Rzeczpospolita bezpaństwowa

Rzeczpospolita bezpaństwowa

Coś się w Polsce skleiło, coś się rozpoczęło
W tym kraju nie da się żyć. Nawet łapówki nie skutkują, bo wszyscy boją się je brać. Trzeba, niestety, zwyczajnie zasuwać – ta opinia znajomego biznesmena z Poznania jest bardzo typowa dla ostatnich miesięcy. „Zwyczajne zasuwanie" to ważny znak polskiej normalności. Ale może to tylko pozory? Może Polska pod rządami braci Kaczyńskich jest „państwem stanu wyjątkowego", jak subtelnie do państwa Hitlera porównał ją niedawno w „Gazecie Wyborczej" Mirosław Czech, kiedyś polityk Unii Wolności, teraz „niezależny" publicysta? Czy na naszych oczach upada IV RP, państwo totalitarne, paranoiczne i występne – jak projekt Kaczyńskich opisują politycy LiD i lewicowi publicyści?

III RP, czyli państwo bez projektu państwa
III RP jako państwo była swego rodzaju wydmuszką, państwowością roztopioną w ogólnikowej europejskości i życzeniowej formule „demokratycznego państwa prawa". III RP była w rzeczywistości państwem bez projektu państwa. I taką ją usankcjonowała konstytucja z 1997 r. Po 1989 r., a do rządów PiS, były różne formy zastępcze projektu państwa, z Balcerowiczowskim modelem ustroju gospodarczego na czele. To jednak z projektem państwa nie miało wiele wspólnego. Nawet głośne cztery reformy ustrojowe rządu Jerzego Buzka miały wyłącznie wymiar pragmatyczny czy funkcjonalny.
W III RP właściwie nie cieszyliśmy się z odzyskanej niepodległości jako sprawy narodowej (nie cieszyliśmy się, bo to było uznawane za przejaw niepoprawnego polskiego nacjonalizmu), a nie części internacjonalistycznego projektu europejskiego. A że była tego ogromna potrzeba, świadczy przeżywanie przez Polaków sukcesów sportowych czy świętowanie rocznic powstania warszawskiego. Polacy potrzebowali potwierdzenia narodowej tożsamości oraz poczucia narodowej dumy i ich nie znajdowali, chyba że w kulawych projektach neoendeków – czy to w wersji Młodzieży Wszechpolskiej czy LPR.
W III RP nie było nadmiaru polskości, tradycjonalizmu, konserwatyzmu czy religijności. Tak, religijności w sensie przestrzegania przykazań, bo zapomina się, że w epoce komunizmu wierzący też ucierpieli – nie tak jak w ZSRR, ale jednak zostali mocno zdemoralizowani. Tego wszystkiego mieliśmy ewidentny niedobór. Projekt III RP był więc niejako odwrotem od polskiej suwerenności, w takim sensie, w jakim rozumiano ją choćby w pierwszej dekadzie II RP. Można odnieść wrażenie, że w Polsce bano się sformułować wyrazistą wizję państwa, by nie narazić się na zarzuty światłej Europy, iż mamy tu do czynienia z recydywą nacjonalizmu czy zatęchłej parafialności. I nasza polityka zagraniczna była nastawiona na to, żeby broń Boże nikogo nie drażnić, a nawet jeśli (negocjacje przed przyjęciem traktatu w Nicei czy walka Leszka Millera o lepsze warunki akcesji dla Polski), to żeby to drażnienie nie osunęło się z mainstreamu.
W naszym kraju po 1989 r. tak się bano ciemnogrodu i nacjonalizmu i tak zapalczywie je zwalczano, że nawet ograniczono debatę publiczną. Tymczasem w Polsce po komunizmie nie mieliśmy nadmiaru myślenia w kategoriach państwa, patriotyzmu, interesu narodowego, a nawet pewnego przewrażliwienia na tym punkcie, lecz ich wielki niedobór. Od razu po przynależności do obozu postępu zostaliśmy wtłoczeni w obóz europejski, którego Polska miała być tylko trybikiem. Artykułowanie interesu narodowego było traktowane niczym Orwellowska myślozbrodnia.
W państwie wydmuszce ideowej, jaką była III RP, łatwiej było ukryć czy rozpuścić patologie epoki późnego realsocjalizmu i epoki postkomunistycznej. Tym bardziej że III RP przyjęła szalenie postępowy system prawny – pochylający się nad przestępcami i niezwykle utrudniający postawienie przed sądem czy skazanie osób odpowiedzialnych generalnie za zło III RP oraz za konkretne przestępstwa popełnione w tym czasie. Temu też służyło mitologizowanie „okrągłego stołu" oraz nawoływanie do historycznego kompromisu i wybaczenia komunistom.
Nieprzypadkowo sieroty po PRL oraz wiele sierot po III RP za swego patrona, a wręcz mesjasza uznało Kwaśniewskiego – wzorcowego wręcz bezideowca, cynika, kunktatora, a często wręcz immoralistę. Zaiste Kwaśniewski jest najwybitniejszą postacią III RP, może wręcz być jej symbolem. Znamienny jest jego sposób uprawiania polityki: te ciągoty do rozgrywania kluczowych interesów państwa (poprzez wielkie spółki skarbu państwa) w nieformalnych układach (kapitalizm polityczny). Charakterystyczny jest jego dwór złożony z wielkich biznesmenów, którzy – jak twierdzi choćby Mariusz Łapiński, a potwierdzają zeznania Marka Dochnala – musieli spełniać życzenia prezydenta i „księżniczki", bo wypadliby z łask. Znamienna jest ta nonszalancja w igraniu polskim interesem narodowym, o czym świadczy afera z próbą sprzedaży Rosjanom skonsolidowanego sektora energetycznego, co miało być istotą słynnego spotkania w Wiedniu Kulczyka z Ałganowem. Potwierdza to notatka Zbigniewa Siemiątkowskiego, ówczesnego szefa służb, po jego rozmowie z Kulczykiem. Potwierdzają różne wypowiedzi byłego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka czy głośne wynurzenia Józefa Oleksego w rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym. A jeszcze mamy to charakterystyczne kooptowanie twórców III RP do otoczenia Kwaśniewskiego, czego zwieńczeniem było niedawne spotkanie na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie Lecha Wałęsę i wielu intelektualistów wykorzystano jeśli nie w roli „użytecznych idiotów", to co najmniej w roli paprotki dekorującej parapet projektu Kwaśniewskiego.

