaczyński zmienił zdanie i nie zechciał poprzeć kandydatury Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich 2020 r. Czasami to, że dysponuje się odwodami, wystarczy, żeby uzyskać przewagę negocjacyjną. Tak czy inaczej, już dziś można wskazać sojuszników prezydenta, gdyby w wyborach za dwa lata PiS nie chciał go wystawić do walki o reelekcję. To Prawica RP Marka Jurka, ruch Kukiz’15, część biskupów. Całkiem nieźle jak na prezydenta, o którym krytycy mówią, że jest długopisem Jarosława Kaczyńskiego. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 33/2018
Więcej możesz przeczytać w 33/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0