Zaburzenia pamięci

Zaburzenia pamięci

Polski film historyczny stał się gatunkiem wymierającym
Wszyscy kochają filmy historyczne, ale niektórzy bardziej. Najwdzięczniejszym obiektem tej miłości jest oczywiście narodowy film własny. Amerykanie tłumnie walili więc na "Szeregowca Ryana" - tak jak wcześniej na niezliczone produkcje o II wojnie. Ostatnio biją gromkie brawa nowym filmom Clinta East-wooda o zmaganiach na Pacyfiku. Rosjanie pokazali światu "9. kompanię", ale w zanadrzu mają setki obrazów sławiących pielęgnujących imperialną mitologię. W Niemczech rekordy popularności bił "Upadek" - film o ostatnich dniach Adolfa Hitlera.Filmoznawcy ze świata i liczni polscy twórcy zebrali się niedawno w Warszawie na konferencji "Kogo kręci kino historyczne". Nietrudno było dojść do konkluzji, że kręci każdego - polityków, reżyserów i widzów. Ale czy polski widz kocha polskie filmy historyczne? Kiedyś ponoć kochał, ale dziś trudno powiedzieć, bo nikt się go o to w ostatnich latach nie pytał. Chyba że ktoś uzna za poważne kino historyczne teatr lektur szkolnych Andrzeja Wajdy ("Pan Tadeusz" i "Zemsta"). Albo nieudaną ekranizację "Ogniem i mieczem", która nie dość, że zawiodła jako widowisko, to jeszcze uległa poprawnemu politycznie wygładzeniu. O "Quo vadis" zapomnijmy jak najszybciej, bo to już była zwyczajna katastrofa.

Bij Niemca, bij Krzyżaka!
Polski film historyczny stał się gatunkiem wymierającym. Jak wyliczył historyk filmu Rafał Marszałek, w latach 2001-2005 do kin trafiło ledwie 10 takich tytułów (a i tu badacz wykazał się elastycznością, wciągając do kwerendy takie obrazy, jak "Skazany na bluesa" Jana Kidawy-Błońskiego czy "Parę osób, mały czas" Andrzeja Barańskiego - istniejący tylko w obiegu festiwalowym). Rok 2003 był pod tym względem najczarniejszy od półwiecza: nie pojawił się wtedy żaden polski film historyczny.
Odwrót od historii można wytłumaczyć sprawą pieniędzy, ale byłoby to zbyt łatwe. W końcu nigdy nie byliśmy potęgą na miarę Hollywood, a wielkie produkcje w rodzaju "Krzyżaków" powstawały - na zamówienie władz. To ideologiczne piętno zaciemnia zresztą obraz polskiego kina historycznego w PRL. Na pozór znajdziemy w nim mnóstwo fabuł, ale większość z nich to zwykłe agitki. Najłatwiej było przecież nakręcić film o teutońskiej nawale, z którą zmagali się filmowi Mieszko, Kazimierz Wielki czy Władysław Jagiełło. Nawet Kopernika wciągnięto do walki z zakonem krzyżackim.
Spore budżety na propagandowe wyczyny nie świadczyły o świetnej kondycji finansowej polskiej kinematografii, ale o determinacji komunistycznych macherów od kultury, dla których każda rocznica była okazją do sypnięcia groszem na kolejny film ku czci. Ich oglądanie po latach nieodmiennie kończy się bólem zębów, a śmiałe decyzje obsadowe budzą śmiech. Trudno bowiem nie chichotać, oglądając Wojciecha Pszoniaka jako neurastenicznego Mieszka I ("Gniazdo"), Andrzeja Kopiczyńskiego (vel inżyniera Karwowskiego) w roli Mikołaja Kopernika albo Wiesława Gołasa jako krwiożerczego Maćka Borkowica, wojewodę poznańskiego ("Kazimierz Wielki").
Jak nie mieczem, to karabinem - walczono więc również z Teutonami współczesnymi, takimi spod znaków Wehrmachtu i SS. Każdy, kto żył w PRL, nie zapomni do końca życia podstawowej masy towarowej polskiego kina historycznego, na którą składały się dzieje podbijania Polski przez Armię Czerwoną, określane mianem wyzwalania kraju przez LWP. Znakiem firmowym tych produkcji był nieśmiertelny Wojciech Siemion i jego szczera chłopska twarz kaprala, partyzanta, milicjanta, a czasem nawet radzieckiego majora ("Błękitny krzyż").

