Zaskakiwacz

Zaskakiwacz

Abp Kazimierz Nycz alergicznie reaguje na przejawy hołdownictwa
Kiedy ogłoszono, że Kazimierz Nycz został arcybiskupem warszawskim, prawie wszyscy mieszkańcy Starej Wsi postanowili pojechać do stolicy na ingres. Jeszcze nigdy żaden ich krajan nie zaszedł tak wysoko. Proboszcz miejscowej parafii Grzegorz Then zaczął nawet organizować autokary. - Niestety, musieliśmy odwołać wyjazd. Arcybiskup zadzwonił i poprosił, żebyśmy nie robili cyrków i nie przyjeżdżali - opowiada ks. Then.
Później okazało się zresztą, że żadnego ingresu nie będzie, tylko zwykła msza z podpisaniem aktu przejęcia archidiecezji. - Cały Kazimierz - komentuje Józefa Nycz, bratowa arcybiskupa. - Tak strasznie nie lubi celebry wokół własnej osoby, że aż się o niego w tej Warszawie boję.

Uczeń Wojtyły
Sposób bycia abp. Nycza to w Polsce zupełnie nowy styl sprawowania funkcji biskupiej - pozbawiony celebry, właściwy bardziej hierarchom z zachodniej Europy niż polskim "książętom Kościoła". - Bezpośredniość abp. Nycza wzięła się z prostej, religijnej rodziny, z jakiej się wywodzi - ocenia bp Tadeusz Pieronek. Kazimierz Nycz urodził się w niewielkiej Starej Wsi, położonej między Bielsko-Białą a Oświęcimiem. Rodzina Walerii i Franciszka Nyczów nie należała do zamożnych, dlatego dzieci od najmłodszych lat musiały pracować na roli. - Wstawaliśmy o czwartej rano, żeby przed szkołą pójść na pole. Po zajęciach od razu do pracy. Lekcje odrabialiśmy dopiero wieczorem - opowiada "Wprost" o sześć lat młodszy brat Stanisław, który do dziś prowadzi gospodarstwo. Dodaje, że nic nie wskazywało, by w młodym Kazimierzu dojrzewała decyzja o kapłaństwie. Nie był nawet ministrantem.
Nauczycielka geografii Władysława Nycz (zbieżność nazwisk przypadkowa: w Starej Wsi niemal wszyscy mieszkańcy to Nyczowie, Markielowie lub Mynarscy) pamięta, że Kazimierz od dzieciństwa miał cechy przywódcze. I bardzo chciał się kształcić. - Wprost chłonął wiedzę - mówi. - Zawsze przewodził w grupie - wspomina Edward Markiel, kolega metropolity ze szkolnej ławy. Z dzieciństwa wzięła się też jego fascynacja fotografią. Wspólnie z Edwardem zorganizowali ciemnię fotograficzną, do czego zachęcił ich ówczesny proboszcz Szczepan Wojtyłko. - Dla Kazika był wielkim autorytetem. Podczas prymicji to właśnie jemu dziękował w pierwszej kolejności - wspomina brat Stanisław.
Największy wpływ na jego osobowość wywarło jednak krakowskie seminarium. Rektorem był wówczas przyszły kardynał Franciszek Macharski, a arcybiskupem Karol Wojtyła. - Do dziś stara się być wiernym uczniem Karola Wojtyły, choćby w tym, że jest bezpośredni, szczery, alergicznie reaguje na wszelkie przejawy hołdów i zamieszania wokół własnej osoby - zauważa Jan Zając, krakowski biskup pomocniczy.
Koledzy abp. Nycza z jego rocznika zapamiętali go jako prymusa. Ks. Stanisław Salawa wspomina bardzo surowego profesora łaciny Tytusa Górskiego. - Wszyscy się go bardzo bali, dlatego każdy, kto mógł, uciekał z jego grupy. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy Kazimierz sam zapisał się na jego zajęcia - mówi ks. Salawa.
Ten niekiedy wręcz przesadny perfekcjonizm wyszedł na jaw tuż po święceniach, gdy koledzy brata postanowili sobie u niego załatwić egzamin z bierzmowania i poprosili, by ich przeegzaminował w zastępstwie proboszcza. - Liczyli, że pójdzie jak z płatka - mówi Stanisław Nycz. Młody ksiądz potraktował jednak sprawę z niezwykłą powagą. - Precyzyjnie przygotował pytania, przeprowadził ciężki egzamin. A na koniec wszystkich oblał - śmieje się Stanisław Nycz.

Metropolita w nowym stylu
Zdaniem bp. Pieronka, Nycz zaskoczy zarówno warszawskich księży, jak i wiernych. - W stolicy panował dotychczas "prymasowski", nieco wyniosły styl urzędu biskupiego, teraz trzeba się będzie przyzwyczaić do bezpośredniości Nycza - przewiduje biskup. Obejmując w 2004 r. diecezję koszalińsko-kołobrzeską, objechał każdą parafię. Kiedy chciał z kimś porozmawiać, zapraszał go do swojego domu, a nie, jak jego poprzednicy, do kurii. Zdaniem ks. Salawy, to też efekt wpływu Wojtyły. - Podobnie jak to, że stara się do wszystkich zwracać po imieniu, mieć osobisty kontakt z każdym księdzem - dodaje ks. Józef Guzdek, krakowski biskup pomocniczy.
Nowy warszawski metropolita ma jedną cechę, która teraz może stwarzać pewne problemy: prawie nigdy nie uprzedza o swoich wizytach. Józefa Nycz wspomina, jak po całym dniu wróciła kiedyś do domu. W drzwiach znalazła kartkę od szwagra: "Byłem, czekałem, odjechałem". - To pojawianie się znienacka jest czasem kłopotliwe - przyznaje bratowa. - Nie lubi zamieszania wokół swojej osoby i nie chce, żeby ktoś się do jego wizyty przygotowywał - tłumaczy abp. Nycza ks. Then, który czasem kilka minut przed niedzielną mszą dowiaduje się, że do rodzinnej parafii właśnie przyjechał biskup.
Spontaniczność abp. Nycza sprawiła, że nawet najbliżsi nigdy nie wyobrażali go sobie jako następcy prymasa Józefa Glempa. - Dwa dni przed ogłoszeniem nominacji Kazimierz dzwonił z Izraela i zapewniał, że Warszawa go ominie - opowiada Małgorzata Tlałka, młodsza o rok siostra arcybiskupa. Nic dziwnego, że nominacja na warszawskiego metropolitę zelektryzowała rodzinną wieś. Dlatego proboszcz starowiejskiej parafii przygotowuje niespodziankę: chce, by miejscową szkołę nazwać imieniem abp. Kazimierza Nycza. - Wiem, że nie będzie chciał się zgodzić, ale w tym wypadku chyba go nie posłuchamy - zapowiada ks. Grzegorz Then.
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także