Tajemnice szafy Kiszczaka

Tajemnice szafy Kiszczaka

Ujawniono nieznane raporty Kiszczaka z Londynu
Ujawniono nieznane raporty Kiszczaka z Londynu / Źródło: Twitter / @MON_GOV_PL
Mówi się, że małżeństwo Jaroszewiczów zginęło z powodu przechowywanych w domu dokumentów. Kiedy mąż zmarł, zaczęłam się bać, nie chciałam trzymać dokumentów w domu – mówi Maria Teresa Kiszczak, wdowa po gen. Kiszczaku.

Pani mąż nie żyje już od kilku lat, ale zgromadzone przez niego dokumenty ciągle wywołują zamieszanie. Ostatnio dziennikarze „Rzeczpospolitej” odnaleźli zaskakującą część archiwum Kiszczaka w amerykańskim Hoover Institution Library & Archives w Stanford. Wie pani, jak te dokumenty się tam znalazły?

Już po wizycie IPN w moim domu przyszedł do mnie młody chłopak. Powiedział, że studiuje filologię hebrajską w Poznaniu, że jest wielkim wielbicielem mojego męża, że chciałby porozmawiać. Został kilka dni, nocował w pokoju na dole. Powiedział, że bada życie i działalność mojego męża, chce zrobić badania. Pożyczył nawet mundur, rzekomo do jakiejś prezentacji. Później się dowiedziałam, że sprzedał go na jakiejś aukcji za 2,5 tys. zł! W dodatku twierdził, że sprzedaje to w moim imieniu…

A dokumenty? Dała mu pani ważne archiwalia?

W naszej piwnicy stał jakiś karton z wycinkami prasowymi, między nimi musiały być też archiwalia, o których nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że to ważne dokumenty. Ten młody człowiek je ukradł, skorzystał z zamieszania, że akurat robiłam remont piwnicy. To on sprzedał je do USA.

Pani osobiście nie kontaktowała się z Instytutem Hoovera?

Jeszcze za życia męża zorganizowałam aukcję „Prominent”, wystawiłam na niej różne pamiątki z mojej działalności i działalności Czesława na cele charytatywne. Prosiłam nawet gen. Jaruzelskiego, żeby dołączył i przekazał swój mundur. Bardzo się oburzył, zadzwonił do mojego męża i wykrzykiwał: „Twoja żona chce mój mundur, co ona wyprawia!”. Mąż też na mnie krzyczał, nie chciał dać swojego munduru. W końcu aukcja się udała, odbyła się w Hotelu Europejskim, a pieniądze przekazaliśmy na nauczycielski dom rencistów.

Mundur męża był wystawiony?

Tak, oczywiście.

A wracając do Instytutu Hoovera...

Właśnie na tej mojej aukcji zjawił się przedstawiciel Instytutu Hoovera i kupił kilka przedmiotów. Potem przyjeżdżał do mnie kilkakrotnie, dawałam mu różne pamiątki i dokumenty po mężu. Nigdy nie podawałam ceny, on płacił, jak uważał, czasem 100, czasem 200 dolarów. Cieszyłam się, że eksponaty związane z moim mężem znajdą godne miejsce.

A jak to było ze słynną „szafą Kiszczaka”, którą odebrał pani Instytut Pamięci Narodowej?

Niedługo przed śmiercią Czesław przyniósł mi mocno zszyty plik. Zapytał, czy wiem, co to jest.

Wiedziała pani?

Domyśliłam się, kiedy zobaczyłam napisy. To były teczki Lecha Wałęsy. Powiedział, że jeśli po jego śmierci będę miała jakiekolwiek problemy, mam iść z tym do IPN. Zapytałam, czy nie lepiej oddać Wałęsie. Zabronił. Teczkę schował w pawlaczu.

Poznała pani osobiście Lecha Wałęsę?

Nigdy. Choć Wałęsa był kiedyś u nas w domu. Przyszedł do męża na rozmowę, ale mnie wtedy akurat nie było. Nie wiem, o czym rozmawiali. Mąż mówił o nim krótko: prosty człowiek, który umiał zaimponować robotnikom.

Dlaczego mąż zachował w domu akurat teczkę Wałęsy?

Bo chciał ją zachować dla historii. Wiedział, że kiedy Wałęsa został prezydentem, niszczył papiery na swój temat. Czesław bał się, że zniszczy i tę teczkę.

A może chciał ją zachować na złe czasy, żeby móc się posłużyć szantażem?

Złe czasy? Mąż był ciągany po sądach, skazywany, więc złe czasy dla niego były. A mimo to dokumenty nie ujrzały światła dziennego. Nawet Wałęsa o nich nie wiedział, miały być udostępnione pięć lat po jego śmierci. Przecież to nie Kiszczakowie, tylko prezes IPN je ujawnił, niezwłocznie po tym, jak je dostał.

Ale to pani poszła z nimi do IPN.

