Koniec świata PSL

Koniec świata PSL

Władysław Kosiniak-Kamysz
Władysław Kosiniak-Kamysz / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI
Dariusz Klimczak i Adam Jarubas z PSL w niedzielę 21 października poszli spać jako marszałkowie sejmików wojewódzkich łódzkiego i świętokrzyskiego. Obudzili się jako przegrani liderzy organizacji wojewódzkich PSL.

W wieczór wyborczy u ludowców odbyła się balanga. Dzielili stanowiska marszałków. Klimczak miał być przecież marszałkiem. Ludowcy postanowili, że tym razem – inaczej niż cztery lata temu – nie oddadzą Platformie ani jednego marszałka – opowiada polityk Koalicji Obywatelskiej. Poniedziałkowy poranek boleśnie zweryfikował te rachuby. Partia Władysława Kosiniaka-Kamysza straciła władzę w pięciu sejmikach, i to takich, które były dla niej kluczowe – świętokrzyskim, małopolskim, lubelskim, podlaskim i łódzkim. – Kolebka ruchu ludowego – wzdycha Marek Sawicki, mówiąc o Małopolsce, którą PiS zdobył w cuglach.

Ale Świętokrzyskie to też był ogromnie ważny przyczółek – przez 12 lat niepodzielnie rządził tam Adam Jarubas, kandydat PSL na prezydenta w 2015 r. Wydawało się, że jest nie do ruszenia, a jednak został wysadzony z siodła. Podobnie jak polityk młodego pokolenia Dariusz Klimczak, marszałek sejmiku łódzkiego, który choć ciężko pracował w kampanii, nie zdołał obronić stanu posiadania. Klub radnych PSL w sejmiku łódzkim skurczył się z 10 radnych do czterech. Zresztą sejmiki to małe piwo przy utracie władzy w powiatach i wielu gminach. Według mojego rozmówcy to właśnie tam nastąpił istny pogrom. PiS, który wcześniej niezbyt interesował się tymi szczeblami samorządu, w tym roku wystawił 30 tys. kandydatów, i to mocnych. W rezultacie zdobył 147 z 314 powiatów ziemskich, w których do tej pory dominowało Stronnictwo. – To koniec PSL – miał powiedzieć Jarosław Kalinowski w Brukseli na wieść o wyniku wyborów samorządowych.

– Dlaczego tak powiedział? – pytam polityka Koalicji Obywatelskiej. – Za pięć lat w Stronnictwie po prostu nie będzie już ludzi, którzy mogliby powalczyć o powrót do samorządów, i to będzie koniec tej partii – odpowiada mój rozmówca.

Statystyka kontra rzeczywistość

Pozornie ludowcy mają powód do zadowolenia. Zdobyli ok. 13 proc. głosów. Statystycznie to całkiem dobry wynik. Tym bardziej że po tegorocznych wyborach samorządowych miało ich już nie być na scenie politycznej. Tak zaplanował to sobie PiS i konsekwentnie zwalczał partię Władysława Kosiniaka-Kamysza przez trzy lata, a w końcówce kampanii przypuścił na ludowców frontalny atak. – PiS-owcy tak długo wmawiali ludziom, że PSL nic dla nich nie zrobiło, aż ci wreszcie uwierzyli – mówi polityk Koalicji Obywatelskiej, który też walczył o mandat w okręgu wiejskim. – Tym bardziej że PSL nie prostowało kłamstw prawicy. Owszem Kosiniak-Kamysz odgryzał się PiS, ale był w tym osamotniony.

