Nie ma jak Lwów

Nie ma jak Lwów

52,2 proc. Polaków uważa Kresy Wschodnie z Wilnem i Lwowem za polskie ziemie
Truman, Truman, spuść ta bania, bo to nie do wytrzymania. Jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa. Choć zastaniem same zgliszcza, jednak ziemia to ojczysta. Druga mała, ale silna, i wrócimy też do Wilna". Za opowiadanie tego wierszyka można było w drugiej połowie lat 40. trafić w ręce UB. Jednak dobrze oddawał on nastrój tych Polaków, którzy nie potrafili się pogodzić z utratą ponad 150 tysięcy kilometrów kwadratowych II RP. Tygodnik "Wprost" spytał Polaków (badanie przeprowadził instytut Pentor), jak obecnie traktują utratę kresów z Wilnem i Lwowem.

Dwa sentymenty, jedna wina

Gdy w styczniu 2007 r. na zlecenie tygodnika "Der Spiegel" przeprowadzono w Niemczech badanie, okazało się, że aż 40 proc. Niemców żałuje utraty ziem na wschód od Odry. Ale równocześnie 72 proc. uznało za słuszną decyzję władz RFN o traktatowej rezygnacji z tych obszarów. Niemcy zdają się dostrzegać, że sami są tej straty winni. Zupełnie inaczej jest z Polakami, którzy utracili swoje rodzinne strony na Kresach Wschodnich. Oni żadnej winy za to nie ponoszą. To, że aż 52 proc. Polaków wciąż uważa Kresy Wschodnie z Wilnem i Lwowem za polskie ziemie (odmienny pogląd prezentuje nieco ponad 30 proc.), wprawdzie zaskakuje, ale też nie jest trudne do wytłumaczenia.
W badaniu Pentora dla "Wprost" 58 proc. ankietowanych wyraża żal, że Wilno i Lwów, miasta symbolizujące polskie Kresy Wschodnie, nie należą już do Rzeczypospolitej. Nostalgia za utraconym wschodem jest nieco silniejsza wśród mieszkańców wsi, rośnie też wraz z wiekiem badanych. Co zaskakujące, nie mamy do czynienia z tęsknotą budowaną głównie na własnych wspomnieniach. Za Wilnem i Lwowem wciąż tęskni wprawdzie ponad 66 proc. Polaków mających ponad pięćdziesiąt lat, ale równocześnie 51 proc. badanych mających mniej niż 29 lat, a zatem wychowanych już w III RP.

Nostalgia - tak, zmiany granic - nie
Przed sześćdziesięciu laty nie prowadzono wśród Polaków badań sondażowych na temat ich stosunku do utraty Kresów Wschodnich. Ale wymowny pozostaje prawdziwy wynik referendum ludowego w 1946 r., który udało się odnaleźć po upadku rządów komunistycznych. Wynika z niego, że ponad 30 proc. głosujących odpowiedziało "nie" na pytanie dotyczące akceptacji granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Nietrudno się domyślić, że zdecydowana większość z nich wyraziła w ten sposób - zresztą zgodnie z apelem podziemia narodowego - swój sprzeciw wobec okrojenia Polski na wschodzie.
We współczesnej Polsce zaledwie kilka procent rodaków pamięta jeszcze czasy II RP bądź urodziło się na terenach zajętych przez ZSRR. Jednak tradycje rodzinne, a także rozwijana po 1989 r. świadomość trwającej przez wieki naszej obecności na tych terenach oraz wciąż pokaźna polska mniejszość na Litwie, Białorusi i Ukrainie, sprawiły, że zaskakująco wielu z nas wciąż uważa Kresy Wschodnie z Wilnem i Lwowem za polskie ziemie.
Dla wielu osób przekonanych, że takie sprawy jak los lwowskiego Cmentarza Orląt obchodzą już tylko najstarszych Polaków mających korzenie na wschodzie, rezultaty badań Pentora dla "Wprost" mogą być szokujące. Czy jednak znaczą one, że czekają nas już wkrótce spory terytorialne z Litwą bądź Ukrainą? Oczywiście, że nie, i to nie tylko dlatego, że o Kresach częściej myślą z natury nostalgicznie nastawione kobiety (60 proc.) niż mężczyźni (43 proc.). Z innych badań wynika, że w ostatnich latach z coraz większą sympatią odnosimy się zarówno do Litwinów, jak i Ukraińców. Tęsknota za Kresami Wschodnimi jest bowiem częścią naszej tożsamości narodowej i nie powinna być interpretowana, zwłaszcza przez naszych wschodnich sąsiadów, jako wyraz dążeń połowy Polaków do zmiany granic w Europie.
Czym innym jest pamięć o tradycji polskiego wschodu, kultywowanie kultury kresowej, wreszcie dbanie o niszczejące świadectwa naszej obecności na tych terenach, a czym innym pomysły odzyskiwania tych obszarów, czego na szczęście nie podnosi żadna z dających oznaki życia sił politycznych we współczesnej Polsce. W tym kontekście należy też rozpatrywać wyniki badań na zlecenie tygodnika "Der Spiegel". Można oczywiście wskazywać, że 40 proc. Niemców żałujących utraty ziem na wschód od Odry to odsetek wciąż Đ z polskiego punktu widzenia Đ wysoki, ale od kilkudziesięciu już lat w niemieckim parlamencie nie ma partii, która zdecydowałaby się choćby na sugestie w kwestii korekty granic. Na szczęście niemieckiej pamięci o ziemiach utraconych po II wojnie światowej nie reprezentuje wyłącznie Erika Steinbach. Warte zastanowienia jest jednak to, jak wielkie środki strona niemiecka wciąż inwestuje w odbudowę i rekonstrukcję śladów swej obecności na polskich ziemiach zachodnich i północnych.

