Koniec sojuszy

Koniec sojuszy

Ameryka gotuje, Europa zmywa - taka będzie strategia NATO
Gdy skończyła się zimna wojna, politolog Francis Fukuyama ogłosił "koniec historii". Dziesięciolecia wcześniej socjolog Daniel Bell przepowiadał "koniec ery ideologii". Zanim to się ziści, może nastąpić inny koniec - koniec sojuszy.Sojusze wojskowe od ponad pięćdziesięciu lat odgrywają tak dużą rolę w dyplomacji i strategii bezpieczeństwa narodowego USA, że większości Amerykanów trudno będzie sobie wyobrazić świat bez nich. Ale taki świat nadchodzi. I nie jest on nieznany USA. Era zimnej wojny, gdy sojusze wojskowe stanowiły filary amerykańskiej strategii bezpieczeństwa, była odstępstwem od normy w kraju, który tradycyjnie podchodzi ostrożnie do długoterminowego zaangażowania militarnego.
W USA awersja do związków o charakterze wojskowym jest faktem od powstania tego kraju; zawarty w 1778 r. sojusz z Francją był wyjątkiem potwierdzającym regułę. Młoda amerykańska republika była zdecydowana przetrzeć nowy szlak i traktowała sojusze z odrazą - jako prowadzące do zaangażowania osłabiającego państwo, zamykającego je w pułapce brudnej polityki "starej Europy", żeby zacytować byłego amerykańskiego sekretarza obrony. Takie podejście zaprezentował w pożegnalnym przemówieniu George Washington, a także Thomas Jefferson w ostrzeżeniu przed "angażującymi sojuszami". Określało ono stosunek Ameryki do światowej polityki mniej więcej przez 150 lat.

Paktomania
Kiedy dzięki rewolucji przemysłowej powstały rodzaje broni i sposoby transportu, które zwiększyły zasięg i skutki militarnych zagrożeń, Amerykanie musieli na nowo rozważyć użyteczność sojuszy. Zawarliśmy sojusze, by walczyć w dwu wojnach światowych. Ale po pierwszej odrzuciliśmy je, jak dziwaczne i źle leżące ubranie. Nie mogliśmy, niestety, odrzucić ich po drugiej wojnie światowej. Z chwilą pokonania Niemiec i Japonii nasz dotychczasowy radziecki partner stał się zagrożeniem naszego bezpieczeństwa. Uznaliśmy, że w poradzeniu sobie z nim długoterminowe sojusze będą pomocne. Mając w pamięci okres międzywojenny, amerykańscy stratedzy obawiali się też, że w Europie zapanuje chaos w wyniku nagłego wycofania się stamtąd USA. Uważali ponadto, że równowaga sił przechyli się na niekorzyść Stanów Zjednoczonych, jeśli ZSRR rozciągnie swoje wpływy, nie wspominając o kontroli, na Europę Zachodnią i Japonię.
Druga wojna światowa dostarczyła nam otrzeźwiającej nauki na temat niebezpieczeństw związanych z brakiem równowagi dla potęgi Niemiec. W nowej sytuacji stała, znacząca, dostrzegalna i unormowana traktatowo amerykańska obecność militarna w Europie działała uspokajająco. W takich okolicznościach powstało NATO. Cel paktu scharakteryzował lord Ismay, pierwszy sekretarz generalny paktu: "Trzymanie Rosjan z dala, Niemców pod kontrolą, a Amerykanów jak najbliżej".
NATO okazało się zwiastunem transformacji w amerykańskiej teorii i praktyce rządzenia. USA nie tylko pozbyły się niechęci do sojuszy, lecz z gorliwością neofity przystąpiły do ich tworzenia. Ten zapał doprowadził do powstania SEATO i ANZUS oraz amerykańskich traktatów z Japonią i Koreą Południową. Do CENTO (utworzonego przez Wielką Brytanię, Iran, Turcję, Pakistan oraz, do czasu obalenia monarchii w 1958 r., Irak) nie przystąpiliśmy, ale udzieliliśmy mu błogosławieństwa.
Amerykańska "strategia powstrzymywania" stosowana w okresie zimnej wojny umożliwiła osiągnięcie być może największego sukcesu USA w polityce zagranicznej - upadku systemu komunistycznego, któremu przewodził ZSRR. Strategia opierała się na sieci antykomunistycznych sojuszy rozlokowanych na peryferiach Związku Sowieckiego. Wszechobecność sojuszy zawiązanych przez Waszyngton lub z jego aprobatą skłoniła obserwatorów do nazwania tego etapu ewolucji amerykańskiej polityki zagranicznej "paktomanią".
Zgodnie z dominującym poglądem,
NATO i inne pakty, przy których istnieniu obstajemy, przystosują się do zmian, by móc trwać, i znajdą dla tego trwania nowe powody. Ten pogląd jest jednak błędny. Gdy zmieniają się okoliczności, wspólne cele, które są bardziej istotne dla sojuszy niż sentymenty, ulegają erozji. Mówiąc słowami dziewiętnastowiecznego brytyjskiego ministra spraw zagranicznych lorda Palmerstona, narody nie mają "odwiecznych przyjaciół, lecz tylko odwieczne interesy".

