Wszystkie plagi PiS-owskie

Wszystkie plagi PiS-owskie

Prezes NBP Adam Glapiński
Prezes NBP Adam Glapiński / Źródło: Newspix.pl / Maciej Goclon / Fotonews
Pomysły na zmianę premiera, niewiara w wygraną, wewnętrzne wojny – to plagi, które spadły na PiS już na początku 2019 r. Roku, w którym zostanie ukształtowana scena polityczna na następne cztery lata.

Obóz rządzący ma doskonałą sytuację gospodarczą i budżetową, nastroje w społeczeństwie są bardzo dobre, na dodatek Polacy – jak wynika z sondaży – boją się dojścia opozycji do władzy. Czy w tej sytuacji można przegrać wybory? Tak! Wiele osób pamięta słynną wypowiedź Adama Michnika, redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” z 2015 r., że prezydent Bronisław Komorowski musiałby przejechać na pasach zakonnicę w ciąży, żeby przegrać walkę o reelekcję. Po ostatnich wydarzeniach w Zjednoczonej Prawicy można odnieść wrażenie, że obóz rządzący gorączkowo szuka własnej zakonnicy do przejechania.

Minister, który wkurza

Jeżeli miarą skuteczności partii jest umiejętność wprowadzania tematów do debaty publicznej, to PiS od grudniowej konwencji nie zdołało narzucić pozytywnego przekazu. Owszem, konwencja z myślą przewodnią o Polsce jako bijącym sercu Europy była dobrym pomysłem na Boże Narodzenie (niektórzy spece od marketingu politycznego uważają, że to, o czym Polacy rozmawiają przy świątecznych stołach, przekłada się na ich wybory przy urnach). – Ale stratedzy PiS zachowali się tak, jakby wystarczyło wygrać święta, a po nich już nic nie było – mówi nasz rozmówca związany z PiS. Za to od Nowego Roku partia rządząca musi gasić pożary, które sama wznieca. Jako pierwsza zelektryzowała opinię publiczną nominacja Adama Andruszkiewicza, byłego lidera Młodzieży Wszechpolskiej, na wiceministra cyfryzacji.

en były poseł Kukiz’15, rocznik 1990, a więc człowiek dość młody, słynie z ostrych poglądów na homoseksualizm, feminizm czy zgniły Zachód, przez co węgierski think tank uznał go za polityka wzmacniającego rosyjski przekaz w Polsce. Zasłynął też zagadkowymi interpelacjami, m.in. w sprawie nazw pociągów, które uznał za propagujące komunizm i okultyzm. Za tę nominację w pierwszych dniach 2019 r. na obóz rządzący spadła huraganowa krytyka. Tymczasem do dzisiaj nie doczekaliśmy się sensownego jej wytłumaczenia. Nikt się też nie przyznaje do zainspirowania premiera tym pomysłem. – Nie rozumiem tego – mówi nasz rozmówca. – Chowamy Krystynę Pawłowicz, która jest kontrowersyjna, ale na pewno szanowana przez naszych wyborców, a bierzemy do rządu ministra, który wszystkich wkurza, i przez niego stajemy się łatwym celem. Inny z naszych rozmówców twierdzi, że Andruszkiewicz nie był pomysłem Morawieckiego, tylko prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. – Szef PiS poważnie wystraszył się możliwością powołania zjednoczonego bloku narodowego z Markiem Jakubiakiem i Januszem Korwin-Mikkem – mówi. – Jeżeli taka formacja powstanie, to będzie podejmowała tematy bardzo niewygodne dla PiS, czyli kwestie imigrantów, aborcji czy „złej” Unii Europejskiej. Wzięcie Andruszkiewicza do rządu ma przekonać opinię publiczną, że dla wyborców o skrajnie prawicowych poglądach PiS też ma ofertę. Bardzo możliwe, że taka właśnie kalkulacja towarzyszyła nominacji Andruszkiewicza. Niedawne podpisanie umowy między państwową Polską Grupą Energetyczną a ojcem Tadeuszem Rydzykiem na budowę elektrowni geotermalnej również jest interpretowane jako zabezpieczenie przed poparciem przez wpływowego redemptorystę nowej formacji powstającej na prawo od PiS.

Prezes i panny

Sierotą okazał się też projekt zmian w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Pojawił się na oficjalnych stronach rządowych, wywołał burzę i zniknął, bo tym razem premier błyskawicznie ogłosił, że w jego rządzie takich zmian się nie planuje. – Współpracownicy szefa rządu przysięgają, że nie miał on o tym projekcie pojęcia – mówi polityk opozycji. – Ale już szefowa resortu rodziny i polityki społecznej Elżbieta Rafalska musiała dać przyzwolenie na wypuszczenie tego dokumentu z ministerstwa. Nikt jednak nie przyznał się do autorstwa przepisu stwierdzającego, że jednorazowy akt przemocy nie jest przemocą.

