Wracam z lasu do dżungli

Wracam z lasu do dżungli

Stanisław Żelichowski (fot. Wprost) / Źródło: Wprost
Ostatnio byłem na grillu. Na zaproszeniach zaznaczono: prosimy nie rozmawiać o polityce – opowiada Stanisław Żelichowski z PSL, który wraca do polityki.

Gdzie pan był, jak pana nie było?

W lesie.

I co pan robił?

Nadrabiałem zaległości. Przez tyle lat byłem gościem w domu, a tu się płot walił, tu jakiś chlewek, tu drzewa trzeba było przyciąć. Mam taki ogródek 27 arów, jest w nim co robić. Mieszkam przy lesie, na Mazurach. I wie pani, jak się całe życie spędziło w polityce – czyli w dżungli – to potem dobrze się czuje w prawdziwej dżungli. I nie ma stresu. Może brakowało przez jakiś czas kontaktu z niektórymi ludźmi.

Trudno się wyłączyć z polityki?

Kiedy człowiek tyle lat w tym siedzi… Byłem przez 30 lat posłem, w tym czasie sześć lat ministrem, cztery lata szefem klubu, przez wiele lat szefem sejmowych komisji. Ale ja sobie zawsze życie planowałem z wyprzedzeniem, polityka wymaga patrzenia kilka ruchów do przodu, jak w szachach. Dlatego decydując się na wyjście po tych 30 latach z parlamentu, nie miałem planów, żeby gdzieś dalej jeździć, spotykać się, występować, nie o to chodziło. Leszek Miller biegał po wszystkich telewizjach, bo mu tego brakowało. Mnie nie.

Adrenalina, potyczki w studiach.

Ale przecież w tych studiach nie rozmawia się o tym, co jest ważne dla Polski, tylko o tym, co się dobrze sprzedaje medialnie. Nie słyszałem poważnej debaty, czy powinniśmy być w strefie euro, czy nie. Jakie są plusy i minusy przyjęcia tej waluty. Gdzieś tam ekonomiści piszą jakieś opracowania, ale rozmowy o Europie dwóch prędkości nie ma. A całe to jeżdżenie bez przerwy i mówienie o tym, co jedna pani posłanka powiedziała drugiej, przestało mnie bawić.

Jednak śledzi pan przez cały czas wydarzenia, ogląda telewizję.

Trudno zupełnie nie śledzić, to było treścią mojego życia. Nie da się całkowicie wyłączyć. Ale konsekwentnie nie oglądam tak zwanych mediów narodowych. Byłem posłem jeszcze w starym systemie, w latach 1985-1989 r. i dobrze pamiętam, jak wtedy wyglądały manipulacja i propaganda w środkach masowego przekazu. Teraz jest tak samo. Wiele rzeczy, które wtedy były dowcipem, dzisiaj stają się rzeczywistością. Choćby sprawa nagród dla ministrów. Był taki dowcip w PRL: „Facet wchodzi do mięsnego i pyta: – Szynka jest? – Nie ma. – Polędwica? Baleron? Schab? – Nie ma. Wszystko ruskie wzięli! Złapali go ci, co byli od łapania: – Co wy publicznie narzekacie na Związek Radziecki? On mówi: – A co? No, nie należało im się? Ruscy wyzwolili, to im się kiełbasa należy”.

Ciągnie z powrotem. Startuje pan do sejmiku w wyborach samorządowych.

Po tych wszystkich latach chciałoby się już pójść na emeryturę, ale i mieć takie poczucie, jak biegacz w sztafecie – że wykonało się swoją pracę, dołożyło cegiełkę, a ci, co przejęli pałeczkę, działają dobrze, sprawnie, przejęli sprawę. No ale jak ta sztafeta gubi pałeczkę i wszystko się rozwala, to trudno mieć satysfakcję. A dzisiaj wszystko pęka, ten mur, który budowaliśmy cegła po cegle, rozwalają. Co można, trzeba jeszcze próbować ratować. Miałem niezłe kontakty w Komisji Europejskiej, choć teraz premier się przyznał, że on negocjował wejście do UE – mnie aż głupio się przyznać, ale byliśmy z Jarosławem Kalinowskim w rządzie Millera, kiedy głosowaliśmy Kopenhagę. Trzeba się więc starać, żeby Polska nie straciła funduszy unijnych, tak jak się na to zanosi. Samorządy, jeśli będą szukać wspólnego języka z Europą, mogą tu coś zdziałać, złagodzić.

Wierzy pan, że PSL może odzyskać poparcie na wsi? PiS przejął wasz elektorat.