Polskość bez ziemi
"Niezależnie od tego, czy Lwów jest polski, czy nie, nasza zbiorowa polska pamięć o tym mieście musi być utrwalana i przekazywana kolejnym pokoleniom. Utraciliśmy jako Polacy Lwów, zyskując Wrocław. Utraciliśmy Wilno, zyskując Szczecin i Pomorze, ale to nie zmienia faktu, że polska kultura pozostała na ziemiach wschodnich. We Wrocławiu czy Szczecinie nie ma historii Polski, tam jest historia Niemiec, o którą Niemcy na tych ziemiach dbają" - tak mówił przed trzema laty Janusz Wasylkowski, dyrektor Instytutu Lwowskiego w Warszawie. Takich organizacji jak Instytut Lwowski jest w Polsce sporo: prowadzą działalność wydawniczą, organizują imprezy kulturalne, a przede wszystkim podtrzymują polską obecność na kresach, starając się na miarę ograniczonych możliwości angażować w ochronę polskiego dziedzictwa na tych terenach. W coraz większym stopniu ich działania wspierają instytucje państwowe, takie jak Ministerstwo Kultury, Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa czy Instytut Pamięci Narodowej. Prawda jest jednak taka, że bez zaangażowania na większą niż dotychczas skalę środków publicznych w ciągu najbliższych lat wiele śladów polskiej obecności na Kresach zostanie bezpowrotnie zatartych. W wielu wypadkach już tak się stało.

Europejska fatamorgana
Wyniki badań socjologicznych przeprowadzonych w Polsce dla "Wprost" i w Niemczech dla "Spiegla" wskazują, że akceptując członkostwo w Unii Europejskiej, zarówno my, jak i nasi zachodni sąsiedzi mamy nader sceptyczny stosunek do prób budowania tzw. świadomości europejskiej. Jak wynika z ankiety Pentora dla "Wprost", prawie 60 proc. naszych rodaków czuje się bardziej Polakami niż Europejczykami. U Niemców podobny wskaźnik wyniósł 65 proc. Z wyraźniejszą różnicą mamy do czynienia w gronie tych, którzy uważają się zarówno za członków wspólnoty narodowej, jak i za Europejczyków. Wśród Niemców taki punkt widzenia deklaruje zaledwie 6 proc., podczas gdy wśród Polaków prawie 36 proc. Z odwrotną proporcją mamy do czynienia wśród tych, którzy czują się przede wszystkim Europejczykami: pośród badanych Polaków jest ich zaledwie 4 proc., podczas gdy w Niemczech - 28 proc. To jednak wciąż o wiele za mało, by łudzić się, iż możliwe będzie - przez takie projekty jak karkołomna idea wspólnego europejskiego podręcznika historii - odgórne uformowanie świadomości europejskiej zamiast wciąż bardzo silnej tożsamości narodowej.
Język, kultura i tradycja dzielą narody Unii Europejskiej, ale dopóki w krajach członkowskich będzie istnieć system demokratyczny, a skrajni nacjonaliści będą wegetowali na marginesie sceny politycznej, dopóty w tych podziałach nie ma niczego złego. Tak jak nie ma niczego złego w tęsknocie połowy z nas za Wilnem i Lwowem. Problem zacznie się wtedy, gdy ktoś będzie próbował tę nostalgię wykorzystać do celów politycznych, głosząc absurdalne pomysły zmiany powojennych granic bądź też utopijną ideę zastąpienia świadomości narodowej fatamorganą europejskiej jednomyślności.
Okładka tygodnika WPROST: 10/2007
Więcej możesz przeczytać w 10/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0