Wrodzy przyjaciele

Wrodzy przyjaciele

Niemcy nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho
Uznać dominację Berlina w Europie i pokornie przyjąć ataki tamtejszych mediów i części polityków na nasze państwo? A może kontynuować twardą politykę obrony własnych interesów narodowych, tak jak robią to Niemcy na arenie europejskiej i światowej? W stosunkach z Niemcami Polska ma takie właśnie możliwości. Niech nikomu się nie zdaje, że z naszym zachodnim sąsiadem trzeba rozmawiać na kolanach. Niemcy szanują taki naród, który szanuje sam siebie i nie daje się przestraszyć. Między innymi dlatego z takich respektem odnoszą się do Rosji. Lekcja, jaką dostali pod Stalingradem, mocno wryła się w ich świadomość.

Niemiecki patriotyzm

Nie jesteśmy mocarstwem, nie z nami niemiecki rząd konkuruje w dążeniu do zajęcia pierwszego miejsca w Europie i w czołówce światowych mocarstw. I nie dlatego prawie 70 proc. Niemców chwali kanclerz Merkel, że zaprowadziła w kraju nowe porządki czy przeprowadziła ważne, niezbędne reformy. Jest tak popularna, bo zajmuje godną pozycję „w świecie Busha, Sakrozy’ego i Putina". O to chodzi, o wpływanie na losy świata, bo 62 lata po wojnie Niemcy odzyskują pewność siebie, której im brakowało przez dziesięciolecia. Niemiecka pewność siebie jest jednak nierozłączna z nacjonalizmem i arogancją. Tak było w historii i tak jest teraz.
Przez długi czas w Republice Federalnej Niemiec słowo „patriotyzm" było traktowane jak obelga – skarży się w jednym z komentarzy gazeta „Die Welt". I dlatego zarzut Polaków, że Niemcy mają do swoich sąsiadów wciąż stosunek szowinistyczny, jest absurdalny. To prawda, jednym z elementów denazyfikacji w zachodnich Niemczech było wystrzeganie się jakichkolwiek przejawów przywiązania do Vaterlandu, gdyż zachodziła obawa, że przerodzi się ono w nacjonalizm. Nie zauważyłam jednak w niemieckiej codzienności jakichś przejawów patriotyzmu, bo patriotyzm w polskim, francuskim czy amerykańskim stylu tam nie istnieje. Euforia narodowa podczas ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej zgasła natychmiast po zakończeniu tej imprezy, mimo zachęt ze strony prezydenta Horsta Köhlera, aby ten zapał patriotyczny kontynuować. Niemcy nie wiedzą, co to jest patriotyzm. Trzeba wieków walki i starań o zachowanie terytorium, o wolność narodu, a także pokory, aby wiedzieć, co to jest miłość ojczyzny.

Niemiecka odwaga
Przez setki lat Niemcy, a właściwie rozmaite niemieckie państewka i ich zmienne koalicje, dążyły do zajęcia cudzego terytorium, aż skończyło się to barbarzyńską wojną rozpętaną przez Hitlera. Dziś gloryfikuje się Prusy jako dumę Niemców. W tygodniku „Der Spiegel" potędze i zasługom państwa pruskiego dla Niemiec poświęca się sążniste artykuły, a wdzięczni czytelnicy dziękują redakcji, że miała odwagę poruszyć ten trudny temat. „Rehabilitujecie w pełni rozwiązane w 1947 r. przez zwycięzców największe oraz politycznie i kulturalnie najbardziej wpływowe niemieckie państwo. Takiej odwagi nie miała po wojnie żadna instancja na wschodzie ani na zachodzie" – napisał Jörg Ulrich Stange ze Szlezwiku-Holsztyna. Nie jest to pierwsza i jedyna próba rehabilitacji niechlubnej przeszłości Niemiec.
Najbardziej niepokoi ton mediów, które Jarosławowi Kaczyńskiemu i rządzącej w Polsce ekipie zarzucają nacjonalizm. „Zabarwiona nacjonalizmem retoryka premiera pada na podatny grunt wśród osób starszych, które przeżyły niemiecką okupację" – napisał konserwatywny tygodnik „Focus". Czy ma to znaczyć, że ci Polacy, którym udało się umknąć niemieckim barbarzyńcom, to nacjonaliści? Chciałoby się – przytaczając słynną wypowiedź Jacques’a Chiraca – powiedzieć: „Niemcy nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho”.
Jest kilka słów i określeń, których Niemcy nie powinni używać w stosunku do innych narodów, a przede wszystkim wobec narodów izraelskiego i polskiego. Jednym z nich jest słowo „nacjonalizm". Brzmi ono cynicznie w kraju, który ponoć przezwyciężył nacjonalizm, ale jego obywatele mogą swobodnie zrzeszać się w partiach faszystowskich w rodzaju NPD, a po ulicach Niemiec Wschodnich biegają łysogłowi „patrioci" i biją każdego cudzoziemca, który ma inny kolor skóry niż rasowy blondyn. Ostatnie ekscesy, w których ucierpieli Hindusi, sprowadzeni do Niemiec fachowcy, bo w tym najbogatszym kraju Europy chronicznie ich brakuje, pokazują, jak w duszy prostego Niemca wygląda wielokulturowość i tolerancja.
Na wschodzie Niemiec nacjonalizm jest demonstrowany bez osłonek, na zachodzie pleni się w knajpach piwnych, wyrażany jest w narzekaniu na złodziei samochodów z Polski i na brudnych Turków. Z drugiej strony, poprawność polityczna i zwykły strach przed muzułmanami każą budować kolejne meczety, jak ten w Kolonii, choć już dziś w Niemczech działa 2500 islamskich świątyń. Krytyka premiera Kaczyńskiego i posądzanie go o nacjonalizm, gdy ostrzega Platformę Obywatelską przed zbytnią uległością wobec Niemiec, jest kolejnym atakiem na Polskę, która nic złego Niemcom nie zrobiła, która była skłonna postawić grubą kreskę pod historyczną przeszłością i pojednać się z narodem, który wyrządził jej tyle krzywd.

