Gorące christmasy

Gorące christmasy

Podniosły nastrój? Choinka i prezenty? Śnieżek prószy, zimowa sielanka? Nic bardziej mylnego – większość wielkich świątecznych hitów powstaje… w wakacje.

Sierpień 1984 r. należał w Londynie do tych bardziej gorących. Gorąco było też między muzykami jednego z najbardziej znanych duetów pop – Wham! Muzycy rzadko już ze sobą pracowali, choć formalnie zespół cały czas istniał. Mniej znany członek zespołu – Andrew Ridgeley – do Advision Studios, gdzie trwały nagrania, zaglądał bardzo rzadko.

Tam zainstalowani byli George Michael oraz pracownik studia, inżynier dźwięku, Chris Porter. Cel był jeden: nagrać świąteczny megahit. Jak wspominali Porter i Michael, praca była udręką. Upał, niedziałająca klimatyzacja, a jednocześnie konieczność stworzenia nagrania, które ma towarzyszyć ludziom podczas świąt. W „Last Christmas” George Michael sam zagrał na wszystkich instrumentach, pracował przy tym w szybkim tempie, bez ustanku. Chris Porter mówił, że mimo świątecznego nastroju po studiu biegali w samych szortach, a woda mineralna była pita litrami. Kiedy doszło do nagrywania wokali, muzyk był wycieńczony. To, co dziś wiele osób ocenia jako wejście w emocje i śpiewanie o uczuciach z bólem, było prawdziwym bólem – tyle że fizycznym, objawem skrajnego zmęczenia.

Choinka pod palmą

O tym, że nagrywanie piosenek świątecznych to nie bajka, przekonują się wszyscy, którzy tego zadania się podjęli. Mało kto miał okazję nagry-wać płytę w okresie okołoświątecznym, by potem aż rok czekać na jej premierę. Zazwyczaj dzieje się to w ok olicach wakacji. Z podobną męką jak zespół Wham! mierzyli się liczni. – To było we wrześniu, przy 30-stopniowym upale – tak Tomek Szczepanik z zespołu Pectus pamięta czas, kiedy braterska grupa rejestrowała płytę z kolędami. Muzyk nie kłamie: jak może pamiętacie, początek jesieni w 2016 r. był bardzo gorący. – By wejść w klimat, przykleiliśmy drzewko i zapaliliśmy światełka, które wprowadziły nas w świąteczny nastrój – opowiada Szczepanik. O podobnych problemach opowiadał Janusz Panasewicz, który pracę nad płytą z rockowymi pastorałkami „Zimowe graffiti 2” wspominał w jednym z wywiadów następująco: – Byłem na wakacjach w Jastarni z moimi dzieciakami, które pływają na windsurfingu. Wyobraź to sobie – lipiec, fajna pogoda, one pływają, a ja tu dostaję materiał z informacją, że wydamy to w tym roku. Trzeba było usiąść i napisać. Na początku nie wiedziałem, jak się skupić, jak się za to wziąć… I o czym napisać, zwłaszcza że przypomniałem sobie pierwszą płytę i zastanowiłem się, ile jest takich tematów, które można śpiewać, żeby to nie stało się banalne. Mikołaj, gwiazdka, jakieś prezenty?

Znalazłem więc inny klucz – to, o czym się rozmawia poza choinką, skąd się to bierze, jakie są refleksje. W podobnych okolicznościach powstała też piosenka, którą uznaje się za bożonarodzeniowy numer jeden wszech czasów, czyli „White Christmas”. W 1940 r. jej twórca, Irving Berlin, przebywał na wakacjach w słonecznym La Quinta w Kalifornii. Berlin miał zadzwonić do swego sekretarza i powiedzieć: „Bierz pióro i notuj, właśnie napisałem najlepszą piosenkę, jaką kiedykolwiek ktokolwiek napisał”. Jej premiera miała miejsce w grudniu 1941 r. podczas nadawanej na żywo audycji radiowej, a nazwisko solisty ginie w pomroce dziejów. Ale już klasyczna wersja, zaśpiewana przez Binga Crosby’ego i Marthę Mears, została zarejestrowana w maju rok później. Na płycie ukazała się w… wakacje, jako część ścieżki dźwiękowej do filmu „Holiday Inn”. I kiedy wydawało się, że jak setki innych przejdzie niezauważona, radio nieśmiało zaczęło graćją już jesienią. Z końcem października „White Christmas” zdobyło szczyt listy bestsellerów. Do dziś sprzedano ponad 50 mln kopii samego singla. A gdyby policzyć wszystkie składanki, na których się pojawiła i wszystkie covery, to okazałoby się, że na płycie ma ją ponad 650 mln ludzi.

Hit w kwadrans

W Stanach każdy artysta chce mieć na koncie album świąteczny. Niekt órzy nagrywają tego typu płytę w ciągu dekady nawet dwukrotnie. „All I Want for Christmas Is You” Mariah Carey oraz Walter Afanasieff pisali w sierpniu 1994 r. Nie spodziewali się wielkiego sukcesu – kiedy zgłosili się do wytwórni, Afanasieff miał powiedzieć: „Nagrywamy album świąteczny, to nie będzie nic wielkiego”. Według jego relacji samo stworzenie piosenki zajęło im niewiele więcej niż 15 minut. Miała to być zwykła melodia, która dobrze zabrzmi na każdej świątecznej imprezie. Wyszedł największy amerykański hit od czasów „White Christmas”. I co ciekawe, płyta z tym nagraniem – „Merry Christmas” – nigdy nie dotarła na szczyt najlepiej sprzedawanych albumów w Ameryce.

Musiała uznać wyższość kolejno „Miracles” Kenny G. oraz „Vitalogy” Pearl Jam. Nie zmienia to tego, że sama piosenka w Stanach jest od 1994 r. najczęściej granym utworem w okresie świątecznym. I pewnie długo się to nie zmieni. Podobne podejście – stworzenie muzyki świątecznej, ale do zabawy – miało też wielu innych twórców. Ania Rusowicz nagrała bigbitowe pastorałki, bo jak mówiła, chciała mieć płytę, przy której mogłaby zorganizować świąteczną imprezę ze znajomymi. Mając dość tradycyjnych kolęd i dzwoneczkowych klimatów, nagrała album „RetroNarodzenie”, którego życie może być nieco dłuższe niż tyko sam czas świąt. Zabawa to jedno, ale czasem piosenka świąteczna ma za zadanie… pomóc. W wakacje, a jakże, 1933 r. miał według legendy powstać inny wielki przebój. To był koniec wielkiego kryzysu, a w muzyce dostrzeżono właściwości terapeutyczne, przy czym pacjentem były całe społeczeństwa. Na pohybel pesymistom Haven Gillespie napisał „Santa Claus Is Comin’ to Town” o tym, by otrzeć łzy i rozejrzeć się, bo do miasta zmierza Święty Mikołaj. Rozejrzyjcie się i wy.

Okładka tygodnika WPROST: 51/2018
Więcej możesz przeczytać w 51/2018 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0