Bezrząd tymczasowy

Bezrząd tymczasowy

Dodano: 
Polska zapadła na przedwyborczy paraliż władzy

Kto zwycięży we wrześniowych wyborach parlamentarnych? Odpowiedź na to pytanie politycy i wyborcy oczywiście znają, co aż nadto determinuje ich działania i oceny. Widać gołym okiem, że rządzący myślą już tylko o tym, jak zdobyć pierwsze miejsce w opozycji. Wybory będą formalnością, pewnego rodzaju odświętnym rytuałem. Aby demokracji stało się zadość.

Syndyk masy upadłościowej
Największym utrapieniem szefa rządu jest dziś nawet nie tyle uzyskanie poparcia dla swych poczynań w parlamencie - bo w tym wypadku arytmetyka jest nieubłagana - ile zdobycie większości w samym gabinecie. Część tworzących go polityków kandyduje bowiem w wyborach z list opozycyjnych komitetów. Bronisław Komorowski, minister obrony narodowej, i Jacek Saryusz-Wolski, szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej, są politykami Platformy Obywatelskiej, przy czym Komorowski należy też do SKL. Lech Kaczyński, odwołany właśnie minister sprawiedliwości, wykorzystał popularność zdobytą w czasie piastowania urzędu podczas tworzenia ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość. Artur Balazs, minister rolnictwa i rozwoju wsi, to polityk SKL, lecz w przeciwieństwie do Komorowskiego pozostający w konflikcie z PO. Kazimierz Michał Ujazdowski, który postanowił zrezygnować ze stanowiska ministra kultury i dziedzictwa narodowego na znak protestu przeciwko zdymisjonowaniu Lecha Kaczyńskiego, jest twórcą Przymierza Prawicy, sprzymierzonego z Prawem i Sprawiedliwością byłego ministra sprawiedliwości. Ta lista wewnątrzrządowej opozycji nie jest bynajmniej pełna, co świadczy o potędze kombinatorycznych zdolności Jerzego Buzka, który musi te wszystkie podziały ogarniać w mgnieniu oka.
Oczywiście premier teoretycznie mógłby dokonać roszad personalnych, jednak woli tego nie czynić, gdyż jeszcze bardziej zdezorientowałoby to elektorat i tak coraz mniej rozumiejący podziały prawicy. W dodatku zapewne zainicjowałoby to przetargi między politykami AWSP, które zostałyby ocenione jako kompromitująca walka o stołki. A przede wszystkim, czy warto zmieniać ministrów, gdy z góry przegrane wybory są za pasem? Ministrowie pozostają więc w swych fotelach tak długo, jak długo im się to politycznie kalkuluje. Lechowi Kaczyńskiemu, ministrowi sprawiedliwości, przestało się kalkulować, więc swym zachowaniem - choćby wysyłając do swego zwierzchnika list, którego niektóre sformułowania były zwyczajnie obraźliwe i aroganckie (premier "nie ukrócił działań w oczywisty sposób kwestionujących zasady praworządności") - nieomal zmusił szefa rządu do udzielenia mu dymisji. A i to nie od razu, gdyż premier przez kilka dni próbował mediować między zwaśnionymi ministrami Kaczyńskim i Pałubickim. Teraz, dzięki dymisji, Kaczyński będzie chodził w glorii męczennika za słuszną sprawę, co może scementować nieco już stopniały elektorat jego partii, czyli Prawa i Sprawiedliwości.
Bez konsekwencji natomiast pozostają wypowiedzi podważające wiarę w istnienie czegoś takiego jak finanse polskiego państwa. Aleksandra Wiktorow, prezes ZUS, publicznie ogłosiła, że nie do końca wiadomo, gdzie krąży kilka miliardów złotych należnych otwartym funduszom emerytalnym i nie do końca też wiadomo, kto jest winnym płatniczych zaległości ani kiedy zostaną one wyegzekwowane. To tak, jakby powiedzieć: obywatele oraz wielce czcigodni zagraniczni inwestorzy, nad waszymi ciężko zarobionymi pieniędzmi nikt nie sprawuje kontroli i nie wiadomo, gdzie one są. Okazuje się, że można publicznie głosić takie opinie i nadal piastować jedno z najważniejszych stanowisk w polskiej gospodarce. Bo czy, uwzględniając, jak niewiele czasu pozostało do 23 września, warto znów gorączkowo poszukiwać następnego prezesa ZUS? Tak działa bezrząd.