Polsko-niemiecka idylla
To Niemcy rozpoczęli rewizję historii, gdy uznali, że już mogą sobie na to pozwolić, a ostatni zjazd ziomkostw w Berlinie dowiódł, że ta rewizja może mieć wymiar europejski. Sama obecność na tej bez wątpienia antypolskiej imprezie przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Pötteringa tylko potwierdza tę tezę. Jak zatem ma reagować polski rząd i polska opinia publiczna na taką demonstrację? Czy mamy udawać, że wszystko jest w porządku, a Erika Steinbach i jej związek to margines, jak chcieliby nam wmówić politycy zarówno prawicy, jak i lewicy w Niemczech?
Polska polityka przeżywa głęboki kryzys. Opozycja sejmowa, wśród której nie brak wszak patriotów, demoluje państwo na oczach Europy i ku uciesze Niemców. Media niemieckie od dłuższego czasu usiłują wpływać na nastroje w Polsce, walcząc po stronie opozycji z braćmi Kaczyńskimi. Są niemal przekonane, że wybory wygra PO i zawiąże koalicję z LiD, co wreszcie uśmierzy nacjonalistyczne tendencje w Polsce. I między Niemcami i RP zapanuje idylla. Idylla według niemieckiej recepty, ma się rozumieć.
Obrońcy teorii o marginalnym znaczeniu Związku Wypędzonych przywołują pozytywne przykłady: to przecież entuzjazm dla „Solidarności" był dla Angeli Merkel impulsem do zajęcia się polityką – napisał Thomas Urban, korespondent „Süddeutsche Zeitung". Niemcy lubują się w symbolach, symboliczne gesty czołowych polityków mają załatwić problemy między obu narodami. Wspólna deklaracja prezydentów RFN Johannesa Raua i RP Aleksandra Kwaśniewskiego z 2003 r. – według Pötteringa – załatwiła ostatecznie kwestię roszczeń. Ple, ple, ple – chciałoby się powiedzieć. 22 rodziny muszą opuścić swoje domy, bo zostały one zwrócone Niemcom. Kolejne eksmisje nastąpią.
Jeśli przyszły polski rząd ma za pomocą wspólnych banalnych deklaracji prowadzić politykę równego partnerstwa z Niemcami, znajdziemy się w kącie, do którego nas próbują zapędzić, bez szansy na odzyskanie pozycji, którą niewątpliwie – i to w krótkim czasie – wywalczyła obecna ekipa. Dowiemy się też, że polskie weto wobec Rosji to zdrada interesów europejskich, a rura bałtycka to tylko gest pojednania niemiecko-rosyjskiego.
Symboli pojednania polsko-niemieckiego mamy dosyć. Bardzo chętnie niemieccy politycy powołują się na list biskupów polskich do niemieckich i znamienne słowa: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Dziś te słowa nabierają nowego znaczenia, Polacy proszą o przebaczenie, a więc chyba są winni. Hans-Gert Pöttering zapewnił, że wystąpił w Berlinie w imieniu 27 krajów UE i to jest jeszcze jeden przykład niemieckiej arogancji i lekceważenia innych narodów, w tym narodu polskiego. Nie przekonuje argument, że Pöttering jako chadek zabiega o głosy wypędzonych, bo robi to kosztem lęków Polaków i nie dba o to, że swoim udziałem w Dniu Ziem Ojczystych zamiast łagodzić, zwiększa napięcie między Polakami i Niemcami. 
Okładka tygodnika WPROST: 35/2007
Więcej możesz przeczytać w 35/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0