Oscary na miarę nowej generacji

Oscary na miarę nowej generacji

Bradley Cooper i Lady Gaga
Bradley Cooper i Lady Gaga / Źródło: YouTube
W nocy z niedzieli na poniedziałek po raz 91. rozdano Oscary. Niegdyś były one barometrem panujących w Ameryce nastrojów i wskazywały kinu kierunek. Dzisiaj próbują nadążyć za zmieniającym się światem.

Pozornie wszystko jest po staremu. W Dolby Theatre przygotowano kilkugodzinną galę, kolorowa prasa rozkręciła targowisko próżności, a studia wydały po 20, 30 mln na kampanie swoich produkcji. Za sznurki zaś ciągnęła telewizja i jej wyniki oglądalności. Z myślą o nich Akademia podjęła dwie kontrowersyjne decyzje. Organizatorzy chcieli wręczać cztery statuetki (m. in. za najlepsze zdjęcia i montaż, czyli elementy będące esencją sztuki filmowej) w czasie przerw reklamowych oraz, wbrew tradycji, zaproponować występ tylko części artystów rywalizujących o nagrodę za najlepszą filmową piosenkę.

Dopiero presja środowiska zmusiła ich do rezygnacji z planów. Jak zawsze wśród nominowanych filmów nie zabrakło biografii, a szczególnymi względami cieszyli się aktorzy, którzy poddali się transformacji: Christian Bale przytył do roli w „Vice” 20 kg, a Melissa McCarthy w „Can You Forgive Me?” zmieniła się w zaniedbaną abnegatkę. Cóż, wzgórza Beverly Hills nie są miejscem podatnym na rewolucję. Ale już na ewolucję tak, a ostatnio następuje ona coraz szybciej. Hollywood zdaje sobie sprawę, że w czasach niepewności i rosnących napięć nie może być tylko fabryką snów. Zaczyna obserwować zjawiska, które widzom nie pozwalają spokojnie zasnąć.

Okno na świat

Akademicy otworzyli okno na świat. Oscary nie są już wyłącznie apoteozą amerykańskiej wizji szczęścia i wzajemnym poklepywaniem się producentów po plecach. Do nominowanych filmów wdarł się kawałek rzeczywistości, a wśród honorowanych twórców, obok gwiazd i najbardziej znanych w Stanach reżyserów, stanęli autorzy z zagranicy, uważnie dokumentujący realia swoich społeczeństw. Jakby na przekór, w czasach, gdy prezydent USA chce otoczyć kraj murem, akademicy manifestują, że interesuje ich coś więcej niż mitologia własnego narodu. Kategoria film nieanglojęzyczny przestaje więc być kwiatkiem do kożucha.

Dyskusja o niej trwa od co najmniej dekady, kiedy poruszenie wywołał brak nominacji dla wybitnych rumuńskich „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” Cristiana Mungiu. Za wyselekcjonowanie pięciu tytułów spośród niemal setki kandydatów odpowiedzialna jest specjalna komisja. W ostatnich latach jej członkowie musieli obejrzeć w niedługim czasie i w konkretnych kinach ok. 16-18 filmów wskazanych przez Akademię. W efekcie decydowali się na to głównie emerytowani twórcy, zwykle z konserwatywnym i staromodnym gustem. Ostatnio zasady się zliberalizowały. Owo jury poszerzono i zadbano o większe zróżnicowanie wśród jego członków. Zmniejszono za to liczbę filmów, które muszą oni zobaczyć, aby głosować. Uznano także, że mogli poznać je na wcześniejszych festiwalach. I czuje się efekty zmian.