IV RP, czyli konserwatywni patrioci kontra postkomuniści
Projekt IV RP był pierwszym rzeczywistym projektem państwa po 1989 r. Używając narzędzi i języka Carla Schmitta, niemieckiego teoretyka prawa i państwa, bracia Kaczyńscy zdefiniowali podstawowy polski konflikt – między projektem postkomunistyczno-liberalnym a konserwatywno--patriotycznym. W kampanii 2005 r. okazało się, że to liberalno-konserwatywna  PO jest głównym rywalem PiS, więc podstawowy konflikt został wyparty przez konflikt zastępczy – między Polską liberalną a solidarną. Ale już po przejęciu władzy przez Pi powrócono do głównego konfliktu.
Zgodnie z pomysłami Schmitta, zdefiniowano też głównych wrogów – w sensie politycznym, a nie militarnym czy rewanżystowskim. W czasie kampanii 2005 r. był jednak wróg zastępczy – liberałowie. Natomiast już po zwycięstwie „wrogiem" był znowu postkomunistyczny układ polityczno-biznesowo-agenturalno-bezpieczniacki. Układ nigdy nie był i nie jest papierowym tygrysem ani wytworem paranoicznych umysłów. Układ to potężne interesy (także w międzynarodowej skali), na przykład w sektorze energetycznym. To także wielkie pieniądze. I wielki strach, że wyjdą na jaw ciemne interesy, które eksponentów układu uczyniły finansowymi baronami. Znamienny w tym kontekście jest zapał i entuzjazm, z jakim już teraz grzebie się PiS i projekt IV RP. Można nawet odnieść wrażenie, że dla twórców tego projektu szykuje się już jakąś polską Norymbergę. O sile układu świadczy też pewna bezradność wobec niego wymiaru sprawiedliwości po 2005 r. Bo to były „przestępstwa doskonałe" – bezśladowe, a nawet jeśli zostawały jakieś ślady, jak w wypadku zabójstwa gen. Papały czy dziwnej śmierci szefa NIK Waleriana Pańki, tak je gmatwano, żeby dochodzenia utknęły w martwym punkcie.
Jest interesujące, jak łatwo dla dawnych wrogów Lepper czy Kaczmarek nagle stali się sprzymierzeńcami. Szczególnie interesująca jest w tym kontekście rola Janusza Kaczmarka. Wiele wskazuje na to, że był typowym „śpiochem", najpierw w otoczeniu Lecha Wałęsy (kandydował do Sejmu z listy Wałęsowskiego BBWR), a potem w otoczeniu Lecha Kaczyńskiego. Znamienne jest funkcjonowanie Kaczmarka podczas rządów Leszka Millera. Czy był sprzymierzeńcem Millera w jego wojnie z Kwaśniewskim, jednocześnie gwarantującym, że prokuratura nie będzie się przesadnie energicznie zajmować interesami syna byłego premiera? Mogą o tym świadczyć zaskakująco zażyłe stosunki i częste spotkania Kaczmarka z dwoma ważnymi ludźmi Millera -byłym szefem wielkiej spółki skarbu państwa i byłym ministrem w rządzie Millera.
Liderzy Platformy Obywatelskiej dobrze wiedzą, że ich rzeczywistym wrogiem wcale nie jest PiS, lecz właśnie układ. Czy podczas spotkania z prezydentem Donald Tusk usłyszał dość na temat zagrożeń ze strony układu, żeby potraktować je serio? Czy dlatego potem zachowywał się wobec PiS tak powściągliwie? Jeśli PO chce w przyszłości skutecznie rządzić, musi się zetrzeć z układem, musi walczyć z korupcją i zmieniać prawo tak jak Kaczyńscy. Musi mieć podobny jak Kaczyńscy projekt państwa, bo słaba Polska rozmyje się w europejskiej i globalnej magmie i będziemy państwem quasi-narodowym, buforowym, a przez to łatwym celem dla hegemonistycznej polityki zarówno Kremla, jak i Berlina. Tusk i Rokita to wiedzą i nie chcą się przyłączać do pomysłów LiD czy Samoobrony i LPR. Prawdopodobnie ich projekt państwa będzie potrzebował współpracy PiS, żeby się nie wykoleił tak jak projekt rządzenia PiS z LPR i Samoobroną. W tym sensie Tusk i Rokita słusznie pokazują figę LiD czy szerzej obozowi Kwaśniewskiego.

