Polityczka w polityce

Polityczka w polityce

Poczucie humoru wybrańców narodu jest dobrym barometrem kondycji państwa
Podczas niedawnej debaty prezydenckiej w ABC News senatora Sama Brownbacka zapytano o największy błąd, jaki popełnił w życiu. „Jest nim to, że nie mówię żonie i dzieciom dość często, jak bardzo ich kocham" – odparł. Gdy przyszła kolej na drugiego gościa programu, Rudy’ego Giulianiego, ten szeroko się uśmiechając, odparował: „Naprawdę zdaje się wam, że dam radę opowiedzieć o moich błędach w 30 sekund?”. Po czym zwrócił się do prowadzącego program: „George, twój ojciec jest pastorem. Jeśli pozwolisz, z nim wyjaśnię te sprawy, nie z tobą”.W teledemokracji coraz mniej liczą się programy i poglądy, a szafujący populistycznymi hasłami demagodzy coraz częściej sięgają po władzę dzięki milionom wydawanym na kampanie wyborcze i odgrywaniu show starannie reżyserowanych przez speców od PR. Dlatego umiejętność spontanicznego śmiania się polityków z samych siebie to dziś jeden z ostatnich sposobów dowiedzenia się, kim tak naprawdę są. Poczucie humoru wybrańców narodu to jednocześnie doskonały barometr kondycji państwa. I nie chodzi o żarty z polityków, bo wiadomo, im gorsza sytuacja, tym naród głośniej się śmieje. Chodzi o to, czy politycy potrafią się śmiać sami z siebie.

