Cichy księgowy

Cichy księgowy

Najlepsi i najgorsi szefowie resortu finansów
Obywatelu, uważaj! Trwa łapanka „ochotników" na ministra finansów. Chętnych brakuje, bo od dawna wiadomo, że budynek Ministerstwa Finansów przy ulicy Świętokrzyskiej 12 w Warszawie jest jak świat z książek Lewisa Carrolla o przygodach Alicji. Kto raz tam się znajdzie, całkowicie się zmienia. Zwolennicy niskich podatków stają się nieczułymi poborcami, liberałowie – etatystami, pełni wiary reformatorzy – zrezygnowanymi cynikami. A osoby lubiane i cenione stają się szwarccharakterami.Kiedy w 2003 r. „Rzeczpospolita" przeprowadziła sondaż, który miał wskazać najlepiej ocenianych przez Polaków ministrów finansów, nie najgorsze noty zebrali tylko ci, którzy na tym stołku utrzymali się najkrócej. Mieli szczęście nie zapisać się w pamięci podatników. Nic dziwnego, że typowany na nowego ministra finansów Zbigniew Chlebowski, były wiceszef Komisji Finansów Publicznych w Sejmie V kadencji, współautor programu gospodarczego partii, która zdobyła w wyborach aż 41 proc. głosów, oświadcza, że właściwie są lepsi od niego kandydaci, i to spoza szeregów zwycięskiej PO.

Syndrom bramkarza
Tak jak mało który chłopiec grający w piłkę nożną chce stać na bramce (żadnej sławy, a odpowiedzialność duża), tak politycy unikają Ministerstwa Finansów. – Nie rozumieją gospodarki i finansów publicznych, więc chętnie przerzucają odpowiedzialność na tzw. fachowców – komentuje Andrzej Sadowski, wiceprezes Centrum im. Adama Smitha. Od początku lat 90. utarło się, że jest w dobrym tonie, gdy partia wygrywająca wybory wyznaczy na to stanowisko jakiegoś technokratę, najlepiej z tytułem naukowym. W ostateczności może być zaangażowany politycznie, byle nie za bardzo (vide: Marek Belka, znany kiedyś w SLD z notorycznego zalegania ze składkami partyjnymi).
Spośród piętnastu ministrów finansów III i IV RP politykami naprawdę byli w zasadzie tylko Leszek Balcerowicz i Zyta Gilowska. Ale gdy Balcerowicz po raz pierwszy pojawił się w rządzie jako szef resortu finansów (we wrześniu 1989 r.), był jeszcze nikomu nie znanym naukowcem i wykładowcą. Dopiero w trzecim swoim rządzie – Jerzego Buzka – pełnił tę funkcję jako szef Unii Wolności. Zyta Gilowska objęła tekę ministra finansów w rządzie PiS w sytuacji, gdy od półtora roku znajdowała się de facto poza sceną polityczną.
Politycy potrzebują „zderzaków", które przyjmą na siebie ciężar niepopularnych decyzji. Balcerowicz doczekał się miana gnębiciela polskich rodzin i „schładzacza" gospodarki. Jarosław Bauc zapamiętany został jako ten od dziury budżetowej, a Marek Belka – podatku od zysków kapitałowych. We wspomnianym rankingu ministrów finansów najlepsze oceny (czyli ledwie tróje)
zebrali m.in Marek Borowski i Andrzej Olechowski, którzy spędzili w Ministerstwo Finansów tylko po trzy miesiące. Wydawałoby się, że obroniła się w tej roli wyrazista Zyta Gilowska. Wrażenie to osłabił jej kiepski wynik wyborczy w Poznaniu, gdzie wyraźnie przegrała w starciu z drugoligowym posłem PO, mimo że startowała z „jedynką" z listy PiS.

