Koalicja PO z SLD to ponury żart

Koalicja PO z SLD to ponury żart

Jarosław Flis (fot. Maciej Biedrzycki/FORUM)
Mam wrażenie, że PiS z opozycją ścigają się na robienie głupstw. Eurowybory ma szansę wygrać ten, kto pierwszy nie odpowie głupotą na głupotę przeciwnika – mówi prof. Jarosław Flis, socjolog, znawca systemów wyborczych.

W tegorocznych wyborach europejskich dwa główne obozy, PiS i Koalicja Europejska, postawiły na gwiazdorskie nazwiska. Co z tego wyniknie?

Po pierwsze mam poważne wątpliwości, czy te nazwiska rzeczywiście są aż tak znane. Nie jestem pewien, czy ich wybór został poparty jakimiś głębokimi badaniami rozpoznawalności potencjalnych kandydatów. Poza tym wybory wyborami, ale swoje interesy w wewnętrznych rozgrywkach trzeba zabezpieczyć.

Co pan ma na myśli?

Chociażby odesłanie Patryka Jakiego do Małopolski. Ta decyzja nie była podyktowana chęcią osiągnięcia jak najlepszego wyniku Zjednoczonej Prawicy. Gdyby o to chodziło, to minister Jaki powinien startować z Warszawy, bo przecież partia wyłożyła grube miliony, żeby go w stolicy wypromować. Ale chodziło o to, żeby nie zaszkodził Ryszardowi Czarneckiemu, który w razie konkurencji z Jakim mógłby nie zdobyć mandatu. A wrzucony do Małopolski też nie miałby wielkich szans na sukces. Po stronie Koalicji Europejskiej mamy z kolei takie kwiatki jak wyrzucenie z list Bogdana Zdrojewskiego czy umieszczenie na nich Leszka Millera.

Jaki jest problem z Leszkiem Millerem?

Dla konserwatywnego wyborcy Platformy Obywatelskiej jest on nie do przyjęcia. Po pierwsze trudno się wściekać na ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, że wysyła na kogoś służby z powodów politycznych, skoro ma się w swoich szeregach Millera, który wysłał ABW, żeby wymienić prezesa Orlenu. Krytykuje się PiS, że pcha Polskę w ręce Putina, a ma się na listach człowieka, któremu zarzucano wzięcie pożyczki od KGB. To jest ponury żart. I to świetnie widać w sondażach. Na pytanie: „Na kogo będziecie państwo głosować w wyborach europejskich?” prawe skrzydło PO często odpowiada: „Trudno powiedzieć”.

A więc nie zdziwiła pana decyzja Jana Rulewskiego, który wyszedł z PO, bo – jak powiedział – nie będzie roznosił ulotek Janusza Zemkego z SLD?

Naturalnie, że nie. Dotychczas PO postępowała wobec SLD następująco – współpracujemy tylko, gdy musimy, wyrzucamy, jak tylko możemy. Przykładowo na Opolszczyźnie, gdy mniejszość niemiecka chciała za dużo, ściągano do koalicji SLD, ale gdy mniejszość niemiecka spuściła z tonu, Sojusz natychmiast był wyrzucany z koalicji. Gdy w Łódzkiem doszło do rozpadu w klubie radnych PiS i wyszło z niego kilka osób, które można było wciągnąć do koalicji, to by to zrobić, wyrzucono z niej radnych Sojuszu. Przez 10 lat z okładem to była podstawowa, żelazna reguła w PO.

Słuszna?

Przynosiła sukcesy. W czasach świetności PO prawie połowa jej wyborców określałaswoje poglądy jako prawicowe. Poza tym Platforma powstała i określała swoją linię programową w opozycji do rządu SLD w latach 2001-2005. To jest bardzo istotna składowa tożsamości PO. A Sojusz naprawdę nie jest aż tak istotnym graczem na scenie politycznej, żeby oddawać mu aż tyle miejsc na listach Koalicji Europejskiej, ile mu dano. W gruncie rzeczy stał pod ścianą i zadowoliłby się czymkolwiek. Biedroń Sojuszu nie chciał, a ta partia sama nie dałaby sobie rady. Grzegorz Schetyna się chwali, że Donald Tusk nigdy nie zbudował takiej szerokiej koalicji jak on. Ale Tusk miał 40 proc. poparcia bez lewicy, a nie razem z nią.

Uważa pan, że Grzegorz Schetyna popełnił błąd?

