Stop markom własnym

Stop markom własnym

Sklep Lidl w Lublinie
Sklep Lidl w Lublinie / Źródło: Newspix.pl / PIOTR TWARDYSKO
Otwiera się kolejny front z zachodnimi sieciami handlowymi. Problem w tym, że największe obrażenia mogą odnieść polscy producenci i konsumenci. Poza tym... prawo ograniczające sprzedaż marek własnych już istnieje.

Idea jest szczytna. Mateusz Morawiecki na spotkaniu ze środowiskiem rolniczym przyznał, że rząd pracuje nad prawem, które miałoby z jednej strony zwiększyć zyski producentów rolnych, a z drugiej znacząco ograniczyć możliwość sprzedaży marek własnych dyskontów i sklepów wielkopowierzchniowych. Czyli produktów, które są wytwarzane przez inne podmioty, ale obrandowane znakiem sieci handlowej. W piątek 8 marca Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii, zapowiedziała, że przedstawi raport otwarcia w sprawie marek własnych, który będzie podstawą ewentualnych zmian prawnych. „Proszę wierzyć w nas, w nasz rozsądek, nie zrobimy niczego, co wstrząśnie rynkiem” powiedziała minister w programie „Money. To się liczy”. Próba ograniczenia handlu pewnie spotka się z reakcją Komisji Europejskiej (tak już było przy planach specjalnego opodatkowania sklepów).

Martwe prawo

Na dodatek nowa ustawa może okazać się... niepotrzebna. Ustawa z 1993 r. o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji mówi tak: „Czynem nieuczciwej konkurencji jest wprowadzanie do obrotu przez sieci sklepów dyskontowych towarów w ilości przewyższającej 20 proc. wartości obrotów z markami stanowiącymi własność właściciela sieci lub podmiotów zależnych”. Dyskonty, nie dość, że za nic mają art. 17, to ich przedstawiciele czasami nie zdają sobie sprawy z takich ograniczeń. Dwóch naszych rozmówców ze sklepów dyskontowych było zdziwionych, gdy powołaliśmy się na zapisy prawa. Przyznali, że nie wiedzieli o art. 17. A nie wiedzieli, bo nikt nigdy nie wytoczył im z tego tytułu procesu. Nie może zrobić tego Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, z powództwem mógłby wyjść inny przedsiębiorca. Oczywiste jest, że żaden dostawca lub nawet potencjalny dostawca nie pójdzie do sądu z gigantami typu Biedronka czy Lidl, bo taka sprawa będzie ciągnęła się latami. Do tego firmie przypięta zostanie łatka pieniacza i awanturnika. A z takimi przedsiębiorcami nikt interesów robić nie chce.

Polscy podwykonawcy

Gdyby spojrzeć na cały rynek handlu w naszym kraju, to z grubsza odpowiada on zapisom ustawy. Według danych firmy Nielsen za 2018 r. udziały produktów private label sięgają w Polsce 19,6 proc.

Dla porównania w całej Europie jest to 31,4 proc. udziału wartościowego, ale są kraje, jak chociażby Szwajcaria, gdzie ten wskaźnik przekracza 50 proc. Warto dodać, że jest to niezwykle potężny i szybko rosnący rynek. Ale gdy wgłębimy się w dane największych sieci, perspektywa się zmienia. Biedronka tylko w zeszłym roku wprowadziła do sprzedaży 558 produktów marki własnej. W ofercie stałej pojawiło się 109 produktów. W sumie stanowi to 41 proc. sprzedaży całego dyskontu. A jest to największa sieć w Polsce. Posiada obecnie ponad 2900 sklepów. Najwięcej jednak swoich marek mają w portfolio niemieckie firmy. Ich łączny udział w sprzedaży w Aldi w Polsce wynosi ok. 75 proc., a i tak jest niższy niż za naszą zachodnią granicą.

