Depresja twardziela

Depresja twardziela

Mamed Chalidow
Któregoś dnia po prostu fatalnie się poczułem. I już tak zostało. Z dnia na dzień, w zasadzie w ciągu sekundy, coś się przełączyło i świat zmienił swoje oblicze – mówi Mamed Chalidow, międzynarodowy mistrz KSW.

Rozmawialiście z synami, że tata może czuć się gorzej? Staraliście się im jakoś pańską depresję tłumaczyć?

Jeden syn ma pięć lat, drugi 11. To bardzo mądrzy chłopcy. Któregoś dnia młodszy syn sam stwierdził, że „tata chyba źle się czuje”. Widzą to, na pewno zauważyli. Ale jakoś specjalnie nie rozmawialiśmy. Gdy zacząłem chorować, byli za mali.

Od kiedy pan choruje?

Od czterech lat.

Co oznacza to „źle się czuje”?

Kładę się i leżę. Potrzebuję kilku godzin, by „wyleżeć” ten stan. Najważniejsze było to, żeby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nauczyć się rozpoznawać i reagować. Teraz wiem, że kiedy pogarsza mi się nastrój, to może potrwać. Wtedy pozwalam biec swoim myślom, relaksuję się.

Jak trudna jest walka z własną głową, psychiką, gdy w domu są dzieci, których nie chce się obarczać problemami?

Chłopcy wiedzą, że wtedy trzeba tacie dać spokój, nie można mu przeszkadzać przez jakiś czas. Ale naprawdę się staram, by dzieci nie odczuwały, że dzieje się ze mną coś złego. Czasem nawet myślę, że ta choroba była mi potrzebna.

Naprawdę?

Tak. Dziś inaczej traktuję pewne problemy. Zmieniły mi się priorytety. Nie przejmuję się bzdurami. Liczą się zdrowie, rodzina, a dopiero później inne rzeczy. Przestałem z muchy robić słonia.

To przeczekanie, „przeleżenie” gorszego momentu wystarcza?

Przyjmuję też leki, takie delikatne. Ale one tylko pomagają w dochodzeniu do siebie. Oprócz nich cały czas trzeba robić porządek z głową.

Chodzi pan na terapię?

Nie. Myślę, że najbardziej pomaga mi właśnie rodzina. W tej chorobie spędzam więcej czasu z dziećmi, z najbliższymi. Kiedy masz takie szczęście, że są bliscy wokół ciebie, że masz dzieci, żonę, fajną rodzinę, to jest najlepsze lekarstwo.

Jak depresja dała o sobie znać po raz pierwszy?

Przez lata zdawałem sobie sprawę z tego, że mam nerwicę. Od czasu do czasu, raz na pół roku, raz na rok, miałem atak paniki. Trwało to ok. pół godziny i przechodziło. Dopiero w 2015 r., gdy w czasie przygotowań do walki doznałem kontuzji kręgosłupa i musiałem się poddać operacji, poczułem, jak zagrożona jest moja kariera. Dla czynnego sportowca konieczność przerwania treningów, widmo końca kariery z powodu kontuzji okazało się ogromnym obciążeniem psychicznym. Zbyt dużym. Przechodziłem co prawda rehabilitację, ale jednocześnie wątpiłem w swój powrót do sportu. Któregoś dnia po prostu fatalnie się poczułem. I już tak zostało. Z dnia na dzień, w zasadzie w ciągu sekundy, coś się przełączyło i świat zmienił oblicze.

Pańscy bliscy od razu to zauważyli?

To było widoczne. Jestem wesołym człowiekiem, non stop się śmieję, żartuję. A tu raptem zacząłem przemykać po domu jak cień. Żona już wcześniej podejrzewała, że coś złego może się dziać. Sugerowała, że muszę uspokoić głowę, wyciszyć się. Wiedziała, co to może być. Moja teściowa przepracowała ponad 35 lat w szpitalu psychiatrycznym. Była pielęgniarką i niejedno tam widziała. Nawet żartuję sobie, że ona po moich oczach poznała, że mam depresję. Powiedziała żonie, byśmy na nic nie czekali, tylko szukali pomocy. Bo problem, jej zdaniem, był duży.

Wtedy trafił pan do psychiatry?

Nie mogłem się z tym pogodzić przez jakiś czas, prawie miesiąc. Zastanawiałem się, jak to jest możliwe, że mnie, twardziela, coś takiego spotkało. Myślałem, że dam sobie radę sam. Ale w końcu poszedłem do lekarza.