Zachowuje się podobnie jak Kaczyński w 2006 r. Można było zrozumieć potrzebę koalicji z Lepperem i LPR-em oraz chęć budowy obozu anty liberalnego. Lecz ostentacja temu towarzysząca zraziła część wyborców i rozjuszyła przeciwników. Zaś na zwycięstwo tak stworzonego bloku trzeba było czekać dziewięć lat. Rozumiem, że liderzy PO wystraszyli się Roberta Biedronia, a raczej tego, że powstanie blok na lewicy: od Biedronia, przez partię Razem, po SLD. Wtedy to być może byłoby jakieś zagrożenie, choć pewności nie ma. To wrażenie, że Wiosna może zepchnąć PO w cień, jest wywołane wyłącznie zamieszaniem medialnym, które przypadło na okres kłopotów Platformy. Przeszarżowała wtedy z rozbijaniem Nowoczesnej, co wywołało ogólną konfuzję. Ale to, że nastąpi wahnięcie sympatii społecznych w stronę Wiosny, jest mało prawdopodobne. Nie bez powodu Donald Tusk trzymał centrowy kurs i u szczytu popularności partii powtarzał: „Nasz rząd broni Polski przed ekstremizmami z lewa i z prawa”. Tego chcieli wyborcy.

Ale czy możliwość odsunięcia PiS od władzy nie jest najważniejsza?

To nie jest tak, że niechęć do PiS usprawiedliwia wszystkie działania, nawet wpuszczanie na listy każdego, choćby nie wiadomo jak się skompromitował wcześniejszymi aferami i porażkami. W USA w 2016 r. mówiono, że z Donaldem Trumpem mógłby wygrać każdy, ale demokraci wystawili Hillary Clinton. Być może z PiS mógłby wygrać każdy, ale Platforma wystawiła Leszka Millera.

Kto przy tych załadowanych wielkimi nazwiskami listach zdobędzie mandat?

To, kto zdobędzie mandat, ma znaczenie jedynie w przypadku PSL. Bo jeżeli Koalicja Europejska przegra z PiS, a ludowcy zdobędą np. trzy mandaty, to uznają, że w jesiennych wyborach parlamentarnych dadzą sobie radę sami, i wyjdą z koalicji. Ale skoro pyta pani o mandaty, to warto przypomnieć sobie doświadczenie innej koalicji, w której połączyły się naprawdę różne środowiska, czyli Lewicy i Demokratów. Okazało się, że podczas głosowania twardy elektorat SLD szukał na liście pierwszego swojego kandydata i wypychał go wyżej. Oczywiście były takie środowiska w Sojuszu, które cieszyły się z LiD, ale generalnie elektorat popierał swoich, choć uważał za takich także rozłamowców z SdPl. A to oznaczało, że tylko jedynki spoza starej lewicy mogły się obronić przed atakiem SLD-owca. I niektórym się udawało, a niektórym nie.

Uważa pan, że twardy elektorat PO może sprawić, że jedynki z innych partii nie zdobędą mandatu?

Tak było z Marianem Krzaklewskim w 2009 r. Dostał do Tuska jedynkę na Podkarpaciu, ale przeskoczyła go lokalna liderka PO Elżbieta Łukacijewska. Dla byłego szefa Solidarności, twórcy AWS, ta przygoda z kandydowaniem skończyła się jedynie drobnym upokorzeniem. Wracając do LiD, poziom wewnętrznych napięć po tej wyborczej rozgrywce był taki wysoki, że cały projekt się posypał. Twardy elektorat SLD nie wierzył, że mniejsze partie cokolwiek dołożyły do wyniku całej koalicji, a nawet jeżeli coś wniosły, to tylko dlatego, że dostały jedynki. Natomiast ci wszyscy, którzy zostali wypchnięci z list, mieli ogromne pretensje. Taka presja zabiła tę koalicję. Moim zdaniem Koalicja Europejska jest dokładnie na takim samym kursie. Rozmawiałem niedawno z asystentką jednego z europosłów, która mówi, że dookoła słyszy pretensje: „Ludzie, co, my z komuchami mamy iść?”.

Niejednemu nasuwa się taka interpretacja, że Zemke Schetynie nie zagrozi, a Zdrojewski mógłby, więc lepiej mieć na listach Zemkego niż Zdrojewskiego.

Nie wierzy pan w tłumaczenie Schetyny, że chciał ze Zdrojewskiego uczynić lokomotywę w wyborach parlamentarnych, czyli w najważniejszej bitwie?

Być może w tłumaczeniu Grzegorza Schetyny tkwi ziarno prawdy, ale cała prawda to na pewno nie jest. W Gdańsku jakoś nie wytypowano Janusza Lewandowskiego czy Jarosława Wałęsy do walki o krajowy parlament. Start Andrzeja Dudy do europarlamentu nie przeszkodził mu później w wygraniu wyborów prezydenckich. Trochę się dziwię Schetynie, bo jeśli powinie mu się noga, to wygryziony z list Zdrojewski może jesienią stać się lokomotywą o tyle, o ile wcześniej stanie na czele buntu przeciw Schetynie. A ponieważ do PE nie startuje, to trudno mu będzie powiedzieć, że PiS wygrał, bo on się mało starał. Tak czy inaczej, zasady układania list się nie zmieniły. Oparte są na szacowaniu lojalności, wcześniejszych zobowiązaniach czy starych układzikach. Mam wrażenie, że w tej kampanii oba wielkie bloki wcale się tak nie sprężają, jak to starają się przedstawić szeregowym aktywistom. Raczej kierują się filozofią, że skoro przeciwnicy robią takie głupstwa, to my też możemy sobie pozwolić na niejedno.

