"Nie przeproszę Kuroniów"

"Nie przeproszę Kuroniów"

Fot. A. Jagielak/Wprost
Roman Giertych, zarzucając Jackowi Kuroniowi udział w zdradzie narodowej i przyrównując go do zdrajców ojczyzny, naruszył prawo rodziny do kultywowania pamięci po zmarłym, bo nie udowodnił swych oskarżeń - uznał Sąd Okręgowy w Warszawie. Lider LPR zapowiedział apelację i oświadczył, że przepraszać nie zamierza.

Mocą wyroku, tydzień po jego uprawomocnieniu, wicepremier, lider LPR Roman Giertych ma opublikować na swój koszt na pierwszej stronie piątkowej "Gazety Wyborczej" oświadczenie, w którym przeprosi Andrzeja i Macieja Kuroniów (brata i syna Jacka - PAP) za swe zarzuty i wyrazi "głębokie ubolewanie z powodu niestosowności tej wypowiedzi, naruszającej prawo rodziny do kultu zmarłego". Ma też wpłacić 15 tys. zł na Fundację im. Gai i Jacka Kuroniów.

Powodowie domagali się 50 tys. zł, ale sąd uznał, że kwota 15 tys. zł będzie odpowiednia i wystarczająco dotkliwa.

W sierpniu 2006 r. media doniosły, że z akt SB wynika, iż w latach 1985-89 Kuroń miał prowadzić z bezpieką rozmowy o charakterze negocjacji politycznych. Miał m.in. w 1988 r. rozmawiać z SB o przygotowaniach do Okrągłego Stołu. "Ja nie twierdzę, że Jacek Kuroń był agentem SB, ja twierdzę coś znacznie gorszego i zawsze tak twierdziłem - że to porozumienie, które zostało zawarte przy Okrągłym Stole m.in. przez niego, było porozumieniem, które szkodziło Polsce i było zdradą ideałów milionów ludzi, którzy należeli do Solidarności" - powiedział wtedy Giertych. Pytany, czy należy usunąć Kuronia z podręczników szkolnych, odparł: "Nie, tak samo jak Szczęsnego Potockiego czy Janusza Radziwiłła nie należy usuwać z podręczników historii".

"Jako zdrajcę ojca opluwały reżimowe gazety w PRL" - mówił jeden z powodów, 46-letni Maciej Kuroń. "Porównanie mojego brata do dwóch potwornych zdrajców i kreatur jest absolutnie karygodne i niewybaczalne, tym bardziej, że mówił to ktoś, kto zna historię" - zeznawał 64-letni Andrzej Kuroń. Pełnomocnik Giertycha wniósł o oddalenie pozwu, twierdząc, że wypowiedź mieściła się w granicach swobody wypowiedzi, a każdy ma prawo do własnej oceny Okrągłego Stołu.

W poniedziałek sędzia Małgorzata Borkowska uzasadniając wyrok mówiła, że o ile złe dla dobra ogółu byłoby ograniczanie debaty publicznej - także o najnowszej historii - do "jedynie słusznej" wersji, to kiedy stawia się tak poważne zarzuty jak udział w zdradzie narodowej, należy je rzetelnie udokumentować w oparciu o fakty - a pozwany Giertych tego nie uczynił. "To pozwany musi udowodnić, że jego działanie nie było bezprawne, a nie wykazał, że wygłaszana przezeń opinia była rzetelna" - podkreślił sąd.

Sędzia zaznaczyła, że zarówno przepisy europejskie, jak i konstytucja, każdemu daje prawo do wolności wyrażania swych opinii i posiadania poglądów oraz prawo do uczestniczenia w debacie publicznej - ale granicą są prawa, dobra i wolności innych. "Brak faktycznej podstawy do zarzutów to nadużycie prawa do wolności wypowiedzi" - mówiła sędzia Borkowska.

Sąd uznał też, że Giertych miał zamiar naruszyć dobra osobiste Kuronia, bo kończąc swą wypowiedź o zdrajcach ojczyzny dodał w stronę autora pytania: "czy można to powiedzieć mocniej, panie redaktorze?"

Obecny w poniedziałek w sądzie Andrzej Kuroń mówił dziennikarzom po wyroku, że nie zależało mu na tym, by iść z tą sprawą do sądu, bo zanim to uczynił, rodzina Kuroniów wysyłała list do Giertycha z prośbą o przeprosiny, ale nie było odpowiedzi. "Nie chodziło nam o pieniądze" - zapewnił.

Reprezentujący nieobecnego w sądzie Giertycha mec. Grzegorz Radwański powiedział PAP, że możliwa jest apelacja jego klienta. "Nam chodziło, by sąd w ogóle ocenił Okrągły Stół i udział w nim Jacka Kuronia, a tego sąd nie uczynił" - dodał.

"Nie zamierzam nikogo przepraszać za moje poglądy. Uważam, że Okrągły Stół był zdradą. Nie twierdziłem, że wszyscy jego uczestnicy byli zdrajcami" - tak wyrok skomentował Giertych. Jak podkreślił, uznaje działalność Jacka Kuronia za złą dla kraju. "Nie chcę naruszać niczyjej czci, tylko mam takie zdanie polityczne i go nie zmienię, tylko dlatego że sądy mnie karzą karami finansowymi" - dodał. "W takim razie znowu spotkamy się w sądzie" - replikował dziennikarzom Andrzej Kuroń.

Giertych twierdził, że sąd nie przyjął jego wniosku, o przesłuchanie go w charakterze strony i dlatego nie mógł "złożyć żadnego dowodu".

W uzasadnieniu poniedziałkowej wyroku sąd odniósł się do tej kwestii, bo Giertych nie został przesłuchany, gdyż mimo wezwania nie stawił się na rozprawę. Przepisy procedury cywilnej mówią, że sąd wzywa strony do stawiennictwa i przesłuchania "pod rygorem pominięcia", co znaczy, że jeśli się nie stawią, nie będą mogli przedstawić swych racji. "Usprawiedliwienie nieobecności pozwany Giertych złożył już po rozprawie, więc z mocy prawa sąd nie mógł go uwzględnić" - wyjaśniała sędzia Borkowska.

W grudniu 2006 r. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał Giertychowi przeprosiny redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Adama Michnika za nazwanie go "byłym partyjnym aparatczykiem". W przeprosinach Giertych ma m.in. oświadczyć, że "bez najmniejszego wysiłku" mógł ustalić, że Michnik nigdy nie był w PZPR. Wicepremier zapowiedział apelację.

ab, pap

Czytaj także

 0

Czytaj także