Rzeczpospolita III i 1/2
Czy projekt IV RP miał szansę z Lepperem i Giertychem? W dużej mierze tak, bo zostali oni mocno zinstrumentalizowani i wykorzystani. Przez kilkanaście miesięcy jedli Kaczyńskiemu z ręki. Dopiero gdy zaczęło działać CBA, musiało dojść do konfrontacji z Lepperem, bo CBA zaczęło się dobierać do różnych jego powiązań i interesów. Można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński walczył z czasem, wiedząc, że prędzej niż później dojdzie do konfrontacji z Samoobroną i LPR. W tym sensie Lepper i Giertych byli dla lidera PiS „użytecznymi idiotami". Do czasu, bo coraz trudniej znosili upokorzenia i stawianie przed faktami dokonanymi. Dla tej ryzykownej gry z przystawkami alternatywą była tylko rezygnacja z projektu IV RP i rozpisanie wcześniejszych wyborów już rok temu. Wtedy jednak nie powstałyby instytucjonalne i prawne przyczółki IV RP, które następnej władzy trudno będzie zdemontować.
Przyczółki IV RP powstały kosztem trudnej koalicji z ludźmi o „marnej reputacji". Powstały też kosztem zduszenia dyskusji i wszelkich dążeń odśrodkowych wewnątrz PiS, bo gdyby Jarosław Kaczyński na to pozwolił, wzmocniłyby się przystawki, a PiS zdemobilizowałoby się i straciło spójność. Stąd najpierw wyeliminowanie Marcinkiewicza, następnie konflikt z Dornem, potem wyeliminowanie Sikorskiego i Jurka, a wreszcie zimna wojna z Pawłem Zalewskim. Po zerwaniu koalicji z przystawkami właściwie nie ma przeszkód, by dysydenci wrócili do odgrywania znaczących ról. Tylko czy wszyscy, na przykład Sikorski i Marcinkiewicz, chcą je odgrywać?
Kooptacja przez PiS do władzy ludzi radykalnych o tyle miała sens, że ograniczała nie tylko ich radykalizm, ale też radykalizm ich elektoratu. Stąd koalicja z radykałami i jakaś forma kooperacji z imperium ojca Rydzyka. I przez wiele miesięcy radykałowie byli naprawdę mało radykalni. To zabieg skuteczny, o czym świadczy choćby fakt, że niedawno sięgnął po niego Nicolas Sarkozy we Francji. Innym zabiegiem tego typu, też podobnym do strategii Sarkozy’ego, było zaostrzenie języka debaty publicznej. To także paradoksalnie służyło złagodzeniu radykalizmu języka radykałów. Realne problemy są brutalne i nie ma potrzeby stosować eufemizmów, więc brutalny język tylko wskazał na te problemy i odebrał wyłączność nań radykałom. Podobnie było zresztą w sferze zaostrzenia prawa i usprawiedliwiającej to retoryki. W ten sposób zmniejszyła się przepaść między odczuciami zwykłych ludzi (domagających się ostrego karania bandytów), a tym, co robi i mówi władza. Opozycja, jeśli przejmie rządy, to doceni.