Na to liczymy. Zwykle rolnik potrafił odróżnić ziarno od plew. Rzecz jasna, dzisiaj sytuacja jest inna niż jeszcze kilka lat temu, bo – jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa – tych rolników, którzy żyją wyłącznie z rolnictwa, jest ok. 500 tys. w całym kraju. Są też inni, którzy biorą KRUS albo są dwuzawodowcami – czyli w sumie jest znacznie więcej, ale takich, którzy zajmują się wyłącznie rolnictwem, z rodzinami, które też głosują, będzie około miliona. Oni w ostatnich wyborach uwierzyli w te wszystkie bajeczki PiS i zagłosowali na tę partię. My weszliśmy do parlamentu rzutem na taśmę. Ale wiemy, ileśmy stracili. Teraz widzimy sami w środowiskach wiejskich, że rolnicy zdają sobie sprawę, że zostali potwornie oszukani. A żyjemy w narodzie, który wiele jest w stanie znieść, ale nie to, że ktoś go oszukuje.

Może po prostu PiS znalazł skuteczniejszy klucz do elektoratu wiejskiego.

PiS podniósł rolnikom jako jedynym wiek emerytalny o pięć lat. Miało być zatrzymanie sprzedaży ziemi, ale ta głupia ustawa o obrocie ziemią zatrzymała sprzedaż rolnikom i przekazywanie ziemi następcom, a sprzedaż dla obcokrajowców jest dwa razy większa niż poprzednio. No i przecież wszyscy na wsi wiedzą, że dzięki Unii Europejskiej, środkom unijnym wieś się zmodernizowała i wreszcie zbliżyła do Europy. Pamiętam, jak jeszcze w latach słusznie minionych zdarzało mi się lecieć samolotem. Z góry było widać, gdzie już jest Polska – szare dachy, budynki, kryte słomą, eternitem. Dzisiaj już trudno jest poznać, że przekroczyliśmy granicę.

Przecież polski rolnik zwykle narzeka na Unię – że dopłaty za niskie, nie takie jak w innych krajach. Może na wsi też osłabł entuzjazm dla Europy?

U rolników towarowych na pewno nie. Natomiast każdy zawsze chciałby mieć więcej niż ma, naturalny ludzki odruch, nie tylko w Polsce. Tylko że im PiS naobiecywał przed wyborami, że będą mieli 40 proc. wyższe dopłaty, a teraz się okazuje, że na rozwój obszarów wiejskich może być 30 proc. mniej, a na dopłaty bezpośrednie 1-2 proc. mniej. A dla tego rolnika nawet te 1-2 proc. mniej to jest straszna kwota. Do tego na razie rozliczani są zaliczkowo, ale Komisja Europejska coraz bardziej nerwowo żąda końcowej faktury za rozliczenie, a nie można jej sporządzić, bo system elektroniczny nie działa. Rolnicy zdają sobie sprawę, że w tych walkach wszystkich ze wszystkimi na zewnątrz ktoś może nagle powiedzieć: sprawdzam. I ci, którzy się nie rozliczyli, a dostali zaliczkę, nie dostaną więcej. Nerwowość na wsi jest w tej chwili bardzo duża.

U pana na wsi polityka budzi emocje?

Ostatnio byłem na kilku grillach. Na zaproszeniach małym druczkiem było zaznaczone: prosimy nie rozmawiać o polityce. Ludzie się boją, żeby nagle ten grill, który ma jednoczyć, nie skończył się jakąś wielką awanturą. Wiadomo, że przychodzą różne osoby, mają różne poglądy. Widzę coraz więcej takich przykładów. Albo taka dyskusja na jednym ze spotkań wiejskich: obchodzimy 100-lecie niepodległości, cieszymy się z tego, jesteśmy dumni.

Ale rzadko kto zadaje pytanie, dlaczego w ogóle niepodległość straciliśmy. Mało kto mówi o tym, jak byliśmy skłóceni wewnętrznie, o swoje interesy walczyła klasa chłopska, mieszczaństwo, możnowładcy, jak byliśmy wyizolowani zewnętrznie. Nigdy się dobrze nie kończyło, jak byliśmy ze wszystkimi skłóceni, wewnętrznie i zewnętrznie.

Sondaże pokazują wciąż wysokie poparcie dla partii rządzącej. Rolnik też dostaje 500+, za chwilę 300+. Rozmawiałam jakiś czas temu z sołtysem małej wsi na Podkarpaciu, który sam nie głosuje na PiS. Mówił: młodzi wyjechali do Niemiec, Anglii, Stanów i ani myślą wracać, ale na mojej wsi ludziom się poprawiło, poremontowali dachy, łazienki. Nikt tam nie myśli o sądach, KRS, przepychankach z Komisją Europejską i PiS o tym wie.

I tak, i nie. Wieś nauczyła się myśleć kategoriami przyrodniczymi: jak jest lato, to będzie jesień, potem zima. Jeśli jest koniunktura w gospodarce, to jest lato, ale przyjdzie znowu zima. A my w czasach koniunktury rekordowo się zadłużamy, nie oszczędzamy, premier sam mówił, że 500+ bierze się z kredytów. I chwała za to, że to jest płacone, demografia to jeden z najważniejszych problemów, choć na razie nie widać tu wcale jakiejś wielkiej poprawy. Ale nie ma pewności, jak długo i gdzie my zmierzamy.