Odpowiedzialność wzięła na siebie wiceminister rodziny, która została w ubiegłym tygodniu zdymisjonowana. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że była tylko kozłem ofiarnym, choć jeden z polityków PiS uważa, iż ten drugi kryzys był po prostu efektem bałaganu, nad którym nikt nie panuje. Trzeci kryzys, który spadł na obóz rządzący z początkiem roku i ciągle zaprząta uwagę opinii publicznej, to zarobki współpracowniczek prezesa NBP. Problem tym trudniejszy do rozwiązania, że Zjednoczona Prawica nie ma dziś wpływu na Adama Glapińskiego, a ten ma w nosie fakt, że opinia publiczna nie akceptuje kominów płacowych w instytucjach obsadzanych przez większość rządzącą. – Jedynym racjonalnym wyjściem z tej sytuacji będzie przyjęcie ustawy, która określi górną granicę, określi pełną transparentność i jawność zarobków osoby zajmującej stanowisko w kadrach kierowniczych NBP – mówi senator Jan Maria Jackowski, który wystosował dwie interpelacje do prezesa NBP z żądaniem ujawnienia pensji dwóch pań, które stale mu towarzyszą: szefowej jego gabinetu i dyrektorce departamentu komunikacji i promocji NBP. – Nasz obóz polityczny podobnie jak ja ocenia tę sprawę – mówi Jackowski, nie kryjąc, że od sposobu rozwiązania tego kryzysu będzie wiele zależało. – Nasi wyborcy są szczególnie uwrażliwieni na te sprawy, a deklaracje kierownictwa partii jeszcze w czasie kampanii zapowiadają skromne państwo – zapewnia senator PiS.

Widmo defetyzmu

Nic dziwnego, że wśród działaczy Zjednoczonej Prawicy zapanowały defetystyczne nastroje. – Urzędnicy średniego szczebla w spółkach Skarbu Państwa, dyrektorzy departamentów, wszyscy mówią, że to jest ostatni rok rządów, i już martwią się, że utracą atrakcyjne apanaże – mówi polityk związany z PiS.

Inny z naszych rozmówców potwierdza tę obserwację. – Odnoszę wrażenie, że w partii bardzo widoczne są dwa rodzaje emocji. Pierwszy, że wszyscy walczą ze wszystkimi i że „tak źle to jeszcze nie było”. Drugi – że wyborów parlamentarnych nie wygramy – przyznaje polityk z kręgów rządowych. Tymczasem z badań wynika, że PiS nie powinnien się martwić. Z sondażu CBOS zaprezentowanegopod koniec grudnia 2018 r. wynika, że ponad 61 proc. wyborców jest zadowolonych, bo coś im się udało w mijającym roku. 60 proc. ankietowanych uznało, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku, a więc nastroje społeczne są dobre. Z kolei z sondażu IBRiS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej” wynika, że Polacy boją się dojścia do władzy opozycji. 56 proc. respondentów martwi się, że zlikwiduje ona program 500 plus, czyli świadczenie na dzieci, a 55 proc. obawia się podwyższenia wieku emerytalnego. Opozycji, która przecież podwyższyła wiek emerytalny, nie będzie łatwo przekonać wyborców, że te lęki są bezzasadne. Pozycja wyjściowa dla PiS jest więc znakomita.

Rzecz w tym, że oprócz błędów, które Zjednoczona Prawica popełnia w ostatnich tygodniach, są jeszcze owe dwie emocje, o których wspomniał nasz rozmówca z kręgów rządowych. – Defetyzm jest bardzo trudny do przełamania w kampanii i może być pierwszym krokiem ku przegranym wyborom – mówi polityk związany z PiS. Jego zdaniem obóz Zjednoczonej Prawicy będzie miał w nadchodzącej kampanii również inne problemy, które ten defetyzm umocnią. Po pierwsze – niezdolność do opanowania małych aferek, które zawsze wybuchają w partii rządzącej, po drugie – powstanie kilku centrów decyzyjnych na wybory. – To właśnie pogrążyło PO w 2015 r. Platforma miała kilka centrów decyzyjnych i zanim coś uzgodniła, myśmy byli o kilka kroków do przodu – mówi nasz rozmówca. Jego zdaniem trzeci problem, który się pojawi, to niechęć do podejmowania ryzykownych decyzji przy dobrych sondażach. – W takiej sytuacji pojawia się naturalny odruch niewychylania się, żeby tylko dowieźć wynik sondażowy do dnia wyborów, a przecież wiadomo, że kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije – stwierdza sentencjonalnie polityk związany z PiS.

