Czekam na spotkanie z synem

Czekam na spotkanie z synem

Zdjęcie z pogrzebu Leszka Millera Juniora
Zdjęcie z pogrzebu Leszka Millera Juniora / Źródło: Newspix.pl / TOBIASZ
Po śmierci Leszka nie wiem, jakim będę człowiekiem i co będę robił. Kiedy umiera ktoś bliski, umiera też cząstka nas – mówi Leszek Miller, były premier.

Miał pan dobry kontakt z synem?

Bardzo dobry. Spotykaliśmy się niemal codziennie. Razem wyprawialiśmy się na narty, chodziliśmy do kina, jeździliśmy na wycieczki rowerowe i letnie wakacje. Kiedy wracałem z telewizji, radia albo gdy ukazał się jakiś wywiad ze mną, często dzwonił. „Dzisiaj byłeś naprawdę dobry” albo „Tym razem słabo wypadłeś”. Gdy na początku sierpnia udzieliłem wywiadu „Wprost”, też zadzwonił.

Co mówił?

Chwalił, choć uważał, że niepotrzebnie przechylam się w stronę antypisowską. Był, jak to się teraz mówi, symetrystą. Po pierwszym wywiadzie, którego udzieliłem po jego śmierci, też czekałem, kiedy zadzwoni.

Miał imię po panu?

Decyzja żony. Uznała, że to najpiękniejsze męskie imię. Tak pojawił się Leszek junior.

Gdy na początku sierpnia udzielał nam pan tego wywiadu, miałam wrażenie, że rozmawiamy ze spełnionym, szczęśliwym człowiekiem.

Tak było. Teraz życie moje i żony będzie podzielone na dwa zasadnicze etapy: do 26 sierpnia i po nim.

Co się zmieniło?

Wszystko. Do śmierci syna wiedziałem, kim jestem i co jest w życiu ważne. Teraz nie wiem, jakim będę człowiekiem i co będę robił. Tragedia, która nas spotkała, głęboko przebudowuje świadomość, a przecież to jest dopiero początek drogi. Słowa, że kiedy umiera ktoś bliski, umiera też cząstka nas, brzmią może banalnie, ale są prawdziwe.

Bywa pan w domu syna?

Prawie codziennie. Odwiedzamy też jego grób. Dzięki temu on jest ciągle obecny i jest nam z tym dobrze.

Pyta pan siebie: „dlaczego”?

Tak, i nie znajduję odpowiedzi. Ostatnią osobą, która widziała syna żywego, była jego partnerka, z którą mieszkał. To był burzliwy związek. Ona mogłaby powiedzieć, jak wyglądały ostatnie godziny, ale to będzie „jej prawda”, niekoniecznie obiektywna.

Rozmawiał pan z nią?

Zaraz po tym, jak dowiedzieliśmy się o śmierci Leszka. Powiedziała, że doszło między nimi do brutalnej awantury. Nie ukrywam, że bardzo trudno nam z nią rozmawiać. Już wcześniej mieliśmy do niej wiele pretensji, teraz chcemy tylko, żeby jak najszybciej zniknęła z naszego życia.

Po śmierci Leszka nie zamknął się pan w domu. Wychodzi pan do ludzi. To pomaga?

W takich sytuacjach są dwie drogi. Można całkowicie się zamknąć w sobie, nie spotykać ludzi, czekać, aż kulminacja traumy minie. Albo przeciwnie: być aktywnym, myśleć o przyszłości, wypełniać czas różnymi zajęciami. Ja wybrałem coś pośrodku, wiedząc, że czas nie likwiduje bólu, tylko z nim oswaja. Poza tym musiałem od razu wyjść do świata, bo trzeba było zająć się wszystkimi formalnościami związanymi z pogrzebem. Żona nie była w stanie.

Zaraz po tragedii zwykle dzwonią znajomi, bliscy, później robi się ciszej. Jest coraz trudniej?

Znajomi moi i żony bardzo dbają, żebyśmy nie zostali sami. Czasem myślę nawet, że synchronizują swoje działania, bo co chwila ktoś wpada albo dzwoni. Dla mnie te rozmowy to rodzaj terapii.

Teraz lepiej rozumiem, dlaczego ludzi, którzy są dotknięci trudnym przeżyciem, wciąga się w rozmaite dyskusje, próbuje odwrócić ich uwagę. To pomaga, choć myślę, że mnie bardziej niż żonie. W całej tej sytuacji ważne było to, że nikt – oprócz „Faktu” – nie próbował wykorzystać mojej sytuacji do celów politycznych. Nawet najwięksi przeciwnicy. Aktów solidarności i współczucia z prawej strony było chyba nawet więcej. Korzystam z okazji, żeby jeszcze raz za wszystkie serdecznie podziękować.