Uśmiech za milion
Horacy uczył: „Ridentem dicere verum" - z uśmiechem mówić prawdę. Specjaliści od politycznego marketingu mniejszy nacisk kładą na prawdę. „Ważne jest, abyś był dobrze odebrany przez publiczność” – można przeczytać w Internecie na jednej ze stron instruktażowych dla polityków. Jej autor dodaje: „Nadawaj dyskretne sygnały, że podzielasz poglądy słuchaczy. Nie traktuj publiczności jak głupców i nie upraszczaj zbyt trywialnych kwestii. Bądź ostrożny i oszczędzaj szczegóły, bo ktoś z publiczności może się okazać większym specjalistą od ciebie. Fakty poprzyj anegdotami. Bądź przy tym pewny siebie, ale nie arogancki”. Najważniejszy jest jednak uśmiech. Amerykanie mówią, że gdy szeroki, jest wart miliony dolarów. Spece od PR dodają, że polityk, uśmiechając się, tworzy „lepszy klimat do porozumienia”. A to przekłada się na liczbę głosów.
Uśmiech, by wyglądał na prawdziwy, nie może się pojawiać ani znikać za szybko. Nie może też być przyklejony do twarzy non stop. Zresztą sztuczny trwa dłużej od prawdziwego. Zanim powie się coś miłego albo zabawnego, lepiej najpierw się uśmiechnąć, bo gdy uśmiech pojawia się po wypowiedzi, w obserwatorach, czyli potencjalnych wyborcach, budzi się podświadomie przeświadczenie o fałszu. I jeszcze jedno - trzeba się śmiać przede wszystkim oczami. Tych kilku zasad można się łatwo nauczyć. Gorzej z poczuciem humoru. Frank Moore Colby, XIX-wieczny wychowawca i historyk, pisał: „Ludzie przyznają się do zdrady, morderstwa, podpalenia, sztucznych zębów czy noszenia peruki. Ale ilu z nich wyzna, że brak im poczucia humoru?".
Niewiele rządów na świecie popisało się takim poczuciem humoru, jak ten w RPA, gdzie państwowe centrum informacji ogłosiło: „Nikt nie ma prawa oczekiwać od mediów, że ich relacje nie będą kąśliwe. Satyra, humor i ostra krytyka to powody, dla których istnieje parlament". Na razie jednak poczuciem humoru wykazują się przede wszystkim społeczeństwa – kpią z polityków bez względu na szerokość geograficzną. Krajami, na które miało to chyba najbardziej zbawienny wpływ, są Indie i Pakistan. Przez lata między sąsiadami szantażującymi się atakiem nuklearnym trwała umiejętnie podsycana przez ich rządy cicha wojna na karykatury. Od pewnego czasu jednak mieszkańcy Indii i Pakistanu śmieją się dokładnie z tych samych żartów, w równej mierze ośmieszających polityków obu państw. Politykom pozostało więc tylko zacisnąć zęby. Zresztą nie tylko tam. W ostatnich miesiącach rządów Jacques’a Chiraca w Paryżu śmiano się, że jest on tak nadęty, że limuzyną zamiast niego można by – podobnie, jak kiedyś Breżniewa – wozić kukłę. Niemcy długo powtarzali żart o dochodzeniu Bundestagu wyjaśniającym, co się stało z 50 euro z federalnej kasy przyznanymi Angeli Merkel na fryzjera, bo – jak mówili, patrząc na swą kanclerz – do fryzjera te pieniądze na pewno nie trafiły. Amerykanie chyba z żadnego prezydenta tak się nie śmiali, jak z obecnego. Ostatnio tematem kpin jest przemówienie Busha promujące reformy oświatowe, podczas którego zapomniał o gramatyce i stwierdził: „Childrens do learn”. Celem bodaj największej kampanii prześmiewczej był jednak premier Czech Stanislav Gross. Gdy pojawiły się podejrzenia, że powołana przez niego specjalna grupa policyjna Młyn zbierała informacje o jego politycznych przeciwnikach, w Google jako pierwszy po wpisaniu hasła „wielki brat” wyskakiwał link ze zdjęciem Grossa przenikliwie wpatrującego się w internautę. Potem, gdy media oskarżyły go o wzięcie łapówki na kupno apartamentu w Pradze, w całym kraju pojawiły się billboardy wykupywane przez zwykłych obywateli z ich zdjęciami i podpisem: „Wstydzę się za swojego premiera”. Podając się do dymisji, premier przepraszał, że „nie miał ochoty wyjaśniać spraw, które uznawał za prywatne”. Ale to nie pomogło. W Internecie powstała strona, na której Czesi zaczęli wyznawać Grossowi swoje „prywatne grzechy”. Pisali o niewierności czy przechodzeniu na czerwonym świetle, a ich posty automatycznie trafiały na adres mailowy kancelarii premiera.
Bez względu na to, jakie konsekwencje mają kpiny z polityków, niewielu jest takich, którzy się za nie obrażają. Jednym z kilku wyjątków był Gerhard Schröder, który wytoczył procesy mediom za sugestie, iż farbuje włosy i sypia ze strażniczką z osobistej ochrony. Choć sąd zakazał powtarzania ich, Schröder stał się obiektem jeszcze złośliwszych żartów.