Częściej ja prostowałem kłamstwa o rządach PO-PSL niż politycy Stronnictwa. To jest jeden powód przegranej PSL, jaki wylicza mój rozmówca. Drugi to taki, że starsi ludowcy, przez lata bez trudu zdobywający mandaty w gminach i powiatach, niezbyt przyłożyli się do kampanii. Wydawało im się, że dobrze znane nazwisko wystarczy. Niestety w polityce nic nie jest dane raz na zawsze. – Młodzi ludzie, czyli nowe PSL, potrafią jeszcze zawalczyć o głosy, ale starsi działacze nie. Tym oni dominują. Ta partia wiekowo nie jest gotowa na to, żeby wyjść na ulicę i walczyć o wyborców – mówi nasz rozmówca. Trzeci powód to niezbyt trafiona – w ocenie mojego rozmówcy – kampania. – Oglądałem ich spoty w ostatnim tygodniu kampanii. – Nie dość, że wykupili je w TVN, a przecież to jest w 90 proc. telewizja oglądana przez wyborców PO i Nowoczesnej, to jeszcze na dodatek nie wiadomo, do kogo były adresowane. Ewidentnie nie złapali kontaktu ze swoją bazą społeczną – opowiada polityk Koalicji Obywatelskiej. Rzeczywiście, np. spot PSL o tym, że Polska pięknieje i że warto wybrać ludzi mądrych, sprawdzonych, rozsądnych, nie był szczególnie konkretny i treściwy. Sami ludowcy, gdy mówią o wyniku tegorocznych wyborów samorządowych, przede wszystkim winią metody D’Hondta, czyli systemu przeliczania głosów na mandaty, który premiuje zwycięskie ugrupowanie kosztem mniejszych partii. – Jeżeli chodzi o liczbę głosów oddanych na naszych radnych, to nie było tak źle – mówi w rozmowie z „Wprost” Eugeniusz Kłopotek.

– Ale D’Hondt działa jak gilotyna. Uratowaliśmy twarz na zachodzie Polski i na szczęście obroniliśmy Mazowsze, najbardziej dla nas prestiżowe. Sejmik mazowiecki, owszem, został uratowany dla Koalicji Obywatelskiej i PSL. Adam Struzik, wiceszef Stronnictwa, rządzi tam od 17 lat i – jak powiedział – gotów jest władać Mazowszem kolejnych pięć lat. Ale sami ludowcy przyznają, że jeżeli chodzi o powiaty na Mazowszu, to PiS również i tutaj mocno uszczuplił ich władztwo. Janusz Piechociński dorzuca do tej listy przyczyn wyborczej porażki nową ordynację samorządową. – PiS zakazał kandydowania do powiatów i sejmików kandydatom na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a myśmy zawsze mieli ich dużo i ludzie chętnie na nich głosowali – mówi były prezes Stronnictwa. – Druga niekorzystna dla nas zmiana ordynacji to ograniczenie liczby kandydatów do tylu, ile jest mandatów radnych. Gdy można było wystawiać dwa razy więcej kandydatów, zbieraliśmy też więcej głosów. Poza tym w 2014 r. frekwencja na wsiach była większa, a w dużych miastach mniejsza. W tym roku było na odwrót, no i wynik jest, jaki jest.

Testowanie przyszłych koalicji

Zaraz po wyborach samorządowych gruchnęła w internecie plotka, że Donald Tusk postawił na Władysława Kosiniaka-Kamysza jako dobrze rokującego młodego polityka. I że nawet gotów byłby wesprzeć szeroki blok opozycyjny, pod warunkiem że Kosiniak-Kamysz zostałby namaszczony na przyszłego premiera, a wtedy sam Tusk mógłby kandydować na prezydenta. Ludowcy, gdy to słyszą, okropnie się irytują. – Ten, kto to wymyślił, albo chciał ośmieszyć PSL i Kosiniaka-Kamysza, albo rozgrywać Grzegorza Schetynę, lidera PO – mówi Sawicki. Najwyraźniej ludowcy nie chcą wracać do wizerunku PSL jako partii obrotowej, gotowej rządzić z każdym. Wizerunku, który ugruntował Waldemar Pawlak, mówiąc kiedyś, że niezależnie od tego, kto wygra wybory, będzie to przyszły koalicjant PSL. Dziś ludowcy odżegnują się od ewentualnych koalicji z PiS i za wszelką cenę chcą zaznaczyć swoją podmiotowość. Dlatego spierają się, czy w nadchodzących wyborach do europarlamentu pójść razem z Koalicją Obywatelską, czy też budować blok konserwatywno-ludowy z odrzuconymi przez PO, czyli politykami konserwatywnymi, np. Kazimierzem Ujazdowskim, Janem Filipem Libickim, Markiem Biernackim i Europejskimi Demokratami. Zwolennikiem koalicji z KO jest Eugeniusz Kłopotek.