Sława i chwała
W parze z zamiłowaniem do filmów typu "bij Krzyżaka" szła niechęć do przypominania, że Polacy okrutne cięgi zebrali w ciągu wieków także od Rosjan. Stąd droga przez mękę nawet tak zdawałoby się bezpiecznych przedsięwzięć jak "Wierna rzeka". Opisywanie represji carskich mogło uderzać w fundament przyjaźni polsko-radzieckiej. Wierność zasadzie "nie drażnić niedźwiedzia" sprawiła, że nie doczekaliśmy się uczciwych filmów o rozbiorach, epoce napoleońskiej, o wojnie bolszewickiej nie wspominając.
Można się było spodziewać, że po roku 1989 filmowcy wypełnią białe plamy. Nieliczni próbowali, ale rok po roku zapał gasł. Gwoździem do trumny najambitniejszych projektów był brak spójnej polityki państwa, upadek zespołów produkcyjnych, słabość raczkujących firm prywatnych i hasło: "Będziemy robić filmy jak Amerykanie" (efekt? "Sara" i "Młode wilki"). Z jakością też bywało różnie. Zarówno "Pierścionek z orłem w kornie" Wajdy, jak i "Szwadron" Machulskiego czy "Życie za życie" Zanussiego nie były szczytowymi osiągnięciami tych reżyserów.
Na chwilę papierową potęgą staliśmy się na przełomie wieków, kiedy w krótkim czasie do kin trały "Ogniem i mieczem", "Pan Tadeusz", "Prymas", "Przedwiośnie", "Quo vadis" i "Chopin. Pragnienie miłości". O żadnym z nich nie da się powiedzieć, że był filmem w pełni udanym, a o dwóch ostatnich wręcz nie można powiedzieć nic dobrego.

Ostatnich gryzą psy
Podczas gdy w Polsce kino historyczne więdło, nasi południowi sąsiedzi zdążyli przekonać świat, że Wielką Brytanię w 1940 r. uratowali czescy piloci. "Ciemnoniebieski świat" Jana Sv˙er+ka nie był arcydziełem, ale filmem łatwym w odbiorze i sprawnie opowiedzianym. Zdobył dla Czechów większą sympatię międzynarodowej publiczności niż jakakolwiek rządowa kampania informacyjna. Dziś Niemiec Volker Schlöndorff opowiada historię solidarnościowych strajków jako naiwną przygodę ciemnych bab modlących się do telewizora i wąsatych troglodytów żłopiących wódkę bez opamiętania.Sami sobie jesteśmy jednak winni. Może gdyby zamiast pieniędzy na "Qvo vadis" wydać je na "Dywizjon 303", mielibyśmy coś na swoją obronę.
Polacy od niedawna uczą się znowu czerpać dumę ze swojej historii. Swoje zrobiły tu uroczyste obchody 60. rocznicy powstania warszawskiego i otwarcie jego muzeum. Rząd wzywa do prowadzenia polityki historycznej, a Ministerstwo Kultury uruchomiło program "Patriotyzm jutra". Klimat się ociepla i coraz głośniej słychać o nowych filmach historycznych. Andrzej Wajda skończył zdjęcia do filmu o Katyniu "Post mortem". Robert Gliński zapowiada finał piętnastoletnich starań o własny projekt katyński. Na rozstrzygnięty kilka miesięcy temu konkurs na scenariusz filmu o powstaniu warszawskim wpłynęły 62 prace. Po długich staraniach pieniądze na ekranizację "Stankiewicza" dostał Władysław Pasikowski. Niemal dwie dekady po upadku PRL bitwa o pamięć zaczyna się na nowo. Co zrobić, by nie powtórzyć starych błędów?
Wiadomo, że nikt nie uskłada u nas gigantycznego budżetu na epickie widowisko w stylu "Braveheart". Szansą polskiego kina mogą więc być filmy mniejsze (niekoniecznie tylko kameralne), które w sposób bezkompromisowy będą dotykały tematów i ważnych, i drażliwych. A jest co odkrywać - od pogromu kieleckiego po sekrety "okrągłego stołu". Od zamachu majowego po aferę pułkownika Józefa Światły, który po ucieczce na Zachód zaczął sypać swoich kompanów z bezpieki. Może się wreszcie doczekamy prawdziwego portretu polskiego komunisty, który wyprze z masowej wyobraźni dobrotliwego towarzysza Szczukę z "Popiołu i diamentu". Przykład niemieckiego "Życia na podsłuchu" potwierdza, że niekiedy kanalia bywa najciekawszym bohaterem. A kanalii w naszej historii nie brakuje. Istnieje jednak poważne niebezpieczeństwo. Na zew Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oprócz reżyserów z pomysłami odpowiedzą koniunkturaliści, którzy będą się chcieli załapać na kolejny grant, widza tradycyjnie mając w głębokiej pogardzie. Może to być bój ostatni naszego nowego kina historycznego.
Jeśli teraz nam nie wyjdzie, to polskie dzieje w kinie będą pokazywać (i fałszować) nam Niemcy, Rosjanie albo Amerykanie. Na kolejną ekranizację szkolnej lektury już się chyba do sal nikogo zagonić nie da. Polskie kino historyczne albo będzie uczciwe do bólu, albo nie będzie go wcale.
Okładka tygodnika WPROST: 9/2007
Więcej możesz przeczytać w 9/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także