Syndrom Godota, czyli czekanie na decyzje
Pół biedy, że premier nie podejmuje decyzji, który minister opozycjonista czy urzędnik ma spakować teczkę, zabrać z biurka pamiątkowe zdjęcia i opuścić gmach Rady Ministrów. Cała bieda z tym, że zabrakło choćby prób podejmowania decyzji w sprawach, które rzeczywiście obchodzą obywateli: w kwestii wysokości podatków czy wręcz reformy systemu podatkowego bądź nowelizacji szkodzącego (w obecnym kształcie) gospodarce kodeksu pracy. Przed przegranymi wyborami ministrowie wyraźnie nie mają ochoty eksperymentować z forsowaniem kontrowersyjnych projektów ustaw na forum Sejmu.
Objawy zniechęcenia do podejmowania prób skuteczniejszego sprawowania władzy widać również w kwestii deficytu budżetowego. Ustawę budżetową należałoby jak najszybciej znowelizować, lecz rząd już najwyraźniej nie czuje się w tej sprawie w pełni kompetentny. Jarosław Bauc, de nomine minister finansów, odbywał w sprawie deficytu budżetowego narady z Markiem Belką, pro forma jeszcze doradcą ekonomicznym prezydenta, lecz de facto ministrem finansów w przyszłym rządzie Leszka Millera. Kto dziś naprawdę steruje finansami państwa? Niesłychanie trudno odpowiedzieć na to pytanie. Nie ma natomiast wątpliwości - o czym z Londynu przekonuje Jan Krzysztof Bielecki, były premier - że Marek Belka jest dziś równie uważnie, a może nawet uważniej słuchany przez giełdowych analityków niż Jarosław Bauc.

Fikcja parlamentarna, czyli obiboki i masarze
Im bliżej wyborów, tym więcej posłów nagminnie przychodzi na posiedzenia komisji sejmowych tylko po to, by podpisać listę obecności i umknąć na kolejne "ważne spotkanie". Posłowie centroprawicy kalkulują: po co się męczyć, skoro być może przyjdzie się pożegnać z Sejmem? Deputowani sojuszu przewidują: po co tracić czas, skoro za dwa miesiące i tak zaczniemy wszystko od nowa? Mało kogo irytuje myśl, że paraliżowanie prac komisji jest niczym innym jak paraliżowaniem państwa. Nerwowością wykazał się tylko poseł Jan Maria Rokita, który na znak protestu przeciw absencji deputowanych zrezygnował z przewodzenia Komisji Spraw Wewnętrznych i Administracji, przy okazji wymyślając posłom od obiboków, nierobów i leserów.
Rokita nie ma racji, gdyż są posłowie, którzy w miarę zbliżania się wyborów nie lenią się, lecz coraz ciężej pracują nad ustawami, nie bojąc się trudu kierowania komisjami. Na przykład Gabriel Janowski, niegdyś poseł AWS, a teraz nie zrzeszony, nieustannie kieruje Komisją Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Ponadto ten znany z oryginalnych myśli poseł systematycznie podejmuje próby okupowania pomieszczeń rządowych, co kończy się interwencją policji. Rząd jednak potrafił w tej sprawie przejawić zdecydowanie, determinację, odwagę, a nawet odrobinę brutalności. Okupantowi Janowskiemu policjanci wykręcili ręce i wyprowadzili z kancelarii premiera. Lecz w Sejmie już nikomu nie chce się usunąć walecznego posła z funkcji przewodniczącego jednej z najważniejszych komisji. Większość jej członków macha ręką: nie warto, bo i tak wybory tuż, tuż. Dlatego podejmowane przez nielicznych próby zmiany przewodniczącego kończyły się niepowodzeniem z powodu braku kworum. A brak kworum wywoływał spory o metodę głosowania nad wnioskiem o odwołanie. - Ręcznie, ręcznie, najlepiej lewą ręką - podpowiadał sam Janowski.
Niepotrzebnie Rokita oskarża posłów. Faktem jest, że na posiedzenia liczącego plus minus 150 posłów Klubu Parlamentarnego AWS przychodzi raptem jedna trzecia z nich, ale za to jego przewodniczący, Marian Krzaklewski, daje niezwykłe dowody pracowitości, polegającej na produkowaniu kiełbasy wyborczej. Wraz z posłami Karolem Łużniakiem i Maciejem Jankowskim zgłosił projekt zmiany ustawy restrukturyzującej górnictwo: górnicy byliby jedyną grupą zawodową mającą ustawowe gwarancje stałych podwyżek na poziomie nie mniejszym niż inflacja. Że nie ma na to pieniędzy? Niech się Miller o to martwi. Niektórzy oceniają, że niegdysiejszy twórca AWS i rządu usunął się - jak gdyby nigdy nic - w cień, czekając na czas kontestowania rządów lewicy. A to nieprawda, gdyż na początku czerwca Krzaklewski dzielnie walczył o utworzenie w Rzeszowie (z którego kandyduje w wyborach) uniwersytetu. Walczył, gdyż - jak zaznaczył z sejmowej mównicy - "odczuwa się zmęczenie społeczeństwa próbami odsuwania daty powołania tej uczelni".

