Czas dzikich

Czas dzikich

Skoro musimy żyć z populistami, lepiej, żeby to byli populiści znani, oswojeni z rządzeniem, nasi
Szybciej od ekonomicznych wskaźników rosną obecnie tylko aspiracje Polaków. A wraz z nimi – co nieuchronne – frustracje tych, którzy swych oczekiwań nie zrealizują. To wcale nie paradoks, ale reguła: wraz ze wzrostem dobrobytu nie spada liczba radykalnie niezadowolonych, a w związku z tym, że szukają oni swej politycznej reprezentacji, partie populistyczne mogą w Polsce liczyć na spokojny żywot przez długie lata.

Dzicy pukają do bram
Przez lata populizm był największym straszakiem, a nazwanie polityka populistą uchodziło za obelgę. Populizm miał być czymś wstydliwym, zabieganie o względy gawiedzi dysponującej prawem głosu – czymś nieeleganckim, a głoszenie nazbyt popularnych haseł bez używania trudnych wyrazów – chwytem tandetnym i żałosnym. Straszenie populizmem, który na salony wprowadza polityków nieokrzesanych i niecywilizowanych, przypominało trochę strach akademickich malarzy przed młodymi dzikimi: niby i jedni, i drudzy zajmowali się tym samym, ale przecież jaka różnica stylu! Wszystko to runęło w Polsce kilka lat temu wraz z rewolucją Rywina. Co prawda akademicy próbowali jeszcze ratować się przed impresjonistami, fowistami i resztą dziczy, wydając z siebie na łamach swej gazety okrzyki oskarżające o populizm nawet Platformę Obywatelską (tak, były takie czasy!), ale batalia była już przegrana. Publiczność wybrała dzikich.
Dzicy oczywiście wcale nie byli tacy barbarzyńscy, ale prawdą jest, że wraz (trzymajmy się naciąganego porównania malarskiego) ze stonowanymi impresjonistami z PO i PiS do głosu doszli prawdziwi fowiści i kubiści, dziś zwący się LiS. LiS zapewne nie przeżyje Hubertusa, i to nie dlatego, że go jamniki z nory wypłoszą, a myśliwi ustrzelą. Najprawdopodobniej 3 listopada (kiedy to odbywają się biegi św. Huberta) będziemy już mieli nowy Sejm, Samoobrona z LPR pokłócą się potwornie, a ich naprędce sklecany alians się rozpadnie. I to bez względu na to, czy do parlamentu wejdą, czy nie. A raczej wejdą, bo nadchodzi pogoda także dla populistów.

Wschód na Zachodzie
Przez długi czas populizm traktowano jako wstydliwą przypadłość nowych demokracji z Europy Wschodniej. Wychodzące z komunizmu społeczeństwa miały być mało odporne na sztuczki rozmaitych Tymińskich i Mečiarów, którzy zakłócali reformy i pchali kraje w przepaść. Wszystko tłumaczono niską kulturą demokratyczną, brakiem tradycji i biedą, a populiści, trzymani z dala od wodopoju władzy, mieli wkrótce sami uschnąć.
Wystarczył jednak rzut oka na zdrowe, wolne od wschodnich nieszczęść demokracje europejskie, by dostrzec, że rzeczywistość wygląda inaczej. Po krachu ufundowanego na korupcji systemu partyjnego we Włoszech do władzy rwali się tam nie tylko neofaszyści, separatyści z Mediolanu, ale i prawicowi populiści Silvia Berlusconiego. Po drugiej, północnej stronie Alp żaden system partyjny się nie załamał, gospodarka miała się nieźle, ale i tak partia Jörga Haidera weszła do rządu. Unia Europejska próbowała bronić się przed austriacką zarazą licznymi sankcjami i wytykaniem wiedeńczyków palcami, dopóki nie rzuciła okiem na Francję, w której do drugiej tury wyborów prezydenckich wdarł się – zamiast socjalisty – skazany na wieczną tułaczkę w ogonie politycznego peletonu Jean-Marie Le Pen. W sąsiedniej Holandii do rządu weszła z kolei partia ekscentrycznego geja i szowinisty Pima Fortuyna.
Przykłady można mnożyć, ale te przytoczone aż nadto dowodzą, że populizm nie jest domeną tylko ziem nad Wisłą czy dolnym Dunajem. Powody, dla których takie partie odnoszą sukcesy, są różne i nie da się ich sprowadzić tylko do niechęci wobec imigrantów. I choć Lista Pima Fortuyna wylądowała rok temu poza holenderskim parlamentem, to mieszkańcy Amsterdamu nie triumfują, bo do drzwi parlamentu puka już partia domagająca się darmowych kolei oraz legalizacji zoofilii i pedofilii.

Spokojnie, to tylko katar
Nasza chata z kraja i zapewne nieprędko przybędzie do nas tylu imigrantów, by ich napływ stał się realnym problemem społecznym. To prawda, ale nie znaczy to, że polscy populiści nie znajdą łatwych celów swych krucjat. Pierwszym z pewnością będą nierówności ekonomiczne. Nigdy i nigdzie na świecie nie zdarzyło się, by wszyscy bogacili się w tym samym tempie. Już teraz widzimy to, co za kilka lat jeszcze się pogłębi – znaczna część społeczeństwa, specjalistów znakomicie radzących sobie w ramach konkurencyjnej gospodarki, będzie żyła na poziomie europejskiej klasy średniej. Ani budżetówka, ani mieszkańcy popegeerowskich wsi na ten boom się nie załapią w tym samym stopniu i w tym samym czasie. Ich frustracja będzie naturalna i zrozumiała, a recepta, z którą pospieszą populiści, będzie prosta jak budowa cepa: pognać burżujów, zadbać o polską wieś, pielęgniarki, nauczycieli etc. Innym, niemal tradycyjnym polem dla populistów jest antyeuropejskość. Co prawda na razie zachłyśnięci Europą Polacy nie są na takie argumenty szczególnie wyczuleni, ale to powinno się zmienić, co już doskonale wyczuwa Roman Giertych, próbujący zrobić ze sceptycyzmu wobec unii znak rozpoznawczy LiS. Czy przed populistami można się jakoś ustrzec? Czy da się na to zaszczepić? Socjolog Andrzej Rychard jest sceptyczny. – Musiałoby zniknąć poczucie wykluczenia, a to jest całkowicie nierealne. W takim kraju jak Polska populiści będą zawsze – przekonuje. W tej sytuacji z powstania LiS należałoby się tylko cieszyć, bo skoro już musimy żyć z populistami, to lepiej, żeby to byli populiści dobrze znani, oswojeni z rządzeniem, nasi. Znosić ich wtedy można jak zimowy katar – mało to przyjemne, ale da się wytrzymać.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2007
Więcej możesz przeczytać w 31/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także