– Uważam, że powinniśmy to przetestować, oczywiście przy zachowaniu własnego szyldu w nazwie komitetu. Jeżeli to się nie powiedzie, strata będzie niewielka. A przynajmniej będziemy mieli jasność, że do parlamentu musimy iść sami – tłumaczy Kłopotek. – Rzadko się zgadzam z Kłopotkiem, ale tym razem jestem tego samego zdania. A środowiska konserwatywne też trzeba gromadzić – mówi Żelichowski, choć dobrze wie, że politycy pokłóceni ze Schetyną nie palą się do wspólnego z nim startu w wyborach i vice versa. Drugą koncepcję lansuje Marek Sawicki. On też uważa, że należy przetestować w wyborach do europarlamentu blok ludowo-konserwatywny, a jeżeli się to nie powiedzie, to dogadywać się z Koalicją Obywatelską. – Problem polega na tym, że część naszych wyborców, może nawet jedna trzecia, za żadne skarby nie zagłosuje na listę, na której będą kandydaci PO czy Nowoczesnej. Pytanie, czy wtedy te głosy nie przejdą na PiS i tym samym nie wzmocnimy partii Jarosława Kaczyńskiego – zastanawia się Sawicki.

Lider pod presją

Niewykluczone, że plotka o tece premiera dla Kosiniaka-Kamysza miała zdusić w zarodku ewentualne rozliczenia wewnątrzpartyjne. Ludowcy na wyścigi zapewniają, że ich młody lider po wyborach samorządowych się umocnił i że w partii nie ma żadnych pomysłów, żeby go odwołać. Głównie z tego powodu, że nie ma go kim zastąpić. – Powrót Pawlaka jest wykluczony, ci, którzy o tym marzą, powinni wybić to sobie z głowy – mówi jeden z ludowców. – Nie ma mowy o żadnej zmianie lidera – zapewnia Kłopotek.

Piechociński zaznacza, że skoro ekspansja PiS w samorządach mimo sporych kosztów poniesionych przez PSL została powstrzymana, to teraz trzeba zaleczyć rany i ruszać do przodu, czyli agresywnie walczyć o wieś i wybić jej z głowy sentyment do PiS, a nie myśleć o rozliczeniach. Z kolei Sawicki twierdzi, że w małych miastach po raz pierwszy PSL zanotował wzrost wyborców, a więc linia obrana przez kierownictwo partii jest właściwa. – Pewnie, że liderzy nie chcą żadnych rozliczeń – mówi nasz rozmówca z Koalicji Obywatelskiej. – Ale ja wiem, jak to jest w partiach – oczekiwania były spore, a rezultaty takie sobie. W wielu miejscach w Polsce PSL-owcy stracą pracę. Na pewno znajdzie się kilku takich, którzy powiedzą: „A nie mówiłem, nic nie robiliście, można było zrobić więcej”. Kosiniak-Kamysz będzie musiał się z tym zmierzyć. Piechociński twierdzi jednak, że do żadnych rozliczeń nie dojdzie. A na pewno nie przed wyborami do Sejmu i Senatu.

– Wynik tych wyborów będzie dla Kosiniaka-Kamysza kluczowy – mówi eksprezes PSL i dobrze wie, co mówi, bo sam, mimo wewnętrznej krytyki, dotrwał do wyborów parlamentarnych 2015 r., po czym honorowo ustąpił, gdy okazało się, że ludowcy ledwo przeszli próg wyborczy. Piechociński jest dobrej myśli. Uważa, że 13 proc. poparcia z wyborów samorządowych daje nadzieję na dobry wynik w wyborach parlamentarnych za rok. – Zdobędziemy nawet 10 proc.– mówi. Warto jednak przypomnieć, że w wyborach samorządowych w 2014 r. PSL odniosło swój największy w historii sukces, zdobywając prawie 24 proc. głosów i ratując koalicje z PO w 15 sejmikach na 16. Rok później w wyborach parlamentarnych wynik 5,13 proc. zaowocował najmniejszym klubem w Sejmie i w historii PSL. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 44/2018
Więcej możesz przeczytać w 44/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0