Wybory samorządowe zaczynają dwuletni maraton, każde wybory będą teraz walką dwóch obozów: PiS i anty-PiS, mało w nich więc perspektywy samorządowej.

Jak się patrzy na Polskę z lotu ptaka, to widać potwornie skłóconą Warszawę. To, że wiele rzeczy udaje się jednak zrobić, zawdzięczamy samorządom. To zresztą była jedyna reforma, która jako tako wyszła. Ale im więcej polityki w samorządach, tym ta walka przenosi się niżej. Ja jestem z województwa warmińsko-mazurskiego – wielokulturowego, wieloreligijnego i tu wystarczy mała zapałka, żeby wybuchały emocje. PiS dał nagrody swoim ministrom, ale Kaczyński uznał, że im się jednak nie należały i kazał zwrócić. Przy okazji uderzył w wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, im także zabierając. Oni chcą wszystko scentralizować, wziąć za dziób. Pamiętam, jak byłem w grupie negocjującej wejście do rządu koalicyjnego PiS, Samoobrony i LPR. Chcieli wtedy jeszcze nas dobrać. Interesowała ich wyłącznie władza, nic innego. Jak chcieliśmy rozmawiać o konkretnych tematach, to było dla nich nudne. Wielu samorządowców dzisiaj zdaje sobie sprawę, że jeśli PiS zdobędzie władzę w sejmikach wojewódzkich, będzie tak samo.

Dla PSL ten wyborczy maraton może oznaczać być albo nie być. Zadzwonił prezes Kosiniak i powiedział: Staszku, wracaj?

Od jakiegoś czasu jestem szefem jego doradców. My pokazujemy drogi, on podejmuje decyzje. Przekonał mnie, żeby wystartować. Może jestem naiwny, ale mam takie poczucie, że samorząd może być takim ostatnim miejscem, gdzie będzie można zahamować odpływ środków unijnych. Dlatego trzeba zrobić wszystko, żeby nie tracić szansy modernizacji Polski.

Pamiętam pana rozgoryczenie, gdy postanowił pan odejść z polityki, nie kandydować do Sejmu. Są „parytety dla młodych i kobiet, ale nie ma dla kumatych” – mówił pan w „Polsce The Times”. Przeszło panu?

Kiedyś w Sejmie było więcej szacunku dla społeczeństwa, bo za posłami, którzy tam są, stoją przecież jacyś wyborcy. Dzisiaj marszałek za błahe sprawy karze posłów opozycji, a posłowie koalicji mogą sobie krzyczeć, co chcą. Dlatego dylematy, które powinny być rozstrzygane w kłótni, sporze, ale w parlamencie, będą się przenosić na ulice. To nie jest dobry scenariusz.

Miałam wrażenie, że tamte słowa były skierowane także do liderów pana własnej partii. Czy przekonał się pan do Kosiniaka-Kamysza?

Ma jedne z najwyższych ocen wśród przywódców politycznych. To bardzo zdolny człowiek. Miał ciężki partyjny żywot – jest doktorem medycyny, więc musiał się przestawić na całkowicie inne tory. Zrobił to umiejętnie, rzeczywiście się poświęcił, od świtu do nocy jest w terenie. Wytrzymuje tempo. Może wieś patrzy jeszcze trochę z rezerwą, ale coraz więcej ludzi się przekonuje. Widzę go na spotkaniach z sołtysami, daje radę. Przynosi „plusy dodatnie”.

A partyjni działacze?

Musieliśmy się przeorientować i zrobiliśmy to jako pierwsza partia. Wymieniliśmy najpierw Pawlaka, potem Piechocińskiego, później przyszli młodzi ludzie. Dzisiaj całe to nasze 16-osobowe kierownictwo to są naprawdę młodzi ludzie, pełni energii. I tak jak pisał Kotarbiński, do pracy powinny być młode ręce i stare głowy. Inne partie dopiero to czeka, my już mamy za sobą. Jestem przekonany, że to przyniesie efekt. Czekam z niecierpliwością na wynik wyborów. Liczę, że będzie dwucyfrowy.

Dopuszcza pan koalicje PSL z PiS w sejmikach?

Nie sądzę. PiS spalił wszystkie mosty, atakuje nas ze wszystkich stron. Ale to dobrze, bo to znaczy, że się nas boi, że jesteśmy mocni. Poza tym gdyby PiS chciał tworzyć z nami jakiekolwiek koalicje, to nie powinien był działać tak, jak działał. W Sejmie nie mamy wicemarszałka, posła w komisji do spraw służb specjalnych, mamy jeden pokój – cisną się tam wszyscy. A im bardziej się gnieżdżą, tym bardziej są wkurzeni. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 35/2018
Więcej możesz przeczytać w 35/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0