Król i Królowa

Król i Królowa

Koncert zespołu Queen, 1984.09.07, Wembley Arena, Londyn
Koncert zespołu Queen, 1984.09.07, Wembley Arena, Londyn / Źródło: Newspix.pl / FUTURE IMAGE
Ten film powstawał długo i w bólach. Ale przecież powstać musiał, bo historia Freddiego Mercury’ego i zespołu Queen nadaje się na duży ekran jak mało która.

Bartosz Czartoryski

Mick Jagger i Keith Richards poznali się na dworcowym peronie, Paul McCartney przyszedł na koncert Johna Lennona, Brian May zaś pod koniec lat 60. – kiedy Beat lesi nagrywali swój słynny biały album, a Rolling Stonesi śpiewali o współczuciu dla diabła – rozkręcił zespół dzięki karteczce przypiętej do uniwersyteckiej tablicy ogłoszeń. Nie, to jeszcze nie był Queen, ale Smile – zaledwie studencki projekt, który jednak przyciągnął uwagę nie tylko paru kumpli, lecz i wytwórni płytowej.

Nieśmiały porywa tłumy

Do grupki zainteresowanych zespołem należał niejaki Farrokh Bulsara, który przygotowywał się do pracy projektanta graficznego. Panowie szybko się z nim polubili, bo mieli podobne gusta muzyczne i dobrze im się z nim gadało. Niebawem zaczęli razem grać, zmienili nazwę grupy i skład, po czym zaczęli myśleć o debiucie. Założenie? Bagatela – jeszcze przed końcem lat 70. sprzedać miliony płyt! Ale historia Queen to nie jedna z tych radosnych baśni o sukcesie z proszku instant, które ukochało Hollywood. Może dlatego dopiero teraz, po przeszło ćwierćwieczu od śmierci Freddiego Mercury’ego, nakręcono „Bohemian Rhapsody”.

Zresztą sam film też nie narodził się bez bólu. May, legendarny już gitarzysta Queen, długo nie chciał dać błogosławieństwa podobnemu projektowi, obawiając się, że filmowcy nie podejdą do spuścizny jego zmarłego przyjaciela z należytym szacunkiem. Bo choć od lat głośno mówiło się na temat wysokobudżetowej produkcji o bogatej historii zespołu, to zawsze kończyło się na ogólnikowych zapowiedziach, że coś podobnego kiedyś powstanie, ale kiedy – nie wiadomo. Aż pod koniec 2010 r. May ogłosił, że film rusza z kopyta, a Mercury’ego zagra nie kto inny jak… Sacha Baron Cohen – prześmiewca coraz prężniej rozkręcający karierę na dużym ekranie. Wybór ten wydawał się trafiony z uwagi na fizyczne podobieństwo do nieżyjącego lidera Queen oraz niemałe możliwości wokalne, lecz ostatecznie różnice zdań pomiędzy Cohenem a Mayem i perkusistą grupy Rogerem Taylorem przekreśliły jego udział.

Muzycy uważali, że obecność na ekranie znanego z komediowej działalności aktora będzie dla oglądających zbyt rozpraszająca. Ponadto Cohena miała interesować opowieść niepolukrowana, z kolei May gotowy był na komercyjne kompromisy, chcąc, aby film trafił do szerokiej publiczności. Długo szukano następcy. Przewijały się różne nazwiska, zmieniali scenarzyści i producenci, aż przed dwoma laty stanęło na Ramim Maleku. Ten może i o Queen, jak sam przyznawał, zbytniego pojęcia nie miał, lecz do roli frontmana grupy wydawał się pasować idealnie. Część piosenek zaśpiewał sam, część przeniesiono z oryginalnych nagrań, część dograł kanadyjski muzyk Marc Martel, obdarzony głosem przypominającym ten Mercury’ego. Na tym jednak kłopoty się nie skończyły, bo reżyser Bryan Singer przestał przychodzić na plan, po części żaląc się na kłopoty osobiste, po części speszony oskarżeniami o molestowanie seksualne, które wypłynęły po latach, a po części zmęczony ciągłymi kłótniami z ekipą. Zdjęcia dokończył za niego bardziej znany jako aktor niż reżyser Dexter Fletcher. Mimo że zainteresowanie filmem, mierząc je wyświetleniami trailera na YouTubie, nie jest małe, reakcje nań pozytywne, a „Bohemian Rhapsody” nie ma zbyt mocnej konkurencji repertuarowej, szacunki finansowe są ostrożne. Z drugiej strony pamiętajmy, że Amerykanie pokochali Queen dopiero po śmierci Mercury’ego.

Mówiąc o Queen, zwykle pomija się tych, którzy stali na scenie obok Mercury’ego, ale czy można krytykować statystycznego słuchacza za skojarzenie sukcesu zespołu z najwyrazistszym jego elementem? Przecież urodzony na Zanzibarze muzyk, emanując dionizyjską energią, porywał tłumy. Kurt Cobain, dzieląc się z najbliższymi swoimi ostatnimi słowami przed śmiercią, pisał o podziwie i zazdrości wobec Mercury’ego, który z autentyczną radością przyjmuje afirmację zgromadzonej na koncertach publiczności.