Nie boi się pan, że pod wpływem tragedii oddalicie się od siebie z żoną?

Jest odwrotnie. Czujemy się tak samo nieszczęśliwi i bardzo sobie potrzebni. Jestem jedynakiem, więc siłą rzeczy jestem szczuplejszy, jeśli chodzi o bliskich, ale żona ma siostrę i brata. Odwiedzają nas, dzięki czemu żona lepiej to wszystko znosi.

O tym, co się stało, możecie rozmawiać?

Cały czas rozmawiamy. Próbujemy zrozumieć. Syn nie zostawił żadnej wiadomości, dlatego to wszystko jest takie obezwładniające. Często wymienialiśmy e-maile, Leszek wysyłał mi różne swoje przemyślenia albo linki do stron, które go interesowały. Teraz to wszystko przeglądam, analizuję. Próbuję znaleźć trop, wyłowić jakąś odpowiedź lub informację. Niestety, na próżno.

W religii, duchowości nie szuka pan odpowiedzi?

Dla mnie jest już na to za późno.

Zatelefonował do pana kard. Konrad Krajewski, bliski współpracownik papieża Franciszka.

To było bardzo poruszające i zdumiewające. Pierwszy raz zadzwonił z wyrazami współczucia i pociechy, rozmawiał wtedy ze mną i z żoną.

Znaliście się wcześniej?

Spytałem o to kardynała, okazało się, że kiedyś spotkaliśmy się przypadkiem, gdy on był w Łodzi asystentem biskupa Władysława Ziółka. W drugiej rozmowie mówiliśmy nie tylko o naszej tragedii, ale też o kondycji Kościoła. Powiedział mi, że dla niego Kościół to szpital polowy, który musi być otwarty na wszystkich pokiereszowanych i pokrzywdzonych, z najcięższymi bólami i przeżyciami, i że według niego to jest właśnie prawdziwa misja Kościoła. Bardzo mnie to ujęło.

Jest pan niewierzący, ale w pana dzieciństwie Kościół był silnie obecny…

Wychowywałem się w bardzo katolickiej rodzinie. Ludową religijność wyssałem z mlekiem matki, przypominają mi się starannie ułożone na strychu roczniki „Rycerza Niepokalanej”. Do dziś pamiętam, jak służyłem do swojej pierwszej mszy w kościele w Żyrardowie. Wszystkie moje ciotki siedziały w pierwszych ławkach, dumne, że ich siostrzeniec jest ministrantem. Moja religijność była powierzchowna, wypływała raczej z miłości do mojej mamy i mojej pobożnej rodziny. To byli szczerzy, religijni i prostolinijni ludzie. Służyłem do mszy, bo zależało na tym mojej mamie. Zresztą potem to się powtórzyło. Kiedy z żoną wzięliśmy tylko ślub cywilny, wywołało to takie oburzenie w rodzinie, że po dwóch miesiącach poddaliśmy się i grzecznie pomaszerowaliśmy do kościoła.

Dlaczego ostatecznie odszedł pan od religii?

To był długi proces krytycznej analizy. Byłem też mimowolnym świadkiem zdarzenia, jednego z tych, o których dzisiaj dużo się mówi. Osoba, którą dobrze znałem, była molestowana seksualnie przez księdza. To była kropka nad i, nie mieściło mi się w głowie, że duchowni, których podziwiałem i którym ufałem, stosują takie praktyki.

Rozmawiał pan o tym z rodziną?

Nikomu nie powiedziałem. Myślę, że by mi nie uwierzyli. Ale nie jestem żadnym antyklerykałem. Słucham z zainteresowaniem tego, co mówią kard. Krajewski czy papież Franciszek. Ich postawa mnie porusza. Problemem jest przepaść między tym, co oni mówią, a tym, co robi polski Kościół. Nie chcę uogólniać, ale czasem mam wrażenie, że to dwa różne światy i dwa różne Kościoły.

Kościół to Kościół. Ale wiara bywa w żałobie pociechą. Nie ma pan pokusy, żeby spróbować?

Już mówiłem, że dla mnie na takie zmiany jest już za późno. Trudno po tylu latach nagle uwierzyć, porzucając zasady, które wyznawało się przez całe życie. Chociaż czasem jakaś refleksja się rodzi. Znajomi przychodzą i mówią: „Wczoraj w nocy we śnie, a może na jawie, rozmawiałem z twoim synem”. W takich sytuacjach zamieram.