Akademia doceniła filmy, których twórcy, wracając do własnych wspomnień, badali trudną historię swoich krajów: „Romę” Alfonso Cuaróna i „Zimną wojnę” Pawła Pawlikowskiego. Nadine Labaki stała się zaś pierwszą kobietą z arabskiego świata nominowaną do Oscara. Jej „Kafarnaum”, opowieść o rzeczywistości bejruckich slumsów (recenzja na s. 91), zderzyła się z portretem ludzi żyjących na marginesie japońskiego społeczeństwa ze „Złodziejaszków” Hirokazu Koreedy. Przede wszystkim jednak filmy ze świata wydostały się z getta nieanglojęzycznej kategorii. Nie tylko Paweł Pawlikowski i jego operator Łukasz Żal. Nie tylko sam Alfonso Cuarón. Meksykańska nauczycielka Yalitza Aparicio, która w „Romie” zadebiutowała na ekranie, rywalizowała o statuetkę z Lady Gagą czy Glenn Close. Na drugim planie zaś dostrzeżono Marinę de Tavirę z tego samego filmu. Aż 10 szans na nagrodę miała „Faworyta” Gioorgosa Lanthimosa. Owszem, film z gwiazdorską obsadą koprodukowany przez Stany. Ale również kostiumowa opowieść o XVIII-wiecznym dworze angielskim w reżyserii Greka, który dotychczas brylował raczej na canneńskim Croisette, a nie na Hollywood Boulevard. I zaproponował pachnącą współczesnością, groteskową refleksję nad izolacją elit od społeczeństwa i śmiesznością władzy.

Inna ameryka

Z oscarowych filmów wyłania się także inny niż dotychczas obraz Stanów Zjednoczonych. Wiwisekcje kondycji amerykańskiego społeczeństwa powoli przedzierały się na scenę Dolby Theatre. „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen z 2007 r. stał się pierwiosnkiem dalekosiężnych zmian. Z wyróżnianych przez Akademię propozycji stopniowo znikały powiewające flagi. Dzisiaj króluje w nich krytyczne spojrzenie na współczesne problemy. Hollywood nie boi się jasno określać, po której stronie politycznego sporu stoi. Broni liberalnego spojrzenia na świat i wchodzi w spór z populizmem zalewającym Amerykę. Celebruje choćby „Vice’a” – zadziorny portret Dicka Cheneya, w którym Adam McKay nie zostawia suchej nitki na partii republikańskiej.

Przede wszystkim jednak Akademii nie wystarcza już polowanie na dolary konserwatywnych rodzin z zamożnych przedmieść. Staje się bardziej świadoma roli, jaką kino odgrywa w kształtowaniu mentalności i walce o równość w społeczeństwie. Po akcjach #MeToo czy #OscarsSoWhite (hashtag stał się wyrazem sprzeciwu wobec ignorowania czarnych artystów) zwraca uwagę na reprezentację kobiet i Afroamerykanów na ekranie. Ten rok przyniósł Spike’owi Lee pierwsze (!) w jego karierze nominacje w kategoriach najlepszy film i reżyseria – za „Czarne bractwo. BlacKkKlansman”. Twórca zawsze bronił na ekranie praw czarnoskórych, przypominał o ważnych postaciach ruchu emancypacyjnego, wskazywał sektory wykluczenia, jakie dotykały nie-białe społeczności.

I dźwigał za to wszystko etykietę radykała. Dzisiaj przemysł filmowy zrozumiał, że kino pozbawione głosu nieuprzywilejowanych mniejszości staje się puste. Dlatego też docenia scenariusz i kreację McCarthy w „Can You Forgive Me” o upadłej biografistce i lesbijce, oddaje głos bohaterom „Gdyby ulica Beale umiała mówić” Barry’ego Jenkinsa czy „Green Book” Petera Farrelly’ego, a wśród kandydatów do głównego Oscara znalazła się też „Czarna pantera” – pierwszy blockbuster o czarnoskórym superbohaterze. Organizatorzy gali uważniej dobierają też ludzi, z którymi chcą być kojarzeni. Wkrótce po wybuchu ruchu #Metoo organizatorzy zwlekali ze skreśleniem Caseya Afflecka z listy wręczających nagrody. Teraz nauczyli się działać szybko. Gdy wybuchł skandal wokół dawnych homofobicznych wypowiedzi Kevina Harta, natychmiast zrezygnowali z przydzielenia mu roli prowadzącego. Tajemnicą poliszynela jest, że kolejne gwiazdy odrzucały propozycję, więc po raz drugi (w 1989 r. skończyło się to porażką) ceremonia nie miała gospodarza.

