Krzyk Katynia

Krzyk Katynia

Wajda przestał kręcić filmy. Patrzy tylko, do jakiej wzniosłej sprawy doczepić swoje nazwisko
Katyń" to nie jest film. To podniosła inscenizacja telewizyjna z elementami patriotycznego szantażu. Stacja Discovery mogłaby to kupić, pociąć i po kawałku wykorzystać jako ilustrację programu historycznego. A i tak oddałaby twórcom przysługę. Bo oni nie potrafili nawet sensownie zmontować tego, co nakręcili. Ludzik u dołu ekranu
Aż się prosi, żeby w kinie, u dołu ekranu – jak w programie komputerowym – wyskakiwał ludzik i objaśniał widzowi, co się akurat rozgrywa. Bo absurdy zaczynają się od pierwszych scen „Katynia". Jest wrzesień 1939, młody rotmistrz poszedł na wojnę. A tu jego żona bierze córeczkę na rower i robi pół tysiąca kilometrów, szukając męża wzdłuż całej wschodniej granicy. To kompletnie niezrozumiałe, bo kto jak kto, ale żona zawodowego wojskowego powinna wiedzieć, co to jest wojna i służba. Ale w tym momencie – załóżmy – wyskakuje ludzik z tłumaczeniem. Tylko co on biedny ma powiedzieć? Że żona przyjechała, ot tak sobie, w odwiedziny na pierwszą linię? Bo się stęskniła? Po dwóch tygodniach? I nie przeszkadzało jej, że w ogólnym rozgardiaszu miała zerowe szanse, by odnaleźć męża. A mimo to pcha się z dzieckiem pod kule? Ludziku, ratuj, bo biedna głowa widza wysiada.
A to dopiero początek. Bo za chwilę zdarza się cud. Rotmistrzowa odnajduje męża, który popadł w sowiecką niewolę. I kolejny cud. Sowieci pilnują słabo, można uciec. Więc ona biegnie z cywilnymi ciuchami i rowerem. Żeby się rotmistrz przebrał i wiał. Polska i rodzina czekają. W dodatku wiadomo, że Rosja nie podpisała konwencji genewskiej. Dla enkawudzisty zabić jeńca to tyle, co splunąć. Co wiadomo i bez konwencji. Ale rotmistrz – odmawia. Bo honor oficerski nie pozwala mu uciec z sowieckiej niewoli. Gdzie ten ludzik? Niech on to wytłumaczy! A jak nie ludzik, to zwołajcie sesję naukową. I niech grono profesorskie objaśni decyzję tego rotmistrza. Bo z filmu wynika, że nasi oficerowie wierzyli w honor NKWD, a w lasku katyńskim po prostu tylko boleśnie rozczarowali się do tych „ludzi honoru".

Klasa czwarta idzie do kina
Szantaż patriotyczny wynika stąd, że „Katyń" jest filmem państwowym. Wysokim protektoratem objął go minister kultury. Premiera odbyła się – z udziałem najwyższych władz – w Teatrze Narodowym. Szkoły wykupują seanse (a próbowałyby nie wykupić!), ruszają kampanie billboardowe, programy edukacyjne, sympozja historyczne. Tak się nie wprowadza na ekrany dzieła filmowego. Tak się lansuje agitkę. Nie idziesz na „Katyń", nie podziwiasz? To sam się wykluczasz ze społeczeństwa. Gorzej – nie jesteś patriotą. Przedsmak tego mieliśmy już w wypadku „Pana Tadeusza” i „Zemsty”. Powiedzmy to jasno: Wajda przestał kręcić filmy. Robi kobylaste patriotyczne inscenizacje dla szkół. I szuka, do jakiej jeszcze wzniosłej sprawy doczepić swoje nazwisko. Żeby się odbyła ta cała patriotyczna pompa.
I nie przeszkadza mu wcale, że ze sztuką filmową nie ma to nic wspólnego.
Nutka szantażu brzmi zresztą i w samym filmie. Ogląda się go tak, jakby się wchodziło do kościoła. I sowieckie baraki, i mieszkania krakowskich profesorów zaludniają wyłącznie Polacy zbolali, poirytowani i pryncypialni. Ojczyzna z ust im nie schodzi. I niech się jeden z drugim spróbuje na takim filmie roześmiać!
Ale Wajda nie kręci filmu, który będzie się podobał dzieciakom. On kręci film, który ma się podobać patriotycznemu kołtunowi. Patriotyzm jest Polakowi potrzebny, ale patriotyzm z wyboru, ze zrozumienia wyzwań dla polskości, a nie z moralnego szantażu. Ten szantaż obejmuje też zakaz krytykowania filmu Wajdy. Bo krytykować może tylko ktoś wykorzeniony z polskości. Polak i patriota powinien zamknąć oczy na niedostatki dzieła, bo ważna jest sprawa. Najważniejsza i najświętsza. Stąd widz ma się impregnować na bajędy o honorze i wysoką deklamację patriotyczną. Tyle że patriotyczna kołtuneria nie zrobi filmowi frekwencji. Stąd szkoły. Dzieciaki ustawi się w pary, poprowadzi do kina – nie mają nic do gadania. Ich rodziców tak samo prowadziło się na „Krzyżaków".