Gruszkomania, czyli pseudoopozycja SLD
Politycy SLD, wiedząc już, że wygrali wybory, zaczynają sprzątanie po prawicy od roztrząsania kwestii bliskich ogrodnikom. Otworzył niegdyś tę dyskusję Leszek Miller, ogłaszając, że "skoro SLD obieca gruszki na wierzbie, one tam wyrosną". Teraz, w przededniu wyborów, Włodzimierz Cimoszewicz wraz z Bogdanem Góralczykiem orzekli w opublikowanym na łamach "Gazety Wyborczej" tekście, że "chociaż po wyborach będzie jesień, żadne gruszki na wierzbach nie wyrosną". Temat śmiało podjął prof. Marek Belka, doradca ekonomiczny prezydenta, który przestrzegł polityków SLD, że "każdy miliard, który dzisiaj obiecujemy ludziom w przyszłym roku i za dwa lata, to są gruszki na wierzbie". Pojednawcze stanowisko zajął Marek Borowski, wicemarszałek Sejmu, stwierdzając, że "nawet jeśli obiecamy gruszki na wierzbie, to one tam wyrosną. Wiemy, że one tam nie wyrosną, dlatego w naszym programie nie obiecujemy gruszek na wierzbie". Dodać wypada, że na łamach "Życia" Aleksandra Jakubowska, posłanka SLD, zauważyła, iż jest wierzba, która rodzi gruszki, a rośnie ona koło Kórnika.
Politycy sojuszu, jeszcze niedawno tak wiele mówiący o swej "społecznej wrażliwości", coraz częściej sprzeciwiają się pomysłom, których realizacja musiałaby uderzyć w budżet państwa. Co z tego, że deputowani AWS chcą zwiększać pomoc socjalną? "To nierealne i nie do przyjęcia. SLD opowiada się za pomocą dla potrzebujących, ale wszystko ma swój czas" - stwierdził Marek Borowski. Parafrazując przysłowie, można powiedzieć, że dobrymi gruszkami powyborcze piekło jest wybrukowane. Liderzy sojuszu pamiętają o tym.

Antypaństwowość, czyli syndrom ostatniej chwili
Często ustępujący z najwyższych urzędów podejmują w ostatnich chwilach sprawowania władzy decyzje przysparzające następcom ogromnych kłopotów lub dające podstawy do podejrzeń, że nie chodzi o rządzenie państwem, lecz załatwianie partyjnych interesów. Bywa wszakże i tak, że przygotowujący się do przejęcia gabinetów dotychczasowi opozycjoniści podważają legalność działań odchodzącego rządu. Zarówno jedne, jak i drugie działania stawiają pod ogromnym znakiem zapytania zasadę ciągłości władzy i zaufanie do Polski na arenie międzynarodowej. Przykład z nieodległej przeszłości: pracujący po rozwiązaniu parlamentu rząd Hanny Suchockiej podpisał 28 lipca 1993 r. konkordat ze Stolicą Apostolską, co wzbudziło wątpliwości prawników, dało lewicy pożywkę do zaciekłych ataków, a po przejęciu przez nią władzy - wielomiesięcznych rozważań, czy konkordat jest w ogóle do przyjęcia.
Bywa i tak, że odchodzący rząd nie podejmuje decyzji kontrowersyjnych, lecz takie, które mieszczą się w ramach rutynowej działalności. Ale nawet wtedy opozycja potrafi traktować rząd tak, jakby jego ministrowie nie mieli prawa nawet oddychać. Dziś Leszek Miller kwestionuje zasadność podpisanej przez odchodzący rząd Buzka umowy na dostawy gazu z Danii. "Jeszcze dokładnie nie wiemy, ale przyjrzymy się tej umowie i wszystkim umowom zawartym przez rząd Buzka, i wtedy zdecydujemy, czy je uznać" - głosi wszem i wobec Miller, a zagranicznym kontrahentom ze zdziwienia oczy wychodzą z orbit.
Tymczasem warto przypomnieć politykom SLD, jakie decyzje podejmował w ostatnich dniach urzędowania rząd Włodzimierza Cimoszewicza. Pakując manatki, premier lewicowej koalicji mianował jeszcze 18 dyrektorów generalnych w ministerstwach i urzędach centralnych, a szef służby cywilnej wręczył nominacje 23 dyrektorom generalnym w urzędach wojewódzkich. Zgodnie z ustawą o służbie cywilnej byli oni nieusuwalni. Dodać wypada, że szczęśliwymi apolitycznymi urzędnikami zostali zasłużeni ludzie lewicy. Również kilka dni przed dymisją tegoż gabinetu Wiesław Kaczmarek, ówczesny minister gospodarki, niespodziewanie zgodził się na bezcłowy import części do montażu samochodów Hyundai, chociaż nieco wcześniej twierdził, że jest przeciwny takiemu importowi. Równie niespodziewanie podpisał umowę w sprawie uzbrojenia śmigłowca Huzar w izraelskie rakiety Rafael. Tak niespodziewanie, że nawet premier Cimoszewicz publicznie ujawnił swe zaskoczenie. Rezultat? Umowa polsko-izraelska nie została zrealizowana przez kolejny rząd.
Tak oto polscy politycy - albo z chęci zaszkodzenia przeciwnikom, albo wikłając się w bardzo niejasne interesy - wzajemnie, mijając się w drzwiach gabinetów władzy, podkładają sobie miny. Ich eksplozje wstrząsają potem całym państwem.