Wojna wszystkich ze wszystkimi

To jest jeden z największych problemów Zjednoczonej Prawicy. Każdy błąd, który pojawia się po stronie obozu rządzącego, jest natychmiast przypisywany którejś frakcji. I tak zmiany w ustawie o przemocy domowej przez część polityków PiS zostały przypisane Zbigniewowi Ziobrze, który od dawna jest oskarżany, że w podstępny sposób zwalcza Mateusza Morawieckiego. Uderzeniem w premiera miały więc być ustawa o IPN, wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o pytania prejudycjalne, a teraz zmiany w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Inna grupa w PiS z kolei oskarża otoczenie Mateusza Morawieckiego o wywoływanie wojny z Adamem Glapińskim, prezesem NBP. – Zakon PC jest przekonany, że akcję przeciwko Glapińskiemu, prezesowi NBP, zmontowało otoczenie premiera, żeby zdobyć wpływ na NBP – mówi nasz rozmówca z PiS. – W towarzyskich rozmowach mówią: „Zobacz, ilu ludzi powsadzał Mateusz do instytucji finansowych, a nasi nic nie dostali”. Według naszego rozmówcy stara gwardia Kaczyńskiego jest poirytowana, że po latach pracy w partii oni są tylko posłami, sekretarzami czy podsekretarzami w rządzie, a on, Morawiecki, w końcu ciało obce, został premierem.

– Dopóki był ministrem finansów, tak bardzo im nie przeszkadzał, ale gdy przerósł ich wszystkich, to jest solą w oku – mówi. Rzeczywiście to, co opowiadają dziennikarzom o premierze jego koledzy z partii (bo przecież Morawiecki jest już członkiem PiS), jest tak brutalne, że aż zaskakuje. W PiS można usłyszeć, że premier nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bo wynik wyborów samorządowych był gorszy od oczekiwań, że nie udało się pozyskać centrowego wyborcy, nie poprawiły się relacje z Unią Europejską, co gorsza, Polska musiała ugiąć się pod naciskiem instytucji europejskich i częściowo wycofać ze zmian w systemie sądownictwa. Gdyby ktoś potrafił spełnić te oczekiwania, to prawdopodobnie byłby cudotwórcą, ale tego krytycy szefa rządu nie przyjmują do wiadomości.

Krzywi się na niego frakcja Beaty Szydło, która zaczęła lansować tezę, iż powinno dojść do wymiany na stanowisku premiera, a najlepszym kandydatem na nowego szefa rządu jest Stanisław Karczewski, obecny marszałek Senatu. Jest też w PiS frakcja, która nieustannie namawia Jarosława Kaczyńskiego, żeby wziął stery rządu we własne ręce. Mateusz Morawiecki musi więc być przygotowany na ataki ze wszystkich stron. Walka frakcyjna sprawia, iż poza Kaczyńskim nie ma w partii żadnego innego polityka cieszącego się powszechnym poważaniem. Nikt nikogo nie szanuje, o kolegach z konkurencyjnej frakcji mówi się wyłącznie źle i atakuje bez pardonu. Patryk Jaki, niedoszły prezydent Warszawy (przegrał walkę już w pierwszej turze), wyraził ostatnio żal, że wicemarszałek Senatu Adam Bielan i szef rządowego Centrum Analiz Strategicznych Waldemar Paruch zaraz po wyborach krytykowali jego kandydaturę i przegrane wybory. Stwierdził, że inne partie tak się nie zachowują, a w PO takie wypowiedzi byłyby niemożliwe.

Po chwili dodał, że zachowanie wymienionych polityków, kolegów ze Zjednoczonej Prawicy, było „ohydne i obrzydliwe”. A więc przyganiał kocioł garnkowi. Powszechną praktyką jest też narzekanie, że Zjednoczonej Prawicy brakuje w roku wyborczym projektów na miarę 500 plus, a bez tego wygrana jest niemożliwa. Jan Maria Jackowski uważa jednak, że ciekawe propozycje się pojawią. – Miały być ogłoszone już w grudniu, ale widocznie premier uznał, że to za wcześnie. Propozycje mają dotyczyć klasy średniej i zmniejszenia podatków, bo polityka solidarności, wyrównywanie szans na rozwój, dotyczy różnych grup społecznych – przekonuje senator. Również nasz rozmówca z rządu uważa, że rozmaite pomysły będą i proponowane, i realizowane. – Sądząc po tym, ile pieniędzy w budżecie jest zarezerwowanych na ten rok, to wyborcy będą mieli powody do zadowolenia – słyszymy. A więc wpadki i problemy będą przynajmniej częściowo kamuflowane pieniędzmi. Może to coś da. Pewne jest jednak, że jeżeli Zjednoczona Prawica, zamiast narzucać tematy w kampanii, będzie zmuszona do gaszenia pożarów, to daleko nie zajedzie.

Okładka tygodnika WPROST: 3/2019
Więcej możesz przeczytać w 3/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0