Patriotyczny święty
Ulubiony bohater Wajdy na sezon 2007 to zbolały patriotyczny święty. Sowieci rozstrzelali mu rodzinę w Katyniu, Niemcy przejechali się po nim czołgami, ale jego niczego to nie nauczyło. W filmie odbieramy całą defiladę takich nabzdyczeńców. Z kieleckich lasów wychynął AK-owski partyzant. Buźka jak z żurnala, fryzura jak z salonu L’Oreal. Dobrze wychowany: na przemian szasta nóżką i trzaska obcasami. Ale jak się bliżej przyjrzeć, to całkiem pokręcony. Niby ujawnił się w ramach amnestii, ale rewolwer pod pachą nosi. Zapisuje się po maturę do szkoły w Polsce Ludowej, ale z papierów nie chce wykreślić, że mu sowieci rozstrzelali rodzinę w Katyniu. I jeszcze prosi się o kulkę. W biały dzień zrywa plakat z „zaplutym karłem reakcji". Zwiewa, dopadają go, ginie na wpół przypadkowo. Znamy? Znamy. Tak zginął Maciek Chełmicki w „Popiele i diamencie". Też „chciał się przepchać przez tę całą hecę”. Ale Maciek coś tam sobie kalkulował na przyszłość. Próbował się połapać, w jakim kraju żyje. A ten AK-‑owiec to chojrak czysto propagandowy. Postać tak papierowa, że aż szeleści.
Takich typów zbiera się w fabule tłumek. Oto łączniczka z powstania warszawskiego. Beret na bakier, torba przez ramię, wojskowe buty. Jakby kto potrzebował do patriotycznego komiksu – kostium gotowy. Teoretycznie dociera do niej, że w kraju okupowanym przez Sowietów nie utrzyma się na cmentarzu płyta nagrobna, sugerująca, że w Katyniu mordowali właśnie oni. Prosty grabarz tłumaczy jej, jak dziecku, że płyta nie pozostanie tam dłużej kwadransa i nawet nikt jej nie zdąży zobaczyć. Ma rację. Bohaterska łączniczka ląduje w bezpiece, gdzie oficerom politycznym robi wykład na temat prawdy historycznej. Tę dydaktykę jeszcze byśmy ścierpieli. Ale gdy panna się dziwi, że po takim wykładzie bezpieka zamyka ją w piwnicy, to już przestajemy rozumieć cokolwiek. Bo co, spodziewała się, że ci bandyci się nawrócą? A nawet, jeśli któregoś ruszy sumienie, to czy zmieni to mechanizmy działania zbrodniczego systemu?
Na tej wojnie bliskich straciło może ze 20 mln Polaków, ale normy moralne były wyśrubowane do granic tylko w rodzinach katyńskich – twierdzą twórcy filmu. Z ekranu pada raz po raz: można być tylko „albo po stronie morderców, albo pomordowanych". Wszystko inne to zdrada i moralne dno. Ktoś, kto za cenę stopnia oficerskiego przystał na „kłamstwo katyńskie", najpierw się rozpił, a potem palnął sobie w łeb. To by oznaczało, że palnąć sobie w łeb powinno co najmniej kilka milionów obywateli PRL. A nie palnęli.