Zachód bez NATO?
Sprzeczka w sprawie Iraku była tylko jednym, choć fundamentalnym epizodem powolnego procesu rozwiązywania się NATO. Już przed laty kluczowi europejscy członkowie tego sojuszu zaczęli postrzegać świat inaczej niż USA. W 1998 r. francuski minister spraw zagranicznych Hubert Védrine określił Stany Zjednoczone jako "supermocarstwo" i mimo że późniejsi rzecznicy francuskiego rządu próbowali nadać temu terminowi neutralność, nie był on pomyślany jako komplement, lecz jako ostrzeżenie przed brakiem równowagi sił. Ta ocena, skrajna nawet jak na standardy gaullistowskie, nie była odosobniona.
Poglądy innych europejskich przywódców, w tym byłego kanclerza Niemiec Helmuta Schmidta, powściągliwego zwolennika NATO, odzwierciedlają znaczącą zmianę, która zaszła w Europie w podejściu do Paktu Północnoatlantyckiego. W okresie zimnej wojny amerykańska potęga uspokajała Europejczyków, a dziś ich drażni. Entuzjaści NATO są zajęci wymyślaniem nowych misji mających stabilizować chwiejący się sojusz: walki z terroryzmem, utrzymywania pokoju w krajach pustoszonych przez wojny czy w "państwach upadłych" oraz promocji liberalnej demokracji. Ale dla sojuszu wojskowego nie są to cele jednoczące. Nie wyzwalają pasji ani nie budują porozumienia. Sporządzany nowy zakres obowiązków NATO wykroczy poza Europę, ale w przeszłości operacje poza obszarem NATO powodowały tarcia.
Nie da się zaprzeczyć, że Amerykanie tracą cierpliwość w obliczu tego, co postrzegają jako niewdzięczne europejskie moralizowanie, podczas gdy Europejczyków drażni to, co uważają za amerykański zwyczaj definiowania solidarności jako porozumienia o automatycznej wzajemnej pomocy. W takich okolicznościach jeśli Stany Zjednoczone postanowią ukarać sojuszników, którzy mają czelność się z nimi nie zgadzać,
NATO stanie się w mniejszym stopniu sojuszem, a w większym złym małżeństwem. Zmiany przywództwa politycznego krajów europejskich, nowe określenie celów
NATO i strach przed gniewem Ameryki nie usuną podstawowego problemu. Nawet sojusz mający na koncie wspaniały sukces nie może przetrwać, gdy znikły strategiczne uwarunkowania, które ten sukces umożliwiły. Gen. Douglas MacArthur zauważył, że "starzy żołnierze nigdy nie umierają, lecz tylko odchodzą w zapomnienie". Można to odnieść do NATO.
Niektórym taki werdykt może się wydać dziwny. Przecież NATO się rozszerza. Do sojuszu szesnastu państw dołączyły w 1999 r. Czechy, Węgry i Polska, a w kwietniu 2004 r. siedem kolejnych krajów: Estonia, Łotwa, Litwa, Słowacja, Słowenia, Rumunia i Bułgaria. Niestety, rozszerzanie zapowiada, że NATO stanie się mniej spójne, a nie silniejsze. Przyjęcie nowych członków o rozmaitej historii jeszcze bardziej skomplikuje proces podejmowania decyzji, które natowska zasada jednomyślności i tak już czyni nieefektywnym. Nowi członkowie z Europy Środkowej i Wschodniej, regionu Bałtyku i Bałkanów nie zwiększają w sposób znaczny siły militarnej sojuszu ani nie zmniejszają jego głównych wad, takich jak mierna zdolność oceny własnej siły.