Syn miał „przyjść”, żeby coś przekazać?

Miał powiedzieć, że źle zrobił. Nie wiem, na ile takie obrazy to wytwór ich świadomości lub silnego pragnienia, a na ile coś realnego. Podchodzę do tego ze spokojem. Jeżeli po tamtej stronie coś jest, to dobrze, a jeśli nie ma, to nie będę rozczarowany. Moi wierzący przyjaciele mówią: „Pamiętaj, że kiedyś spotkasz się z synem”. Kiedy ich słucham, myślę, że jest im łatwiej.

Nie pyta ich pan, dlaczego Leszek przychodzi do nich, a nie do pana?

Mówią, że w stosunku do rodziców musi upłynąć trochę czasu, może miesiąc, może dwa. I że wtedy mogę się spodziewać takiej wizyty. Gdzieś w głębi serca czekam na takie spotkanie. Zadałbym wtedy Leszkowi jedno pytanie.

„Dlaczego”?

Tak. Chciałbym mu też coś osobistego powiedzieć, ale nie chcę o tym mówić w wywiadzie. Zresztą, przyjaciele mówią, że te wizyty zmarłych są bardzo krótkie.

Może wystarczy przytulić?

Gesty są czasem ważniejsze niż słowa.

Pana syn zmagał się z depresją?

Jak każdy człowiek miał wahania nastrojów, ale to na pewno nie była depresja.

Proszę wybaczyć pytanie, ale w doniesieniach medialnych była mowa o wcześniejszych próbach samobójczych.

Osiem albo dziewięć lat temu miał trudny okres, ale z tego wyszedł przy naszej pomocy. Byliśmy pewni, że wszystko jest w porządku. Zresztą, gdybyśmy dostrzegli cokolwiek niepokojącego, to przecież nie pojechalibyśmy na wakacje do Grecji. To tam dowiedzieliśmy się o jego śmierci.

Jak pomóc komuś, kto ma trudny okres?

Potrzeba delikatności, czułości, wsparcia.

W Polsce współczynnik samobójstw wśród mężczyzn jest wyjątkowo wysoki.

Mężczyźni czują na sobie większą presję. Przyjmują tradycyjną rolę, w której mężczyzna jest głową rodziny, i nie potrafią sobie poradzić z sytuacją, w której nie są w stanie sprostać wszystkim oczekiwaniom. Zwłaszcza kiedy patrzę na dzisiejszą młodzież, myślę, że mężczyźni odczuwają duże ciśnienie, a jednocześnie mają głębokie poczucie niedowartościowania. Może wymaga się od nich za dużo?

Ma pan poczucie, że przez politykę zaniedbał rodzinę?

Oboje z żoną dużo pracowaliśmy. Mój syn to było dziecko z kluczem na szyi. Wracałem późno, wyjazdy, kampanie wyborcze. Polityka to nienasycone zwierzę, które ciągle chce więcej. Tylko że kiedy patrzyłem na kolegów, to wszyscy byliśmy dokładnie w tej samej sytuacji, polityka wypełniała nam większą część doby.

Mówił pan, że po śmierci syna dostał dużo wsparcia. Ale była też okładka „Faktu”, w którym sugerowano, że ta tragedia to przez pana zaangażowanie polityczne.

Kiedy to zobaczyłem, nogi się pode mną ugięły. Dobrze, że tę gazetę pokazano mi po pogrzebie syna. Gdybym to zobaczył wcześniej, nie wiem, jak bym się zachował. Nasi prawnicy wystosowali do wydawnictwa wezwanie przedsądowe, które było listą oczekiwań pod adresem redakcji. Jednak druga strona zachowała wyniosłe milczenie. Wobec braku odpowiedzi formalny już pozew został przesłany do sądu. Z tego, co słyszę, sąd już podjął stosowne działania.

Napisał pan też list do prezesa zarządu Axel Springer.

Zrobiłem to, ponieważ się bałem, że tak wysoko postawiony człowiek we władzach koncernu może się nigdy nie dowiedzieć o sprawie, która miała miejsce w Polsce. Chciałem, żeby powziął wszelkie środki, by coś podobnego nie powtórzyło się w przyszłości. Ta okładka to było przekroczenie granicy nieprzekraczalnej. Skoro zrobili to raz, jaką mamy gwarancję, że nie zrobią tego powtórnie? Tym bardziej w stosunku do kogoś, kto nie jest znany i ma mniejsze możliwości obrony.

Przyszła odpowiedź?