Dlatego doświadczanie Queen wydaje się niepełne bez obejrzenia choćby jednego zarejestrowanego występu z tym geniuszem scenicznego performance’u. Co prawda niby dalej można się załapać na grających na żywo Maya i Taylora, którzy po 20 latach przerwy zaczęli koncertować pod starym szyldem (z początku z Paulem Rodgersem przy mikrofonie, potem z Adamem Lambertem), lecz mimo że dysponują imponującą scenografią, a repertuar nadal brzmi znakomicie, jest to zaledwie substytut oryginalnego Queen, rodzaj hołdu oddanemu tamtemu zespołowi. Sukces tego swoistego comebacku, fakt, że napisany przez band do spółki z Benem Eltonem musical „We Will Rock You” grany był na londyńskim West Endzie aż 12 lat oraz obecność kompozycji brytyjskiego kwartetu praktycznie w każdej grze muzycznej przeznaczonej na komputery i konsole, łącznie z popularnym „Guitar Hero”, zdaje się dowodzić, że nadal jest na utwory Mercury’ego, Maya, Taylora i Johna Deacona niesłabnące, międzypokoleniowe zapotrzebowanie. To dobrze rokuje popularności „Bohemian Rhapsody”.

Show musi trwać

Jeśli jednak obraz nie zdobędzie serc publiczności, to chyba głównie z winy Briana Maya. O ile można zrozumieć jego chęć nadzorowania prac, wynikającą z lojalności wobec zmarłego przyjaciela, o tyle może ona dziełu filmowemu zaszkodzić z przyczyn oczywistych. Zwiastuny zrodziły bowiem obawy, że uładzono burzliwą biografię Mercury’ego, któremu nieobcy był przecież intensywny, klubowo-nocny tryb życia, że zbagatelizowano jego homoseksualizm, a zaakcentowano związki z kobietami. Należy jednak zaznaczyć, że trailery potrafią być zwodnicze i nierzadko montuje się je zachowawczo, aby zwabić ludzi do kin. Muzyk co prawda nigdy otwarcie nie rozmawiał o swojej orientacji – może wynika to z kwestii kulturowych; stosunki homoseksualne Brytyjczycy depenalizowali dopiero kilka lat przed powstaniem Queen – lecz i się z nią nie krył, był bowiem scenicznym zwierzęciem i występując na żywo, manifestował całego siebie, swoją ekstrawertyczną stronę. Za kulisami Mercury, jak zresztą sam przyznawał, nadal pozostawał zamkniętym Farrokhiem Bulsarą.

Niewykluczone, że w jakiejś mierze to z jego strony kokieteria. Tych, którzy dopiero zgłębiają historię zespołu, lecz znają brawurowe występy Mercury’ego i spółki oraz ponadczasowe utwory, którymi dałoby się wypełnić całodzienną ramówkę stacji radiowej, może zdziwić, że Queen nie od razu osiągnął sukces. Debiutancki album z 1973 r., choć dobrze przyjęty przez krytykę, został praktycznie zignorowany przez słuchaczy. Drugi, wydany rok później, odwrotnie – trafił na listy przebojów, ale recenzenci kręcili nosem. Jednak jeszcze w tym samym roku Queen poznał smak międzynarodowego sukcesu za sprawą płyty „Sheer Heart Attack”, na której śmiało eksperymentował, ciążąc ku stylowi, który miał rozsławić grupę. Rockmani szli za ciosem.

Szybko zarejestrowano kolejny album, „A Night at the Opera” (1975), z przebojowym singlem „Bohemian Rhapsody”, który przez ponad dwa miesiące okupował pierwsze miejsce na brytyjskich listach. Do piosenki nakręcono również teledysk, co było jak na owe czasy zabiegiem nowatorskim. Rzecz jasna realizowano już promocyjne klipy, ale nie tak złożone i przemyślane. Podczas trasy promocyjnej następnej płyty, „A Day at the Races” (1976), muzycy wyprzedawali największe hale, a koncert w londyńskim Hyde Parku zagrali dla rekordowej na owe czasy publiki, 150 tys. osób. Mniej więcej w tym samym czasie Mercury wyznał długoletniej partnerce Mary Austin, że jest gejem. Rozeszli się, ale pozostali ze sobą blisko, a muzyk uważał ją za jedyną prawdziwą przyjaciółkę.

To Austin zostawił po śmierci ogromną część swojego majątku. Do końca dekady Queen odnosił sukces za sukcesem, a swoistymi sztandarami owego triumfu były takie single jak „Somebody to Love”, „We Will Rock You”, „We Are the Champions” czy „Bicycle Race”. U progu lat 80., wraz z płytą „The Game” zespół wkroczył w fazę kolejnych muzycznych eksperymentów, tym razem z syntezatorami. Kolejne albumy – „Hot Space”, „The Works” z singlowym „Radio Ga Ga” oraz „Some Kind of Magic” z muzyką skomponowaną do filmu „Nieśmiertelny” – natychmiast pokrywały się złotem i platyną. Queen z hal i klubów przeniósł się na stadiony; zagrał praktycznie na całym świecie, od Brazylii po Australię. Rok 1986 miał być dla Mercury’ego ostatnim w trasie.

Artysta nie przestał jednak pracować. Choć plotki o wyniszczającej go chorobie krążyły od jakiegoś czasu, on sam tłumaczył się zmęczeniem. Coraz bardziej osłabiony przez AIDS, nagrał wraz z zespołem płyty „The Miracle” (1989) i „Innuendo” (1991), trwając w studiu mimo wyczerpania. May obawiał się, czy jego przyjaciel będzie mógł śpiewać, ale ten tylko prosił o kolejne piosenki. Gdy rejestrowano ostatni singiel zespołu, „Show Must Go On”, Mercury ledwie mógł chodzić o własnych siłach. Do choroby przyznał się dzień przed śmiercią, 23 listopada 1991 r. Wydany cztery lata później album „Made in Heaven” z ostatnimi wokalami Mercury’ego sprzedano w 20 mln egzemplarzy. Czy „Bohemian Rhapsody” odkryje Queen dla nowego pokolenia? Niewykluczone, bo choć to jedynie hollywoodzka opowieść o brytyjskim zespole, innej pewnie prędko nie zobaczymy. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 44/2018
Więcej możesz przeczytać w 44/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0