Nasi obcy

Nasi obcy

Polacy zgermanizowani w XIX wieku robili karierę w Wehrmachcie i SS
Erich von dem Bach, kat powstania warszawskiego, o swoim polskim pochodzeniu przypomniał sobie późno. Przesłuchiwany przez polskiego prokuratora Jerzego Sawickiego w Norymberdze napomknął o polskich korzeniach swojej matki.
Tomasz Żuroch-Piechowski, biograf von dem Bacha, ustalił, że kat powstania warszawskiego miał polskie korzenie nie tylko po kądzieli, ale i po mieczu. Nie był on przy tym wyjątkiem. Polski rodowód mieli również tacy wysocy dowódcy SS i Wehrmachtu, jak Erich von Manstein (wybitny dowódca na froncie wschodnim i zbrodniarz wojenny), Werner Kampe (prawa ręka gauleitera Gdańska Alberta Förstera i kat Bydgoszczy) oraz Nikolaus von Falkenhorst (głównodowodzący Wehrmachtu w Norwegii). Za czyny, które popełnili w czasie II wojny światowej, zasługiwali na stryczek. Wszyscy jednak zmarli śmiercią naturalną, na wolności. Adolf Hitler przez długi czas nie czuł wielkiej niechęci wobec Polaków. Jako urodzony w Austrii miał znacznie więcej do czynienia z Czechami, którzy na tamtych terenach rywalizowali z żywiołem niemieckim. Kiedy w 1933 r. Hitler doszedł do władzy, stosunki polsko-niemieckie zaczęły się nawet poprawiać.
Hitler chciał zaproponować Polsce zdobycze terytorialne na Wschodzie w zamian za Wielkopolskę i polską część Pomorza, Śląska oraz tę część Mazur, która po plebiscycie przypadła Polsce. Po śmierci Piłsudskiego Hitler udał się na mszę żałobną w kościele św. Jadwigi w Berlinie. Był to ostatni odnotowany jego udział w ceremonii religijnej. Dopiero fiasko planów sojuszu z Polską przeciwko Sowietom sprawiło, że Hitler całą swoją nienawiść skierował przeciwko Polakom.

Freikorpsy Bacha-Zelewskiego
Przyszły kat powstania warszawskiego mógł się pochwalić nie tylko polskimi korzeniami matki - Elżbiety Eweliny Szymańskiej. Jak dowiódł Żuroch-Piechowski, rodzina von Zelewskich wywodziła się z Pomorza. Ojcem Ericha był Otton Jan Józefat von Zalewski, akwizytor ubezpieczeniowy. Młody von dem Bach-Zelewski szybko jednak uległ pruskiej propagandzie i znienawidził wszystko, co polskie. Jako piętnastolatek zgłosił się na ochotnika do wojska. Po przegranej wojnie zaciągnął się do Freikorpsu, który walczył z polskimi powstańcami na Śląsku. Do NSDAP wstąpił w 1930 r., a rok później był już w SS. W 1934 r. po "nocy długich noży" awansował, zostając generałem - SS-Gruppenführerem.
W 1939 r. von dem Bach-Zelewski został pełnomocnikiem ds. umacniania niemczyzny na Wschodzie, co oznaczało de facto urząd ds. wypędzenia Polaków. W 1940 r. wystąpił o zmianę nazwiska przez odcięcie polsko brzmiącego członu.
To von dem Bach zaaprobował plan stworzenia fabryki śmierci w Auschwitz. Od chwili inwazji na Sowiety był odpowiedzialny za Einsatzgruppen, czyli jednostki mordujące Polaków i Żydów. Dopiero wtedy po raz pierwszy pojawiły się u niego wątp-
liwości. Udział w egzekucjach dzieci i kobiet źle zniósł psychicznie i poprosił o przeniesienie do oddziałów walczących z partyzantami. Z chwilą wybuchu powstania warszawskiego skierowano go do jego tłumienia. Do Warszawy przybył 5 sierpnia. Później utrzymywał, że objął dowództwo 10 dni później. Miało to sprawić wrażenie, że nie był odpowiedzialny za rzezie przeprowadzone przez ludzi Reinefartha, Dirlewangera i Kamińskiego. Po powstaniu skierowano go na Węgry, które postanowiły zerwać sojusz z III Rzeszą.
Równo rok po wybuchu powstania warszawskiego von dem Bach został aresztowany. Tajemniczy układ z Amerykanami sprawił, że nigdy nie poniósł odpowiedzialności za największe zbrodnie. Uzyskał coś w rodzaju statusu świadka koronnego. Władze komunistycznej Polski ten status zaakceptowały. W 1947 r., kiedy sądzono gubernatora Warszawy Ludwiga Fischera, kat powstania warszawskiego dotarł do stolicy Polski - jako świadek. Po powrocie do Niemiec został skazany na 10 lat więzienia, lecz jako połowę wyroku zaliczono mu czas spędzony w areszcie. Pozostałą karę zamieniono mu na iluzoryczny areszt domowy. W 1961 r. skazano go - na dożywocie za udział w zabójstwie komunistów. Władze więzienne ze względu na stan zdrowia skierowały go do szpitala, gdzie zmarł w 1972 r.