To się nadaje do kina!
Już po godzinie oglądania defilady moralnych posągów czujemy, że coś się tu nie zgadza. Przecież film nakręcił Andrzej Wajda, któremu ojca oficera Sowieci rozstrzelali właśnie w Katyniu. Młody Wajda
doskonale wiedział, kto mu zabił ojca, i – jak bohaterowie jego filmu – musiał zdecydować, czy będzie „po stronie morderców czy zamordowanych". Ale biografie mistrza nie odnotowują, by prowokował, czy pouczał UB, a potem SB w imię prawdy historycznej. Że jak zdawał na uczelnie artystyczne, to twardo pisał w papierach, że mu radzieccy rozstrzelali ojca. Nic nie wiadomo, by młody Wajda palił świeczki pod krzyżami katyńskimi i wykuwał antysowieckie nagrobki. Nic z tego, co demonstrują nieugięci bohaterowie jego „Katynia".
Wajda nie stanął „po stronie pomordowanych" albo robił to w najściślejszej konspiracji. No bo zajrzyjmy do jego filmografii. Jest rok 1954 i młody reżyser – z katyńską traumą – rozpoczyna karierę. Bierze na warsztat powieść socjalistycznego pisarza Bohdana Czeszki. Jest to agitka napisana na partyjne zamówienie. O tym, jak zagubieni ideowo proletariusze dojrzewają do komunistycznej ideologii. Wajda jest młody i bardzo zdolny. Angażuje najlepszych: Janczara, Łomnickiego, Polańskiego. Kręci „Pokolenie" z rozmachem, jakiego nie znało polskie kino. Teraz to już nie jest taśmowa, siermiężna agitka, z której można się pośmiać. To już uwodzicielska, płomienna pieśń na cześć młodych ideowych komunistów. Wiarygodna, bo świetna warsztatowo. Ale czyż nie tacy ideowcy, tyle że w sowieckich mundurach, nakazali skrępować jego ojcu ręce drutem kolczastym i strzelić w tył głowy, a może nawet samemu wykonać wyrok?
Mija 50 lat i ten sam Wajda mówi z ekranu, że każdy uczciwy człowiek w kwestii Katynia zawsze stał twardo „po stronie pomordowanych". Twardo, czyli nie szedł na żadne kompromisy, nie przymilał się władzy, nigdy nawet nie otarł się o dworskość. Prezydent zaszczyca premierę, szkoły zbierają pieniążki na bilety. Billboardy z reklamą filmu na każdym rogu. Publiczność jest wzruszona, wstrząśnięta, zastyga w bólu. I niech ktoś powie, że to się nie nadaje na film. Prawdziwy.
Okładka tygodnika WPROST: 38/2007
Więcej możesz przeczytać w 38/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 19
  • Dareios IP
    Rozbraja mnie to że większość atakujących autora za tą recenzję nie ma praktycznie żadnych argumentów jak przytyki personalne. Co z tego że Polański pochwalił? To jest argument pozamerytoryczny który się nazywa Argumentum ad verecundiam - powołanie na autorytet. Co z tego że nazwisko Wajdy jest znane dzięki filmom? Nigdy nie słyszeliście o przypadku firm które wypracowały sobie markę po czym obniżyły jakoś produktów? Co z tego że nazwisko Wajdy znamy dzięki jego wczesniejszym filmom? Czy to świadczy ze z definicji dalej robi dobre filmy?

    Film jest po prostu kiepski, tak patetyczny i naiwny że aż żal. Tam nie ma ludzi, tam są żywe pomniki.
    • Little_Lotte IP
      A co do Wajdy, to zabawne jest, co Pan napisał. \"Pokolenie\" tematycznie może jest podporządkowane i \"partyjne\", ale nie montażowo. Nawet Polański o tym pisał i wyraził uznanie dla innowacyjności Wajdy. On wnosił do kina coś nowego. Nie spektakularnie nowego, zauważalnego dla każdego matoła (a chciałby Pan: \"Zabić komuchów!\" w tytule?), ale nowego. Bez Wajdy nasza kinematografia nie byłaby dziś tym, czym jest.
      • bez-nazwy IP
        Tak no pewnie. Napewno zrobił ten film zeby wcisnąć swoje nazwisko w jakieś ważne miejsce, a to że jego ojciec umarł w Katyniu nie ma nic do rzeczy... Człowieku weź się nie ośmieszaj. Film nominowany do oscara ale ty jesteś oczywiście mądrzejszy od wszystkich i twierdzisz że ten film to badziew. I jeszcze jedno nie jego filmy są znane z powodu jego nazwiska tylko jeggo nazwisko z powodu filmów. Nie jest tak że jakiekolwiek badziewie by zrobił to już jest popularny. Jest popularny bo robi dobre filmy...
        • Wnuk Rotmistrza IP
          Panie Redaktorze !
          Ogromny szacunek dla Pana za odwagę. Większość narodu nie odróżnia faktów historycznych od fantazji reżysera. Wajda zrobil film tak aby każdy idiota zrozumiał co autor miał na myśli i wyszła hybryda Polskiej Kroniki Filmowej z Klanem. Czyli papka dla debila z PRLu i IVRP. Mój dziadek nie był takim idiotą jak Andrzej – rotmistrz 8. Pułku Ułanów, który wolał iść do niewoli sowieckiej niż uciec i walczyć jako partyzant o co prosiła go żona i dziecko. Wstyd i hańbę przynosi Polskim Oficerom cierpiący na demencję Wajda.
          • a.bak@psl.ostrowiec.pl IP
            Co do \"decyzji rotmistrza\" to tylko ujawnił Pan swoją niewiedzę, by nie rzec IGNORANCJĘ, panie Kocie. Polscy oficerowie w II WŚ mieli pojęcie honoru - nie było ono sztuczne, lecz wpojone. Co więcej - doświadczeni żołnierze I WŚ pamiętali honorowe obchodzenie się z jeńcami, więc nie ma się i co dziwić.
            Jeśli chodzi o śmianie się na filmie o tej tematyce - to pan czegoś nie rozumie. Jak pan się chce pośmiać, to trza się wybrać na \"Kochaj mnie\" albo coś podobnego. Nasza tzw. kinematografia kręci tego teraz na pęczki.
            Co do postępowania pana Wajdy - zgadzam się z Panem w zupełności. Przyklejanie nazwiska do tematów nośnych jest jego cechą od dawna, ale ostatnio podupadła jakość jego obrazów. Znacznie upadła nawet.
            Jeśli idzie o stanie po stronie morderców lub pomordowanych, to poczynił Pan ciekawą obserwację. Nie zastanawiała mnie postawa samego pana Wajdy na tym tle. Faktycznie - wnioski są dość interesujące...