Wizje księgowych
Najważniejszym w gruncie rzeczy resortem kierują wciąż cisi księgowi zamiast wizjonerów. Gdyby rola ministra finansów sprowadzała się do zliczania słupków, nie byłoby problemu. Niestety, w praktyce naszych rządów osoba ta jest głównym kreatorem polityki gospodarczej państwa. Paradoksalnie, w najlepszej sytuacji był Leszek Balcerowicz (w fotelu ministra finansów spędził 1784 dni). Gdy w 1989 r. został ministrem, sytuacja w gospodarce była tak zła, że politycy dali mu wolną rękę. Do sukcesów Balcerowicza są zaliczane m.in. opanowanie hiperinflacji, wprowadzenie wymienialności złotego i reforma systemu bankowego. Co ciekawe, nikt nie wypomina mu, że to on wprowadził w Polsce progresywny podatek dochodowy (po komunie odziedziczył 20-procentowy podatek dla pracowników budżetówki, czyli większości Polaków). Gdy potem w rządzie AWS-UW forsował obniżkę podatków (zawetowaną przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego), w istocie usiłował naprawić błąd z początku lat 90.
Drugi pod względem stażu Grzegorz Kołodko (1360 dni w roli ministra finansów) płynął na fali wzrostu gospodarczego, dwoił się i troił, by przyćmić Balcerowicza. Ale zapamiętany został głównie z ostatniej kadencji, gdy forsował abolicję podatkową połączoną z wymuszoną spowiedzią podatników. Projekt z hukiem padł w Trybunale Konstytucyjnym. Gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że to on po raz pierwszy zaproponował skokową redukcję CIT do obecnych 19 proc.