Po kilku dniach. Prezes odpowiedział, że bardzo współczuje i że trzymanie wysokiego poziomu nie tylko profesjonalnego, ale i etycznego to ich misja. Na co dowodem jest zwolnienie redaktora naczelnego. Taka dyplomatyczna uprzejmość. Z pogłosek, które do mnie docierają, wynika, że ta okładka spotkała się z wielkim uznaniem zespołu. Mam świadomość, że będę się musiał spotkać z nimi w sądzie.

Czuje się pan gotowy na proces?

Wolałbym go uniknąć, ale nie mogę. Także w imię pamięci o synu.

Starał się pan trzymać go z dala od polityki.

To był świadomy wybór. Nasz wspólny.

Syn znał pana kolegów z SLD.

Tak, i dwa razy spotkały go z tego powodu bolesne rozczarowania. Za pierwszym razem chodziło o ujawnioną rozmowę Józefa Oleksego z Aleksandrem Gudzowatym. Według Gudzowatego Oleksy przyszedł do niego, żeby namawiać go m.in. do składania fałszywych zeznań mających obciążyć mojego syna. Za drugim razem poszło o rozmowę Aleksandra Kwaśniewskiego z Ryszardem Kaliszem zarejestrowaną w restauracji Sowa i Przyjaciele. Kwaśniewski przekonywał Kalisza, że Leszek jest najbardziej miękkim moim punktem, a ja wolne media potrafię tak blokować, że nikt się tym tematem nie zajmuje. To było jak uderzenie obuchem. Moi koledzy i niegdysiejsi „towarzysze broni” posunęli się do czegoś takiego. Oleksy bardzo się sumitował i prosił o wybaczenie, Kwaśniewski nie przeprosił i nie wykonał żadnego gestu.

Miał pan poczucie, że syn jest wykorzystywany w walce politycznej?

Zwykle jest tak, że kiedy trudno upolować polityka, patrzy się, kto jest w jego otoczeniu. Żona? Córka? Syn? Los dzieci polityków nie jest usłany różami. Już będąc dorosłym mężczyzną, mój syn mi opowiedział, że kiedyś w szkole nauczycielka uderzyła go w twarz „za ojca”. Pytałem, dlaczego mi nie powiedział wcześniej. Stwierdził, że nie chciał mnie denerwować.

Często w wywiadach opowiadał pan o wnuczce. O synu nigdy.

Chciałem, żeby dali mu spokój. On był bardzo wrażliwy, miał 48 lat, ale w środku był chłopcem. Tacy ludzie powinni się trzymać z dala od polityki.

A pan? Gdy patrzy na swoje życie, nie żałuje, że do niej poszedł?

Ja jestem bardziej odporny. Wychowałem się w realiach biednego żyrardowskiego podwórka, gdzie bijatyki były codziennością, a w wieku 17 lat przekroczyłem bramę wielkiej fabryki, stałem się częścią „wielkoprzemysłowej klasy robotniczej” i głową rodziny. A co do polityki? Mam sporo powodów do osobistej satysfakcji. Zakończenie negocjacji i podpisanie traktatu akcesyjnego do Unii Europejskiej u podnóża Akropolu, doniosłe zwycięstwo lewicy w 2001 r., udział w wielkim dziele transformacji, poczucie, że byłem na głównej scenie, kiedy działa się historia. Spotkałem też tysiące fascynujących ludzi zarówno w kraju, jak i za granicą.

To, co pan osiągnął, było warte poniesionych kosztów?

Tego nie wiem. Ale wiem, że uczestniczyłem w wydarzeniach niezwykłych, zaczynając od Okrągłego Stołu. Trochę szkoda mi dzisiejszych polityków, którzy nawet nie otrą się o sprawy o podobnym znaczeniu. Muszą być bardzo sfrustrowani. Ja miałem jeszcze coś – mój syn był ze mnie naprawdę dumny.

Polityka jest dziś dla pana ważna?

Słucham o niej jednym uchem z narastającym znużeniem. Nie zmienię świata, który mnie otacza ani się od niego nie odetnę, ale te sprawy nie są dla mnie najważniejsze. Nie ma minuty, żebym nie myślał o tym, co się stało. Teraz czuję się szczególnie odpowiedzialny za moich najbliższych, zwłaszcza za żonę i wnuczkę. Dwie najbliższe mi kobiety, które spodziewają się, że je w jakiś sposób ochronię. Wiem, że muszę temu oczekiwaniu sprostać. Czynna polityka jest już poza mną. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 40/2018
Więcej możesz przeczytać w 40/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także