Czerń i biel

A wraz z nowymi tematami i obszarami kina na oscarowej gali dochodzą do głosu artyści, którzy sięgnęli po niekonwencjonalne środki opowiadania. – Muszę powiedzieć, że zdjęcia czarno-białe na ogół już robią wrażenie przez to, że są inne niż te, do których przywykliśmy – komentował w radiu RMF FM wielki sukces Łukasza Żala minister Piotr Gliński. Jednak nawet wicepremier później przyznał, że są to zdjęcia świetne. 37-letni operator dostał już drugą nominację do Oscara (poprzednia za „Idę”). Swoją prestiżową nagrodą wyróżniła go organizacja American Association of Cinematographers. W „Zimnej wojnie” Żal stworzył obraz inny niż w „Idzie”. Mniej impresyjny, ostrzejszy, pełen kontrastów. A jeszcze inna jest czerń i biel „Romy”.

– Zależało mi, żeby film nie przypominał kina z epoki, lecz współczesny film rozgrywający się w przeszłości – mówił mi Alfonso Cuarón, który sam realizował pozbawione ziarna, wyraziste zdjęcia. Doceniając oba filmy, Akademia dostrzegła coraz popularniejszy nurt. – Wiedziałam, że moja „Elisa y Marcela” nie może być kolorowa, nie pasowałoby do jej temperatury emocjonalnej – tłumaczyła mi dwa tygodnie temu na festiwalu w Berlinie Isabel Coixet. W marcu zaś na polskie ekrany wejdzie czarno-biały „Kapitan” Roberta Schwentke. To wszystko opowieści o przeszłości. Jakby reżyserzy, uciekając od krzykliwej, przejaskrawionej współczesności, szukali w historii klarowności. Rzeczywistości, który zamiast atakować feerią barw, pozwala skupić się na tym, co istotne.

Hollywood o sobie

Tegoroczna edycja nagród potwierdziła, że amerykańska Akademia jest w stanie otworzyć się na świat, zrezygnować w kinie z happy endów i morałów, dostrzec niezależne produkcje i zabrać głos w dyskusji o społecznym równouprawnieniu. Ale jedno zapewne nigdy się nie zmieni: Hollywood zawsze najmocniej będzie kochać siebie. W ostatnich latach celebrowało „Artystę” (którego drogę do statuetki wyznaczył niegdysiejszy król Oscarów Harvey Weinstein) – historię amanta kina niemego, w zeszłym roku (niemal) triumfował „La La Land” – hołd dla dawnych musicali oraz portret aspirujących aktorki i muzyka jazzowego. W tym roku też nie mogło zabraknąć na ekranie opowieści o artystach. A właściwie o show-biznesie.

Bo przecież nie chodzi nawet o Van Gogha, brawurowo zagranego przez Willema Dafoe w „At Eternity’s Gate”. Raczej o wykreowanego przez Ramiego Maleka Freddiego Mercury’ego z „Bohemian Rhapsody”, na przekór decydentom muzycznego świata zachowującego ekscentryzm, geniusz i osobowość, dzięki którym, za cenę samotności, stanie się legendą. A przede wszystkim o „Narodziny gwiazdy”. „Taki film zdarza się raz na pokolenie. Dosłownie. Od 1937 r. każde pokolenie to kręci” –żartowali twórcy youtubowego kanału Screen Junkies. Debiut reżyserski aktora Bradleya Coopera to już trzeci remake klasycznej opowieści o zapitym gwiazdorze, który spotyka młodą utalentowaną dziewczynę, pomaga jej wystartować na estradzie, a sam stacza się na dno. Ten film naprawdę jest godny dzisiejszej generacji. Pełen goryczy, pozbawiony lukru, z zaskakująco dobrą, odartą z glamouru Lady Gagą w roli głównej. Warto zrobić sobie maraton trzech powojennych wersji. Usłyszeć, jak w 1954 r. symbolem upadku granego przez Jamesa Masona gwiazdora stawało się czekanie na żonę z obiadem, zrobionym „własnymi, białymi rękami”. Albo jak w 1976 r. Barbra Streisand wzdychała nad Krisem Kristoffersonem jako niegrzecznym chłopcem rocka i, choć jej kariera była u szczytu, myślała tylko o jednym: „Gdy będziesz sparaliżowany, jak niby zajdę w ciążę?” – robiła wyrzuty partnerowi. Bo uparcie kręcone na nowo „Narodziny gwiazdy” stają się zapisem zachodzących na przestrzeni ostatnich dekad przemian obyczajowych. I one też mogą pomóc zrozumieć tegoroczne, pełne posępnych nastrojów Oscary.

Okładka tygodnika WPROST: 9/2019
Więcej możesz przeczytać w 9/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0