Co się nie udało Kaczyńskiemu?
Można powiedzieć, że Jarosławowi Kaczyńskiemu wiele się nie udało, ale wciąż jest jedyną osobą, która sformułowała projekt państwa i ma wolę jego realizacji. A czy marszałkowi Piłsudskiemu po sformułowaniu projektu państwa przez pierwsze lata tak wiele się udało? Czy nie musiał zawierać zgniłych kompromisów i robić rzeczy urągających demokracji? Kaczyński kanonów demokracji wciąż nie złamał, bo wbrew wrzaskowi krytyków nie zanegowano w Polsce trójpodziału władzy i nie ograniczono działalności żadnych demokratycznych instytucji. I między bajki można włożyć opowieści i lęki np. Waldemara Kuczyńskiego czy wielu publicystów „Gazety Wyborczej", z Adamem Michnikiem i Mirosławem Czechem na czele, że bracia Kaczyńscy nie oddadzą władzy w sposób demokratyczny. Że – jak Piłsudski w 1926 r. – pichcą gdzieś tajne plany zamachu stanu.
Problemem jest to, że projekt Kaczyńskich ma w sobie za mało elementów modernizacji, które oferuje np. PO. Można odnieść wrażenie, że Jarosław Kaczyński jest wizjonerem polityki, ale jednocześnie jest bardzo staroświecki. Jego osobista uczciwość oraz poczciwość to jednak za mało. Uczciwe powinny być instytucje, ale to osiąga się nie tylko działaniami CBA, ale też cedowaniem kompetencji i odpowiedzialności. Jarosław Kaczyński tego się boi, bo są setki przykładów, że np. w samorządach dzieje się jeszcze gorzej niż w centrali – pod względem korupcji, nepotyzmu, kolesiostwa. Dlatego chce wszystkim kierować z Warszawy. Dlatego Jarosław Kaczyński jest dyrektorem szpitala Polska, szkoły Polska, pociągu Polska itp. Tyle że to jest niewykonalne i nieefektywne.
SLD czy LiD z Kwaśniewskim muszą twierdzić, że polityka Kaczyńskich jest o wiele gorsza od tej w III RP, żeby dokonać restauracji III RP – wedle klasycznych zasad restauracji (angielskiej, francuskiej czy japońskiej). Powyborczy sojusz PO z LiD byłby do tej restauracji poważnym krokiem. Koalicja PO-PiS umożliwiłaby realizację projektu IV RP, nawet jeśli nie pod tą nazwą. I to byłby wreszcie pierwszy zrealizowany projekt państwa po 1989 r.

Ilustracja: D. Krupa, fot: A. Jagielak
Okładka tygodnika WPROST: 34/2007
Więcej możesz przeczytać w 34/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • srrru IP
    Problemem w Polsce są nierówne możliwości podmiotów przy realizacji inicjatyw gospodarczych.Łapówka choć jest poza marginesem obowiązującego prawa-jest oczywistym od zawsze istniejącym elementem gry ekonomicznej.Istniała kiedyś,istnieje dziś i będzie istnieć w przyszłości.Nie w tym problem.Zachłanność rządzących osiągnęła poziom dotąd niespotykany-wola zmonopolizowania i kontroli wykracza poza standardy narzucane kiedyś przez państwa totalitarne.
    Nie o to chodzi że nie ma komu dać.ONI nie potrzebują kumpli-skręcą sami...