Marszałek z polskiej szlachty
Przodkowie jednego z najsłynniejszych niemieckich marszałków, znanego jako Erich von Manstein, w wielu źródłach występują jako Polacy. Erich von Lewinski, bo takie nazwisko nosił w chwili urodzenia, z krajem przodków poza nazwiskiem niewiele miał wspólnego. Zarówno jego dziadek Alfred August Lewiński, jak i ojciec Alfred Edward Lewiński przez Henryka Koska, autora monumentalnego dzieła "Generalicja polska", są wymieniani jako Polacy służący w armii pruskiej.
Erich von Manstein wcześnie został wysłany na wychowanie do swojego bezdzietnego wuja noszącego nazwisko von Manstein. Wkrótce został przez niego adoptowany i od tej chwili posługiwał się nazwiskiem von Lewinski, zwany Manstein. Wraz z rosnącymi nastrojami antypolskimi coraz częściej używał jedynie nazwiska wuja. Co ciekawe, to, że von Manstein miał polskich przodków, potwierdziło SS. W 1943 r. pojawiły się plotki, że Manstein pochodzi z rodziny o korzeniach żydowskich. Rozpuszczali je przeciwnicy Mansteina, zazdrośni o jego sukcesy w czasie kampanii polskiej (dowodził Grupą Armii Południe), francuskiej (był autorem ominięcia linii Maginota) oraz rosyjskiej. Himmler polecił zbadać genealogię marszałka. Jedyne, co udało się potwierdzić, to jego polskie pochodzenie.
Manstein nie miał na sumieniu tak strasznych zbrodni jak jego daleki krewny von dem Bach, jednak również odpowiadał za działalność Einsatzgruppen. W czasie powojennego procesu zapewniał, że o zbrodniach nie wiedział. Sąd uznał go za winnego i skazał na 12 lat więzienia. Całego wyroku Manstein jednak nie odsiedział. Wyszedł już w 1953 r. ze względu na stan zdrowia. Nie był chyba jednak aż tak bardzo chory, skoro zaangażował się w budowę Bundeswehry jako doradca kanclerza Adenauera. Zmarł zaś 20 lat po opuszczeniu więzienia.