Wojna i pokój
Rozszerzanie NATO nie będzie też lekarstwem na zmniejszającą się użyteczność tego paktu dla bezpieczeństwa Ameryki. Sojuszowi brak odpowiedniego wyposażenia, by rozmieścić znaczną liczbę oddziałów poza Europą, a radykalna zmiana w tym zakresie jest nieprawdopodobna. NATO wymaga zaangażowania ponad 100 tys. amerykańskich żołnierzy, podczas gdy główne zagrożenia dla USA znajdują się dziś poza Europą. W związku z tymi zagrożeniami USA będą inwestować w siły morskie, samoloty dalekiego zasięgu i oddziały wyposażone w lekkie uzbrojenie. Ci, którzy starają się przekonstruować i ożywić NATO, sugerują podejmowanie wspólnych operacji poza Europą. Ale rozszerzanie NATO utrudni uzyskiwanie zgody na takie operacje, sporne nawet wtedy, gdy sojusz był mniejszy.
Ponieważ liczba członków Unii Europejskiej wzrosła z sześciu do dwudziestu pięciu, a w kolejce czekają następni, w Europie będzie jeszcze trudniej osiągać porozumienie konieczne do stworzenia sił militarnych zdolnych wspierać siły amerykańskie poza tym kontynentem. Rozszerzenie zasięgu NATO doprowadzi do różnic między Europą i Ameryką dotyczących podziału zadań. Amerykańscy stratedzy przewidują, że USA będą prowadziły wojny, a NATO będzie utrzymywało osiągnięty pokój. Ta formuła jest zrozumiała, biorąc pod uwagę niezdolność Europy do przeprowadzania kampanii w odległych miejscach, ale nie przemówi do Europejczyków. Przypisuje im ona bowiem zadania bardziej długotrwałe, zagmatwane i nie przynoszące sławy w układzie, w którym "Ameryka gotuje, a Europa zmywa", jaki pisze Timothy Garton Ash.
Rezultatem zmniejszającego się znaczenia NATO nie jest to, że USA mogą czy powinny działać same jako władca jednobiegunowego świata. Nie wynika też z tego, że Europa i Ameryka przejdą od zgody do niezgody ani że Zachód podzieli się na skutek walk, które naznaczyły wieki jego historii. Europa i Ameryka nadal są powiązane interesami, i to się nie zmieni, choć pojawią się problemy, w których kontynenty będą miały odmienne zdanie, a sama Europa też się wewnętrznie podzieli w tych kwestiach. Świat bez NATO nie musi być światem, w którym Europa i Ameryka staną się wobec siebie wrogie, ani też takim, w którym określenie "Zachód" okaże się anachroniczne. Dyplomaci po obu stronach Atlantyku będą musieli szukać zbieżnych interesów i na nich budować, a także starać się zapobiegać szkodom powstającym na skutek rozbieżnych interesów. Będzie to wymagało zdrowej dyplomacji, wyobraźni i pragmatyzmu, ale niekoniecznie paktu wojskowego.
Europejscy członkowie NATO stworzą sojusze - dwustronne i wielostronne - lub zawrą ciche przymierza służące własnej ochronie, a sojusz północnoatlantycki może stanowić podstawę do zorganizowania czysto europejskiej wspólnoty obronnej. Europa dysponuje pieniędzmi potrzebnymi do zagwarantowania sobie bezpieczeństwa, ale cierpi na brak woli. Zmniejszające się znaczenie NATO może wyzwolić w niej tę wolę i zakończyć militarną infantylizację kontynentu powstałą w rezultacie półwiecznej zależności od USA w kwestii bezpieczeństwa. Oczywiście, nie ma powodu, by Stany Zjednoczone nie mog-
ły - przez dyplomację, pomoc gospodarczą, sprzedaż broni, szkolenia wojskowe - wzmocnić zdolności najsłabszych państw europejskich do obrony. Rozszerzenie UE i umocnienie demokracji w jej krajach powinny stworzyć obszar, w którym wojna i zagrożenie oddalają się, tak iż obecność USA nie będzie już musiała stanowić warunku sine qua non pokoju w Europie.

Znajoma przyszłość
Znajome i na pozór wieczne sojusze są skazane na zagładę w ciągu następnego dziesięciolecia. Twierdzenie, że koniec sojuszy, którym przewodzi Ameryka, przyczyni się do powstania niemieckiej hegemonii i japońskiego militaryzmu wygląda na nie dający się zakwestionować truizm, ignoruje jednak zmiany, które nastąpiły w Niemczech i Japonii, w Europie i wschodniej Azji. Skazuje USA na podtrzymywanie zobowiązań mających wątpliwą wartość w świecie stojącym przed nowymi wyzwaniami. Pychą trąci sugestia, że bez amerykańskiej obecności w formie sojuszy wojskowych pojawią się w tych regionach wstrząsy polityczne.
Koniec amerykańskich sojuszy z ich obecnymi partnerami nie musi doprowadzić do separacji, nie mówiąc o wrogości między nimi a USA. Będą temu przeciwdziałać wzajemne związki i zależności, które powstały w ciągu dziesięcioleci. Konkluzja, że nasze zimnowojenne sojusze odejdą w zapomnienie zdecydowanie nie oznacza nawoływania do izolacjonizmu, który ani nie jest pożądany, ani możliwy w świecie wzajemnych zależności. Nie jest to też zalecenie dla USA, żeby odrzuciły kooperację i starały się przeobrazić świat w bardziej czy mniej zindywidualizowany. Tego po prostu nie da się zrobić.
Świat pozostanie jednobiegunowy przynajmniej w ciągu życia jednego pokolenia, bo nie widać na horyzoncie kandydata zdolnego przewyższyć amerykańską potęgę militarną i gospodarczą. Państwo, które nie należy do sojuszy wojskowych, lecz dysponuje bezprecedensową siłą, nie musi jednak okazywać buty.
Stany Zjednoczone znajdują się w końcowym okresie pewnej ery, lecz niekoniecznie na początku całkowicie innej. Amerykanie przez lata z powodzeniem realizowali swoje interesy, nie przynależąc do sojuszy militarnych. W tym sensie przyszłość, która macha do nas ręką, jest znajoma.
Okładka tygodnika WPROST: 14/2007
Więcej możesz przeczytać w 14/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także