Metamorfozy
Zyta Gilowska jako posłanka PO opowiadała się za podatkiem liniowym (pamiętne 3x15) oraz cięciami sztywnych wydatków budżetu. Po wejściu do rządu PiS w styczniu 2006 r. na jednej z pierwszych resortowych narad proponowała zaś, aby odebrać prawo do 19-procentowej stawki PIT osobom fizycznym, które prowadzą działalność gospodarczą. Chciała też odebrać małym przedsiębiorcom prawo do rozliczania się w formie karty podatkowej i ryczałtu – najprostszych i najtańszych sposobów pobierania podatków. Bilans jej dwóch lat w Ministerstwie Finansów można uznać za sukces, ale jego fundamentem była względna bierność. Likwidacja podatków od darowizn i spadków między najbliższą rodziną, a także obniżenie składki rentowej były zmianami niewystarczającymi. Dobrą kondycję budżetu Gilowska zawdzięczała nie cięciom wydatków, lecz nadzwyczajnym wpływom podatkowym z powodu gospodarczej hossy.
PO jeszcze nie zaczęła rządzić, a już usiłuje się wycofać z drugiej części obniżki składki rentowej (miała nastąpić w styczniu 2008 r.). Do żyrowania tak niepopularnej decyzji potrzebny będzie „zderzak". Jeśli partia, która szła do wyborów pod hasłem „cudu gospodarczego", rzuci na pierwszą linię frontu kolejnego cichego księgowego, prześpimy następne cztery lata.
Magicy i rzemieślnicy finansów
Leszek Balcerowicz
12.09.1989 – 22.12.1991 i 31.10.1997 – 08.06.2000
Podczas pierwszej kadencji jego zasługami były: likwidacja kolosalnego deficytu budżetowego i jego względne zrównoważenie, wprowadzenie prawnego zakazu finansowania deficytu emisją pieniądza (kredytem banku centralnego) oraz zbudowanie nowoczesnego systemu podatkowego (PIT i VAT w miejsce podatku obrotowego). Podczas swojej drugiej kadencji był autorem projektu śmiałej reformy podatkowej (obniżka stawek i wprowadzenie podatku liniowego). Projekt nie był zbyt ochoczo przyjmowany przez główną siłę polityczną (AWS), a ostatecznie utrącił go prezydent Aleksander Kwaśniewski przy czynnym udziale swojego głównego doradcy ekonomicznego Marka Belki.
Karol Lutkowski
23.12.1991 – 27.02.1992
Minister fi nansów w rządzie Jana Olszewskiego. Nieporozumienie polityczne. Ten wybitny teoretyk ze względu na stan zdrowia oraz cechy charakteru kompletnie nie nadawał się do pełnienia funkcji administracyjno-rządowych i sam po trzech miesiącach zrezygnował.
Andrzej Olechowski
28.02.1992 – 05.06.1992
Kończył po Lutkowskim krótką kadencję rządu Olszewskiego. Zdążył posprzątać biurko i podlać paprotkę. Po za tym nic złego nie zrobił.
Jerzy Osiatyński
01.07.1992 – 26.10.1993
Należy do wymierającego gatunku konsekwentnych keynesistów. Jako minister finansów wykazał się jednak dużym spokojem (żadnych szaleństw wydatkowych) i pragmatyzmem. Jego zasługami jest wprowadzenie ryczałtowego opodatkowania małych firm i zniesienie popiwku.
Marek Borowski
26.10.1993 – 08.02.1994
Minister w rządzie Waldemara Pawlaka. Rządził krótko (patrz opis kadencji Andrzeja Olechowskiego), ale wykazał się charakterem. Kiedy premier chciał mu gmerać w fi nansach, po prostu podał się do dymisji
(słynna fraza Pawlaka: „Pan Borowski nie wykazał znamion pełnienia obowiązków służbowych").
Grzegorz W. Kołodko
28.04.1994 – 04.02.1997 i 06.07.2002 – 16.06.2003
Minister w rządach Oleksego i Millera. Dzielił narodowy bochen i wprowadzał chaotyczne zmiany w systemach podatkowych. Plusem było pilnowanie uchwalonych budżetów (wiedząc o jego cholerycznym usposobieniu, szefowie resortów bali się nawet prosić o zwiększenie limitów). W drugiej swojej kadencji zasłynął promocją wyrobów firmy Sanitec (Koło).
Marek Belka
04.02.1997 – 31.10.1997, i 19.10.2001 – 06.07.2002
W pierwszej kadencji posprzątał po GWK, w drugiej załatał „dziurę Bauca", wprowadzając sensowny ogranicznik wzrostu wydatków budżetowych („inflacja plus 1"), i padł ofi arą intrygi Leszka Millera (po drodze
utrącił pomysł podatku liniowego). W roli premiera był już tylko likwidatorem masy upadłościowej rządu SLD.
Jarosław Bauc
12.06.2000 – 28.08.2001
Dobry ekonomista o zerowym zapleczu politycznym i nie najmocniejszym charakterze. Nie oparł się naciskom rządu AWS na zwiększenie wydatków i do historii przeszedł jako autor „dziury Bauca". Zdymisjonowany po ujawnieniu, że deficyt w 2002 r. może sięgnąć 60 mld zł.
Halina Wasilewska -Trenkner
28.08.2001 – 19.10.2001
Kończyła kadencję w rządzie Buzka i prace nad projektem budżetu na rok 2002. Potwierdziła opinię świetnej bilansistki, sprowadzając w tym projekcie deficyt do wyobrażalnych rozmiarów.
Andrzej Raczko
16.06.2003 – 21.07.2004
Następca (i kolega z uczelni) Marka Belki. Kompetentny, cichy, grzeczny i kulturalny. Funkcją państwową zajmował się dopóty, dopóki nie załatwił sobie dobrej fuchy za granicą. Za jego kadencji zmniejszono CIT do 19 proc. (jedna z najmądrzejszych zmian fi skalnych).
Mirosław Gronicki
21.07.2004 – 31.10.2005 
Minister końcówki rządów SLD. Mając minimalne możliwości działania, zadanie utrzymania fi nansów publicznych w jakim takim ładzie wykonał bardzo dobrze.
Teresa Lubińska
31.10.2005 – 07.01.2006
Niedoszła promotorka niedoszłej pracy doktorskiej premiera Marcinkiewicza. Przez dwa miesiące urzędowania poza czynnościami rutynowymi (patrz Andrzej Olechowski) zajmowała się głównie likwidacją supermarketów. Wskutek tego ówczesny premier zrezygnował z zamiarów pracy naukowej, a i tak zrobił karierę ekonomiczną.
Paweł Wojciechowski
24.06.2006 – 14.07.2006
Był taki minister finansów, są na to dokumenty.
Stanisław Kluza
14.07.2006 – 22.09.2006
Biurko, paprotka, ale także kilka sensownych wypowiedzi, które wystarczyły, aby uspokoić nieco zdezorientowane i rozchwiane rynki finansowe.
Zyta Gilowska
07.01.2006 – 24.06.2006 i 22.09.2006 – 5.11.2007
Dwie kadencje w jednej, przedzielone procesem lustracyjnym. Do jej zasług należą: zmniejszenie składek na ubezpieczenia społeczne i utrzymanie deficytu budżetowego w 2007 r. na znakomitym poziomie. Klapa wiąże się z małą odpornością na naciski zwiększenia wydatków i deficytu budżetowego w roku przyszłym (plan 28 mld zł, tegoroczne wykonanie około 15-18 mld zł).



Okładka tygodnika WPROST: 44/2007
Więcej możesz przeczytać w 44/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także