Prawa ręka Förstera
Werner Kampe na świat przyszedł w 1911 r. na Pomorzu jako Werner Kaminski. Polskie korzenie nie przeszkodziły mu w zrobieniu błyskotliwej kariery w partii nazistowskiej w wolnym mieście Gdańsku. Do NSDAP wstąpił w 1931 r., a rok później był już członkiem SS, zaś od 1934 r. adiutantem Alberta Förstera, gauleitera Gdańska. De facto z jego upoważnienia - już jako Danziger-Kreisleiter - sprawował w Gdańsku władzę. W tym czasie polsko-niemiecki konflikt o wolne miasto stopniowo przybierał na sile. Kamiński chciał dać jednoznacznie do zrozumienia, po której stronie się opowiada, i w 1937 r. dokonał urzędowej zmiany nazwiska na Kampe. O zaufaniu, jakim darzyli go przełożeni z SS, świadczy to, że po wybuchu wojny został skierowany do Bydgoszczy z zadaniem rozprawiania się z Polakami, sprawcami "krwawej niedzieli". Innym jego atutem było to, że rozumiał język polski. Rozpętał w Bydgoszczy terror - masowe egzekucje Polaków na bydgoskim Fordonie nie służyły ukaraniu rzekomych winnych "krwawej niedzieli", lecz masowej eksterminacji ludności polskiej, a przede wszystkim elit. Kampe miał na sumieniu kilka tysięcy ofiar rozstrzelanych pod byle pretekstem, a często i bez niego. Nigdy nie udało się go skazać, choć w latach 60. było prowadzone śledztwo w jego sprawie. Dożył sędziwego wieku na wolności, pracując jako szef jednej z firm ubezpieczeniowych w Hanowerze.

Kat Norwegów
Nikolaus von Falkenhorst urodził się w 1885 r. we Wrocławiu. Wtedy jego rodzina nosiła nazwisko von Jastrzembski. Jastrzembscy, którzy mieszkali w Legnicy, mimo ewidentnie polskich korzeni uważali się za pruską rodzinę szlachecką. Co ciekawe, znali się z rodziną Mansteina. W 1903 r. Jastrzembski został przyjęty do pruskiej armii. Nazwisko mu przeszkadzało, dlatego je zmienił. Pomogło mu to w karierze wojskowej. To on kierował inwazją na Norwegię, a potem był faktycznym jej namiestnikiem wojskowym. Przez pewien czas sprawował również nadzór nad Finlandią. Po wojnie został skazany przez Brytyjczyków na śmierć za morderstwo jeńca wojennego. Karę zamieniono na 20 lat więzienia. Na wolności znalazł się jednak już w 1953 r. - ze względu na ciężki stan zdrowia. Jak był on ciężki - świadczy to, że przeżył kolejne 15 lat, dożywając wieku 83 lat.
Fakt, że ludobójcy mieli polskie korzenie, o niczym nie świadczy. Nikt przecież nie będzie gloryfikował Dzierżyńskiego czy Marchlewskiego, bo w Sowietach "pełnili obowiązki" Polaków. Podobnie jak nie jest przeszkodą w czczeniu zasług to, że generał Anders pochodził z rodziny niemieckiej, a biskup polskiego Kościoła luterańskiego Juliusz Bursche zginął z rąk nazistów jako polski patriota.
Okładka tygodnika WPROST: 16/2007
Więcej możesz przeczytać w 16/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 6
  • Amen IP
    W wojsku polskim bylo tez wielu oficerow z nie polskim nazwiskiem czy korzeniami. Wazne jest, czym sie ci ludzie z tej czy innej armii czuli
    • j IP
      Von dem Bach - Zelewski pochodził z mojego miasta, Lęborka
      • Robi IP
        W artykule jest błąd merytoryczny: w czasie wojny obronnej \'39 (a nie kampanii wrześniowej - kampania to wojna \"na zewnątrz\") von Manstein nie dowodził GA \"Południe\", jak napisano, ale był szefem jej sztabu. GA Południe dowodził Von Rundstedt.
        • bez-nazwy IP
          Manstein sam był świadomy swych słowiańskich korzeni i w przeciwieństwie do von dem Bacha przyznawał się do tego.Uznawał je jedynie za szczątkowe.Dierżyński i Marchlewski to 100% Polacy i nie pasują do tej publikacji ponieważ nie uznawali się za Rosjan.Nie zmienili też nazwisk.Von dem Bach pozbył się na własną prośbę Zelewskiego.Polskie nazwiska spotykamy wśród asów Luftwaffe ,UBOT-waffe i myślę,że aż tak bardzo nie przeszkadzały one w robieniu katiery.