Na początku nie chcieli ze mną w ogóle rozmawiać. Z prezesem IPN umawiałam się dwa tygodnie, nie miał czasu. Więc nie wytrzymałam, przecięłam teczkę i wyciągnęłam jeden dokument. Kiedy prezes go zobaczył, natychmiast się ze mną umówił na wydanie całości.

Miała pani pretensje do IPN, że weszli do pani willi i zabrali papiery?

Wręcz przeciwnie! Ja nie chciałam mieć tych dokumentów w domu, mówi się, że małżeństwo Jaroszewiczów zginęło z powodu przechowywanych w domu papierów. Kiedy mąż zmarł, a ja zostałam sama, zaczęłam się bać. Poczułam ulgę, gdy pozbyłam się tych kłopotliwych archiwaliów.

Chodziło tylko o pani bezpieczeństwo? Podobno w IPN zażądała pani pieniędzy.

Wspomniałam o tym, że pochowałam męża, że pogrzeb dużo kosztował, że musiałam wybudować cały grób. Ale to nie było żądanie pieniędzy. Nigdy od nikogo nie żądałam pieniędzy. Jeszcze tego samego dnia przyszła do domu pięcioosobowa grupa i zaczęła sprawdzać, co mam. A potem wszystko zabierać.

Dużo zabrali?

Bardzo dużo. Ale potem większość oddali, powiedzieli, że to nasza własność prywatna, z ich punktu widzenia nieistotna.

Zdawała sobie pani sprawę, jak ważne dokumenty przechowuje?

Oczywiście. Od dawna wiedziałam też o tym, że Wałęsa był współpracownikiem PRL-owskich służb, więc to nie był dla mnie szok.

Po upadku systemu mąż miał poczucie przegranej?

Miał do nowej Polski żal. Przecież on stał nie tylko za stanem wojennym, ale i za Okrągłym Stołem. On był twórcą zmian w Polsce. Gdyby ich nie chciał, toby zmian nie było. Ekipy postsolidarnościowe nie doceniały, że władza została oddana pokojowo. Mąż miał też żal do konkretnych ludzi, że wcześniej utrzymywali z nim dobre relacje, a później, jak odwróciła się koniunktura, zmienili się.

Kto?

Najbardziej ludzie Kościoła. Pisali dziękczynne listy, podziękowania. Za to, co potem robił dla Polski, wszyscy mu dziękowali. Nawet abp Glemp dziękował. Przykro mi, że Kościół rzymskokatolicki tak go po śmierci potraktował, że musiałam pochować męża na cmentarzu prawosławnym.

Nie było zgody na pochówek?

Nie było. Nasz Kościół odmówił, choć dzieci wydzwaniały do kolejnych parafii.

Mówi pani „nasz Kościół”. Ale przecież generał nie był wierzący.

Był ochrzczony, bierzmowany, przyjął ostatnie namaszczenie. Kiedy ciężko zachorował i stracił przytomność, trafił do szpitala MSWiA. Przyszedł do niego ksiądz i udzielił mu ostatniego namaszczenia. Nie ma co wchodzić w szczegóły, bo to sprawy osobiste. Mogę mówić o sobie. Ja jestem wierząca i bardzo mi zależało, żeby pogrzeb męża miał kościelny charakter.

Kiedyś powiedziała też pani, że głosowała na PiS. To prawda?

Tak! Wiedziałam, że jak zdobędą władzę, dadzą coś narodowi. Miałam rację – dali ludziom 500 +, potrafią zdobyć serca wyborców. Nie mam wątpliwości, że wygrają kolejne wybory.

A lewica?

Już się nie liczy. Przed ostatnimi wyborami całkowicie się skompromitowali. Gwoździem do trumny było wystawienie na prezydenta Magdaleny Ogórek. Nie wiem, skąd oni tę młodą dziewczynę wyciągnęli, przecież to idiotyczny pomysł!

Może jeszcze pani powie, że będzie głosować na Andrzeja Dudę?

Pewnie tak. Zawetował ustawę o degradacjach, okazał się mądrym człowiekiem.

Na koniec pytanie bardzo ogólne. Mija 30 lat od Okrągłego Stołu, którego pani mąż był współtwórcą. Jak podoba się pani Polska po 1989 r.?

To jest moja Polska, przystosowałam się, odnalazłam. To, co się stało w 1989 r., musiało się stać. Naród nie akceptował poprzedniego ustroju, więc trzeba go było zmienić, jak tylko sytuacja międzynarodowa na to pozwoliła.

Pani nigdy nie wierzyła w poprzedni system?

Tuż po wojnie wierzyłam. Zresztą mam już swoje lata, pamiętam, że wtedy ponad połowa Polaków nie umiała się nawet podpisać. PRL to zmienił.

Miał wady?

Największą wadą PRL było to, że był bez Chrystusa. Gdyby ten ustrój wziął na sztandary krzyż, Polacy by go zaakceptowali. Walka z Kościołem była największym błędem poprzedniego ustroju.

Okładka tygodnika WPROST: 15/2019
Więcej możesz przeczytać w 15/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0