Na czym polegają głupstwa popełniane przez PiS?

Chociażby na piątce Kaczyńskiego, wymyślonej w ostatniej chwili. Wcześniej politycy PiS wypuszczali nieoficjalnie informacje o badaniach, że socjal już nie będzie działał, że Polacy oczekują spokoju i są przeciwni polaryzacji. Miał być spokój, ale nadeszła jedna afera KNF, potem druga ze spółką Srebrna. Niby to kapiszony, ale odpowiedziano na nie ostrzałem artyleryjskim, czyli piątką Kaczyńskiego. A towarzyszyły temu radosne komentarze „Zaoraliśmy opozycję”. Na razie tego w sondażach nie widać.

A może gdyby PiS nie ogłosił piątki, to byłoby już po nim?

A gdyby Schetyna inaczej rozegrał koalicję z SLD, to może też byłoby już po nim? Nie wiemy. Na razie obserwujemy po obu stronach wyścig głupich kroków, a do wyborów zostało sporo czasu i można ich narobić jeszcze wiele. Poza tym jest strajk nauczycieli. Temperatura się podnosi. Jeszcze nie widziałem takiej sytuacji, żeby wysoka temperatura sporu sprzyjała rządzącym. Choć zdarzyło się już, że opozycja przegrzała w swoim zapale. Tak było podczas okupacji sali plenarnej Sejmu na przełomie 2016 i 2017 r. Tyle że partia rządząca, gdy wygrała tę bitwę, natychmiast zaszarżowała na Tuska i za chwilę miała największy dołek sondażowy po wyborach 2015 r. Zupełnie jakby PiS z opozycją ścigały się na robienie głupstw. Ciekaw jestem, kto pierwszy nie odpowie głupotą na głupotę przeciwnika. Bo ten ma szansę wygrać.

Co będzie z innymi partiami w tych wyborach?

Partią, która w 2015 r. zgarnęła sporo elektoratu wahającego się, była Kukiz’15. Na razie wiele wskazuje na to, że Kukiz’15 może nie przeżyć wyborów europejskich. Z lewej strony podgryza go Biedroń kokietujący elektorat antysystemowy, z prawej Konfederacja, czyli Korwin z przyległościami, a jeszcze pewnie jakieś pół procenta zgarnie ugrupowanie Roberta Gwiazdowskiego Polska Fair Play. Głównym atutem nowej partii jest to, że jest nowa, a to już nie jest cecha Kukiz’15.

A co będzie z Wiosną?

Powstanie Koalicji Europejskiej uderzyło w podstawy projektu Biedronia. On sytuuje się nieco na lewo od starej Platformy, ale nie tak daleko na lewo, jak SLD. Czyli właściwie w samym centrum Koalicji Europejskiej, do której nie wszedł. Mało go od KE odróżnia. Do tego Wiosna to jest jednak partia „patrycjuszy”, nie „plebejuszy”. Udział wyborców z wyższym wykształceniem jest wśród jej zwolenników wyższy niż w przypadku PO. Marzenia Macieja Gduli, żeby się otworzyć na klasę ludową, niespecjalnie się jak dotąd spełniają.

Robert Biedroń twierdzi, że emeryci, najmniej zarabiający – wszyscy dostaną więcej pieniędzy. Nie przekonuje to pana?

Wszyscy obiecują, że będzie lepiej, pytanie, na ile to jest wiarygodne. A po Wiośnie widać, że prawdziwe emocje są tam związane ze sprawami obyczajowymi, a nie z ekonomią. Na konwencjach Biedronia nie zbierano podpisów pod dochodem podstawowym, tylko pod ustawą o świeckim państwie. Czasami grupa założycielska tak dobrze bawi się we własnym gronie, iż nie zauważa, że nie da się go powiększyć. I to chyba jest przypadek Biedronia.

A co będzie po wyborach europejskich z SLD? Czy gdyby ta partia chciała powalczyć samodzielnie o wyborców, będzie jeszcze do tego zdolna?

Nic na to nie wskazuje. SLD został brutalnie ogryziony ze wszystkich stron. Przykładowo w Małopolsce dwóch ostatnich sejmikowych radnych SLD w ubiegłorocznych wyborach samorządowych wystartowało z list PSL. Tu i ówdzie są jeszcze grupki aktywistów Sojuszu, nawet się spotykają, ale kandydatów w wyborach to już nie wystawiają. Jeżeli projekt Biedronia okaże się mało rokujący, to być może pojawi się nowa konfiguracja lewicowa. Ale nie wiem, czy emerytowany major Ludowego Wojska Polskiego, który zawsze głosował na SLD, zdecyduje się poprzeć Biedronia, czy jednak wybierze PSL.

Okładka tygodnika WPROST: 18/2019
Więcej możesz przeczytać w 18/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0