Gajos po kaszubsku

Gajos po kaszubsku

Mój film pokazuje, że anomalie w relacjach męsko-damskich są mniej niebezpieczne niż anomalie historyczne – mówi Filip Bajon, reżyser, twórca filmu „Kamerdyner”.

ROZMAWIAŁ Adam Cissowski

Skąd się wziął pomysł na taki film jak „Kamerdyner”?

Pamiętam, jak spotkałem się w tej sprawie z Mirkiem Piepką, który przyszedł do kawiarni w kinie Kultura ze scenariuszem. Gdy go przeczytałem, okazało się, że jest w nim wiele spraw, o których mam spore wyobrażenie. W przeszłości bowiem pisałem już scenariusz o Prusach Wschodnich, który miałem realizować razem z Niemcami. Przygotowując się wtedy, byłem dosłownie obłożony książkami. Co prawda tamten film nie powstał, ale wiedza pozostała. Przy okazji „Kamerdynera” wszystko sobie tylko przypomniałem. Drugim powodem, dla którego zainteresowałem się tematem, byli Kaszubi. Od dawna ich znałem, zawsze bardzo lubiłem, po prostu dobrze się wśród nich czuję. W scenariuszu są oni nie tylko ozdobnikiem, ale też stanowią istotną wartość. Dzięki filmowi można wreszcie poznać ich los przypieczętowany Piaśnicą, o której wcześniej nawet ja nie wiedziałem. Słyszałem o męczennikach piaśnickich, ale wydawało mi się, że było to 100 rozstrzelanych osób, jak w każdym w polskich mieście. Okazało się, że ta liczba to nawet 15 tys. osób.

Co jest najbardziej intrygującego w losie Kaszubów?

To, że były tam zawsze dwie opcje: polska i niemiecka. A taki narodowościowy „melting-pot” [tygiel – red.] w kinie zawsze dobrze wychodzi. To rodzi naturalne konflikty, nawet jeśli nie są zwerbalizowane. Na początku filmu pokazujemy pewien rodzaj idylli, ale następnie pojawiają się mechanizmy, które tę idyllę niszczą.

Zależało panu bardziej na pokazaniu procesów politycznych czy przywiązaniu do wartości tożsamościowych?

Bardziej tożsamościowych, chociaż uważam, że to słowo jest ostatnio nadużywane. Ale w filmie nie brakuje też kilku wątków politycznych. Zadziwiające jest to, że sam film to zweryfikował i wątki polityczne zostały montażowo lekko okrojone, ponieważ przez nie siadało napięcie w filmie.

To pana czwarty film o relacjach polsko-niemieckich.

Ten jest najbardziej epicki, co pozwoliło mi na użycie obrazu jako narzędzia do opowiedzenia historii.

Dla pana to bardziej film historyczny czy melodramat?

Jedno przechodzi w drugie – taką możliwość daje właściwie tylko film epicki.

Jakie jest główne przesłanie „Kamerdynera”?

Takie, że anomalie w relacjach męsko-damskich są mniej niebezpieczne niż anomalie historyczne. Ci ludzie, choć żyli w pałacach, to wszyscy byli bardzo samotni.

W filmie jest miłość, wojna i zbrodnia. A jakich emocji jest w nim według pana najwięcej?

Zarówno tych wynikających z codziennego życia, jak i tych, które niesie historia i konieczność ustosunkowania się do niej ze świadomością, że, niestety, nie ma się na nią wpływu. Mamy więc bardzo dużą różnorodność charakterów, celów i potrzeb. Są więc konflikty męsko-damskie, które wydają się nierozwiązywalne, jest też zmiana stosunku jednych do drugich, trochę tak, jak to się dzieje w życiu wielu rodzin. Ten nielubiany bohater na końcu okazuje się najbardziej lubianą postacią.

Czym się pan kierował, kompletując obsadę filmu? Bo castingu w tym przypadku nie było.

Nie lubię castingów ani zdjęć próbnych, aczkolwiek, jeśli muszę, to je robię. W tym przypadku jednak wiedziałem, z kim chcę pracować. Annę Radwan i Adama Woronowicza obserwuję od dawna, nagle zrozumiałem, że to będzie fantastyczne małżeństwo. Jeśli chodzi o Janusza Gajosa, to wybrali go producenci. Pracuję z nim od tylu lat, że Gajos mówiący po kaszubsku strasznie mnie zainteresował, nawet bardziej niż mówiący po polsku. Daniel Olbrychski bardzo mi z kolei pasował do roli takiego junkra, który otarł się o cały świat. Tę postać wzorowałem na historii ojca Hermanna Hessego, który, podobnie jak cała arystokracja niemiecka, jeździł z misją do Azji Południowo-Wschodniej.

A Łukasz Simlat?

Zawsze chciałem z nim pracować. To taki polski Max von Sydow. Pasował mi do roli czarnego charakteru, najpierw nauczyciel muzyki, a potem demiurg zła. Jeśli chodzi o młodych, Mariannę Zydek i Sebastiana Fabijańskiego, to sprawdziłem ich w „Paniach Dulskich” i nie miałem wyjścia – musieli zagrać!

Film powstawał trzy lata. To był kłopot?

Było, ponieważ aż pięć razy musieliśmy się rozkręcać. To dla reżysera, operatora, ale też aktorów zawsze trudne i uciążliwe, bo trzeba na nowo w to wszystko wejść. Równocześnie film jest taką dziwną dziedziną, trochę niezdefiniowaną, że rzeczy trudne nieraz działają na plus. Dzięki tym przerwom mogłem się zorientować, co mam, a czego nie mam, czego nie muszę już kręcić, a co muszę informacyjnie poprawić. Dzięki temu mieliśmy mieć w sumie 60 dni zdjęciowych, a wyszło 56.

Film ma premierę tuż przed 100. rocznicą odzyskania niepodległości. Na ile ma związek z tym wydarzeniem?

Moim zdaniem wpisuje się w tę rocznicę, choćby fragmentem, w którym grany przez Janusza Gajosa Bazyli Miotke jedzie na konferencję pokojową do Wersalu. Analogicznie do Wersalu pojechał Antoni Abraham, zwany królem Kaszubów, czyli prototyp postaci granej przez Gajosa. Kręciliśmy też sceny dokładnie w miejscu ówczesnej granicy polsko-niemieckiej. Dawne majątki czy latyfundia niemieckie były podzielone, część z nich znajdowała się już w Polsce, a część jeszcze w Niemczech, tak jak np. rodziny von dem Bach. W filmie widzimy też narodziny państwa polskiego, Gajos zostaje starostą pomorskim. Generalnie chcieliśmy, żeby fakty i miejsca się zgadzały, na ile to było oczywiście produkcyjnie możliwe. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 39/2018
Więcej możesz przeczytać w 39/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0