Tam wynosi ponad 85 proc. Podobnie sprawa ma się z niemieckim Lidlem. Dyskont przyznaje, że obrót private label jest u nich na poziomie 70 proc. A co z ustawą? Polscy producenci są głównymi podwykonawcami i dostawcami tychże produktów, nie będą więc ścigać swojego kontrahenta. Krajowi producenci, według danych dyskontu, dostarczają 92 proc. asortymentu sprzedawanego w sklepach Biedronki, w tym 82 proc. towarów szybko psujących się. A więc w głównej mierze rolno-spożywczych. Zapewniają także 92 proc. produktów sprzedawanych pod marką własną. Nieco mniej jest polskich producentów na półkach w Lidlu. Ale są również w zdecydowanej większości. Prawie 70 proc. to wyroby pochodzące z zakładów polskich firm z sektora FMCG. Dodatkowo Lidl podkreśla, że tylko w 2017 r. wyeksportował towary polskich producentów na łączną sumę ponad 2 mld zł.

Rolnicy chcą zmian

O co więc jest ta cała wojna, skoro polskie firmy całkiem dobrze radzą sobie ze współpracą z dyskontami? – Jest to żywność gorszej jakości – uważa Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. – Na przetwórcach wymusza się przygotowanie towarów w nierealnie niskich cenach. W związku z tym oni kombinują, jak nie stracić klienta. Z jednej strony odbija się to na polskich rolnikach, którzy muszą zejść z ceny swojego surowca, by przetwórca zmieścił się w cenie dyskontu. Z drugiej używa się całej masy zamienników i wypełniaczy. Skoro ktoś żąda parówek za 2 zł, to producent doda tam jak najwięcej mąki, a jak najmniej mięsa.

Szmulewicz zastrzega, że wcale nie chodzi o to, by na półkach sklepowych były wyłącznie najlepsze jakościowo i najdroższe produkty. Ale chce ukrócenia sprzedaży tych najtańszych. – Zostając przy przykładzie parówek: wcale nie każę sprzedawać wyłącznie takich za 8 zł. Jeżeli będą za 3 zł i na opakowaniu dokładnie opisany będzie ich skład, to każdy, i konsument, i dyskont, i rolnik, będą zadowoleni – tłumaczy. Jednak największe sieci handlowe również zaczęły wymagać od dostawców odpowiednich parametrów jakościowych. Dzisiaj mleko czy masło pod marką własną i produkt premium niemal niczym się nie różnią. Oczywiście poza ceną. Minęły czasy słynnego już marketu Leader Price, czyli pioniera marek własnych w Polsce. Ich stawki rzeczywiście były najniższe, ale jakość produktów wręcz tragiczna.

Wystarczy wspomnieć, że w codziennych rozmowach Polacy nazywali ich sklepy „Lider Szajs”, a wspomnienie o ich słynnej imitacji coli do dziś u niektórych wywołuje ciarki. Jednak wolny rynek bardzo szybko wyrzucił firmę z polskiego obiegu. W 2006 r. Grupa Casino sprzedała 142 markety Leader Price brytyjskiej firmie Tesco. Prawdą jest za to fakt, że Zachód chroni swoje rynki, zwłaszcza rolne. Przyznają to nawet w rozmowie, oczywiście nieoficjalnie i anonimowo, przedstawiciele zagranicznych sieci handlowych. Tylko że tam nie ogranicza się sprzedaży konkretnych grup produktów. – Uważam, że premier został przez kogoś po prostu wstawiony na minę – tłumaczy jeden z naszych rozmówców. – Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób miałoby w praktyce wyglądać wprowadzenie prawa zakazującego lub drastycznie ograniczającego sprzedaż marek własnych. To jest niewykonalne i w naszej branży nikt się słowami premiera specjalnie nie przejął. Nie boimy się, bo i tak sobie z tym poradzimy. Tym kimś, kto stoi za pomysłem, według informacji branżowego portalu WiadomosciHandlowe.pl, jest Marek Suski. Szef Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów uznał, że atak na wielkie sieci handlowe i próba wsparcia polskiego rolnictwa przysłoni niechęć Polaków do zakazu handlu w niedziele. Na nasze pytanie Suski odpowiedział, że „pomysł wychodzi od środowisk polskich rolników”. – Problem leży w zupełnie innym miejscu – uważa Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – W umiejętnościach biznesowo-organizacyjnych polskich rolników. We Francji to oni w pełni kontrolują drugi łańcuch dostaw, czyli pośredniczą między mniejszymi rolnikami a wielkimi sieciami. Istnieją tam potężne spółdzielcze giełdy rolne, które kontrolują i monitorują ceny tak, by farmer był zadowolony, a dyskonty otrzymały najlepszy jakościowo produkt. Nasze rolnictwo w Unii pod tym względem jest niestety niechlubnym wyjątkiem. I to rolnicy muszą sobie uświadomić, że to oni sami siebie zubożają przez swój brak współpracy. Żadne zakazy i nakazy tego nie zmienią, dopóki nie zmieni się ich mentalność.