Leki, które panu przepisano, całkowicie wyciszyły stany depresyjne? Czy czasem się jeszcze odzywają?

Na początku cały czas mnie „łapało”. Teraz coraz rzadziej. Czuję się dobrze.

Jak środowisko zareagowało na pańskie wyznanie, że leczy się pan u psychiatry?

Tak naprawdę to nie wiem. Nie rozmawiałem z nimi na ten temat, nie pytałem o reakcje. Kilku kolegów powiedziało mi tylko, że też miewają takie stany.

Wciąż rzadko się zdarza, że sportowcy o tym mówią.

Nie tylko sportowcy nie mówią. Ludzie ukrywają chorobę. Nie wiem czemu. Zwłaszcza że tylu się z tym zmaga. Ale ja myślę, że trzeba o depresji mówić. Niektórzy nie dają sobie rady, bo źle do niej podchodzą. Właśnie dlatego warto rozmawiać. Nawet mnie wspomogło wiele osób, które przechodziły to, co ja. Powiedzieli, że chorobę trzeba przyjąć, nie walczyć z nią, ale zmienić nastawienie, wyciszyć się.

Zdarzały się sytuacje, że ktoś panu nie dowierzał? Mówił „ogarnij się, stary, nic się nie dzieje, nic ci nie jest”?

Niektórzy się dziwili. Bo jak facet, który wchodzi do klatki i się bije, może mieć depresję? Dopóki mnie nie spotkała choroba, też tego nie rozumiałem. Depresję naprawdę trudno zrozumieć komuś, kto się o nią choćby nie otarł.

Miewał pan myśli samobójcze?

Jestem muzułmaninem i dla mnie samobójstwo to prosta droga do potępienia. Nie myślałem o tym, żeby coś sobie zrobić, właśnie z powodów religijnych. Wolę się męczyć i w męczarniach umrzeć, niż odebrać sobie życie. Ale brak chęci do życia jest normalny w tym stanie. Takie myślenie o beznadziei. O tym, że wolałbym, by mnie nie było, skoro moje życie ma już tylko tak wyglądać.

Bliscy z Czeczenii wspierają pana w chorobie? Jak na Kaukazie traktowany jest temat depresji?

Czeczeni za bardzo tego nie rozumieją. Jeśli chodzi o te sprawy, są odrobinę zacofani. Niechętnie chodzą do specjalisty, nawet gdy mają problemy. Na szczęście i ojciec, i siostry zawsze są obok mnie. Choć wiem, że dla starszej siostry to było straszne przeżycie, gdy zobaczyła mnie bez dawnej radości, dystansu, poczucia humoru.

Szczepanowi Twardochowi w wywiadzie rzece pt. „Lepiej, byś tam umarł” powiedział pan, że każde wyjście do walki to stres, a ten się odkłada. Do tego dochodzi strach w czasie walki, a potem strach o utrzymanie się na szczycie. Obwinia pan sport o depresję?

Nie. Przyczyny są inne. W stresie żyłem przez wiele lat. Najpierw dzieciństwo i wojna w Czeczenii, potem przyjazd do Polski, zostawienie tam rodziny, całkowita zmiana otoczenia. Choć skończyłem studia, musiałem się zająć sportem, zmienić nastawienie. Potem doszły walki. Ten cały stres i strach. W słabszym momencie, po operacji, w końcu to wszystko mnie złamało. Choć przecież i tak przez lata jak na człowieka po takich przejściach dobrze się trzymałem.

Po ostatniej przegranej walce ogłosił pan koniec kariery. Choroba miała wpływ na tę decyzję?

Oczywiście. Od czasu do czasu problemy wracają. Nerwice przypominają o sobie. Trzy, cztery godziny przed ostatnią walką znów „to” zaczęło mi wchodzić do głowy. Mogłem dać z siebie tylko 50 proc. Póki nie dojdę całkowicie do siebie, nie będę walczył. Nie mogę ryzykować.

Czyli nie mówi pan, że to definitywny koniec?

Nie mam głodu, żeby wracać. To nie jest tak, że podjąłem decyzję i teraz, po kilku tygodniach, jej żałuję. Trenuję cały czas, dla siebie. Z tego na pewno nie zrezygnuję. I staram się szukać nowych kierunków w życiu. Zagrałem w filmie („Underdog” – red.), ale to nie jest tak, że chcę być aktorem. A na pewno nie chcę grywać osiłka, który się tylko napina.

Okładka tygodnika WPROST: 5/2019
Więcej możesz przeczytać w 5/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0