Pseudorządokracja
Przekształcenie rządu w bezrząd, działalność w nim polityków rządowo-opozycyjnych oraz szlifowanie umiejętności grania interesami państwa wynika z rodzimej pomysłowości. Skarbnicę doktryn politycznych Polacy wzbogacili o własną koncepcję: pseudorządokracji. Jest to taki system, w którym Rada Ministrów dzięki zapisom konstytucji jest tak silna, że niemal nie do odwołania, choć zarazem faktycznie tak słaba, iż odwołana być powinna. Polacy, mając dość częstej zmiany rządów, przedterminowych wyborów i tego wszystkiego, co wprowadzała "mała konstytucja", przesunęli się od ściany sejmokracji do ściany rządokracji. W praktyce, aby gabinet Buzka odwołać, trzeba by doprowadzić do skrócenia kadencji Sejmu. Tak się jednak składa, że posłowie od pozbawienia się mandatów wolą istnienie rządu, nawet nie mającego żadnego poparcia w Sejmie, czyli istnienie rządu ponadsejmowego.
I to jest pułapka, bo jeżeli rząd i tak jest niemal nie do obalenia, a Sejm nie do rozwiązania, to nawet będąc politykiem formalnie prorządowym, nie trzeba być szczególnie wobec rządu lojalnym. Wręcz przeciwnie - opłaca się go demagogicznie atakować. W sytuacji, gdy wiadomo, że władzę przejmie opozycja, system pseudorządokracji sprzyja dezintegracji obozu rządzącego i osłabieniu władzy wykonawczej.

Wybory, czyli marnowanie czasu i pieniędzy
Politycy centroprawicy tak dalece pogodzili się z myślą o przegraniu wyborów, że już nawet zaprzestali spekulacji, czy możliwe byłoby zapobieżenie marszowi SLD ku władzy poprzez stworzenie szerokiej koalicji antyeseldowskiej. Nie udała się sanacja prawicy Januszowi Tomaszewskiemu, skoro na spotkanie, którego wynikiem miało być powołanie nowego, prężnego klubu parlamentarnego, przybyło nie piętnastu, lecz sześciu jego zwolenników. I tylko prof. Andrzej Wiszniewski, przewodniczący komitetu wyborczego AWSP, a prywatnie znany kolekcjoner aforyzmów, wołał w Gdańsku do działaczy akcji: "Co jest naszym celem? Pytam was!". I odpowiadał sam sobie, gdy zaległa cisza: "Naszym celem jest zwycięstwo!".
Skoro - jak wskazują wszystkie sondaże opinii publicznej oraz co potwierdza zachowanie większości polityków - wynik wyborów jest rozstrzygnięty, lepiej byłoby ich nie przeprowadzać, zaoszczędzając w ten sposób czas i pieniądze, a w dodatku uniemożliwiając ludziom z pierwszych stron gazet prowadzenie działalności antypaństwowej.

Okładka tygodnika WPROST: 28/2001
Więcej możesz przeczytać w 28/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także