Walka z wiatrakami

I chociaż do uchwalenia prawa daleko, to przedsiębiorcy już znaleźli sposób na jego ominięcie. Chociażby dzięki przejęciu małych zakładów przetwórczych lub wręcz tworzeniu od zera nowych spółek. – Sieć handlowa może również zrobić przetarg na dostarczenie konkretnych, wymaganych przez nich produktów, ale zaznaczając, że muszą mieć konkretną nazwę. Dotychczasowy przetwórca oczywiście nie ma praw do takiej nazwy. Więc dyskont mógłby mu sprzedać licencję na taką markę. Wtedy jeszcze dodatkowo zarabiałaby wielka sieć, a nie polski przedsiębiorca – tłumaczy Andrzej Gantner. Można również zrobić tak, by zamiast marek własnych pojawiły się brandy na wyłączność. Już dzisiaj robi tak jedna z sieci drogerii. Ale warunkiem wprowadzenia brandu na wyłączność dla polskiego podwykonawcy będzie np. udzielenie 70 proc. rabatu dla sieci. Czyli i tak głównym wygranym będzie handlowy gigant. Przykład tego, jakie problemy przyniosłyby dodatkowe ograniczenia, podaje współwłaściciel Zakładu Mięsnego „Wierzejki”.

– Posiadam zarówno sieć sklepów, jak i zakład produkcyjny oraz ubojnię. Gdyby spalił mi się zakład, to nadal firma może przetrwać. Poprosiłbym kolegów z klastra mięsnego, by mi pomogli i produkowali pod moją marką ich wyroby – tłumaczy Marek Zdanowski. – Powiedzmy przez rok musiałbym wówczas prowadzić handel w 100 proc. markami własnymi. Skoro byłoby to nielegalne, musiałbym zamknąć firmę. Obecni dostawcy również niechętnie spoglądają na zapowiedzi zmian. Boją się, że stracą dobrego klienta. Bo pustkę na najtańszych półkach będzie trzeba czymś zastąpić. I to raczej produktami o podobnej cenie. W takim razie wielkie sieci handlowe będą próbować dogadywać się z dużymi podwykonawcami, ale już z zagranicy. Mając 2,9 tys. sklepów, Biedronka nie ma nawet fizycznej możliwości negocjacji z małymi, regionalnymi dostawcami lub indywidualnymi rolnikami. Jest to logistycznie niewykonalne. Mali przetwórcy również nie dadzą rady dostarczyć odpowiedniej ilości towaru w odpowiedniej cenie i o czasie.

Dla dyskontów pracują lub pracowali m.in. tacy giganci jak Mlekovita, Mlekpol, Henryk Kania, Indykpol, FoodCare czy Tarczyński. W tych samych sklepach sprzedają również swoje markowe, droższe produkty. Ale są również firmy, które wyspecjalizowały się niemal wyłącznie w tego typu usługach. Przykładem jest Bewa – producent wody butelkowanej, m.in. dla Biedronki czy Kauflandu, z siedzibą niedaleko Bełchatowa. To niezwykle trudny rynek, bo 1,5 l takiej wody w dyskoncie kosztuje 55 gr brutto. – Sama działalność nie jest wielką filozofią, ale już czerpanie z niej zysków to spora umiejętność. Najważniejsza jest skala i pilnowanie kosztów. Przy markach tradycyjnych sprzedaż poniżej kosztów produkcji może się na dłuższą metę opłacić, w marce własnej to niedopuszczalne – tłumaczył w jednym z wywiadów właściciel firmy Marek Jutkiewicz i były współwłaściciel Hoop Polska. Dla firm wyspecjalizowanych w takiej działalności zakaz sprzedaży marek własnych może oznaczać koniec działalności. Zakazy w gospodarce przynoszą czasami efekt daleki od zamierzonego.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2019
Więcej możesz przeczytać w 11/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0