Najstarszy zawód
Niedoścignionym wzorem polityka śmiejącego się z siebie samego był Ronald Reagan. Żartował ze swojej biedy w dzieciństwie, przyznając, że jedyny kontakt jego rodziny z bankami polegał na tym, że nad jednym z nich mieszkali. Kpił z polityki, twierdząc, że „choć jest drugim z rzędu najstarszym zawodem, bardzo przypomina ten pierwszy". Kiedyś z poważną miną oświadczył: „Wydałem rozkaz, by w sytuacji nadzwyczajnej budzić mnie o każdej porze, nawet jeśli jestem na posiedzeniu gabinetu”. Humor nie opuszczał go nawet po zamachu w 1981 r., gdy tuż po wybudzeniu z narkozy powiedział lekarzom: „Mam nadzieję, że jesteście republikanami”. Goethe twierdził, że charakter człowieka najlepiej określa to, co uznaje on za śmieszne.
Osobą, która pod względem poczucia humoru depcze po piętach Reaganowi, jest kandydatka na prezydent USA Hillary Clinton. W ostatnich miesiącach udowodniła, że z najtrudniejszych nawet sytuacji najłatwiej wybrnąć śmiejąc się, najlepiej sarkastycznie, z samej siebie. Gdy ostatnio Chris Wallace podczas programu w Fox News próbował się od niej dowiedzieć, jakie ma pomysły na zmiany w opiece zdrowotnej (powszechnie wiadomo, że to jej pięta achillesowa), rechocąc, wycedziła: „Tak, marzyłam, żebyś mnie właśnie o to zapytał". Wallace nie wytrzymał i też zaczął się śmiać. Z rechotem pani Clinton jest jednak problem. W styczniu 2005 r., tuż po płomiennym przemówieniu, które wygłosiła o przepisach aborcyjnych, reporterzy zaczęli ją wypytywać o zmianę stanowiska w tej kwestii. Wówczas niespodziewanie wybuchła śmiechem. Reporterzy spojrzeli po sobie, czy może nie umknął im jakiś żart. Nie umknął. Kilka miesięcy później byłej pierwszej damie zdarzył się podobny „wypadek”, gdy zapytano ją, czy poradzi sobie z niebezpieczeństwami współczesnego świata, „walką ze złem i złymi ludźmi, jak Osama bin Laden”. Clinton odparła nieco melancholijnie: „Cóż, zastanówmy się, jakie mam doświadczenie w radzeniu sobie ze złem i złymi ludźmi”. Tym razem sala śmiała się razem z nią.

Błąd Zemana
Renata Beger to jedyna polska polityk, która choć wcześniej była wyszydzana w show Szymona Majewskiego, zgodziła się tam wystąpić i parodiować samą siebie. Tymczasem w USA udział w takich programach to norma. Stephen Colbert do swego „Daily Show" zaprasza pierwszoligowych polityków, by podczas wywiadów zrobić wszystko co się da, by wyprowadzić ich z równowagi. Jego goście muszą się wykazać potężną dozą dystansu do siebie, by wybrnąć z pytań o nieistniejącą kochankę albo wytłumaczyć się z fotomontażu, na którym widać ich ze znanym łapówkarzem. Colbert potrafi przerwać rozmówcy w pół zdania, pytając, czy może mu uczesać wąsy. Mimo to występowali u niego m.in. Bill Clinton, Jimmy Carter, Al Gore, ale też zagraniczni prezydenci, m.in. Vincente Fox i Evo Morales. Program „niedouczonego palanta na wysokim stołku”, jak Colbert sam siebie nazywa, jest też satyrą na naciąganą bezstronność i megalomanię gwiazd dziennikarstwa. Ostatnio, parodiując je, Colbert ogłosił, że startuje w wyborach prezydenckich. Zgłosił swą kandydaturę u republikanów i demokratów. Teledemokracja rządzi się swoimi prawami i pewnie znokautowałby kilku poważnych polityków, gdyby partie nie zakazały mu startu.
„Polityk może być kochany, polityk może zostać znienawidzony, ale polityk nigdy nie może się stać śmieszny" – stwierdził były premier Czech Miloš Zeman w swej bestsellerowej książce „Jak się myliłem w polityce”. I znów się pomylił. Polityka bez humoru śmiertelnie nudzi wyborców, a zbyt poważnych polityków zabija, przynajmniej w życiu publicznym. Talk-show, gdzie szydzi się z nich bezlitośnie są chyba jednym z najlepszych i ostatnich sposobów, by publika dowiedziała się,  kim tak naprawdę są. Jednocześnie w coraz bardziej zadufanych w swej nieomylności mediach i w coraz mniej śmiesznym świecie, polityka, która choć na chwilę potrafi się zamienić w „polityczkę”, budzi cieplejsze skojarzenia i emocje. A dla tych, którym mimo wysiłków obca jest umiejętność śmiania się z samych siebie, pozostaje ćwiczyć uśmiech – doskonale dotlenia to mózg, poprawiając sprawność szarych komórek i nastrój.

Okładka tygodnika WPROST: 48/2007
Więcej możesz przeczytać w 48/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także