Tyka bomba pod szpitalami

Tyka bomba pod szpitalami

Jeśli 1 stycznia wejdą w życie nowe przepisy o czasie pracy lekarzy - szpitale staną. Zabraknie pieniędzy i lekarzy. Co zrobi rząd, żeby bombę rozbroić? - pyta "Gazeta Wyborcza".

Na wtorek minister zdrowia Ewa Kopacz ma przygotować informację, jak uniknąć kryzysu - zapowiedział w sobotę premier Donald Tusk. We wtorek minister Kopacz ma też rozmawiać ze związkami zawodowymi służby zdrowia. "GW" dowiaduje się, że resort rozważa odroczenie wejścia w życie nowej ustawy o czasie pracy w służbie zdrowia, by ustawę poprawić. Innego sposobu resort nie widzi.

Uchwalona latem ustawa respektuje unijną dyrektywę o czasie pracy lekarzy. Dyżury wlicza do czasu pracy, po każdym dyżurze należeć się będzie 11 godz. odpoczynku. Lekarz może pracować nie więcej niż 48 godzin w tygodniu - chyba że dobrowolnie zgodzi się na dłuższe dyżury. Ale w sumie czas pracy lekarza nie może przekroczyć 78 godzin tygodniowo.

To wykluczy dzisiejszą praktykę, że lekarz rano przychodzi do pracy, potem przez noc dyżuruje, a od rana znów leczy chorych. Bywało, że spędzał w pracy 90 godzin - pisze gazeta.

Nowe prawo daje lekarzom narzędzie nacisku na podwyżki płac. Gotowi są udzielić zgody na dłuższe dyżurowanie, ale nie za darmo. Wcześniej przegrali dwa strajki o podwyżki. Teraz mają po swojej stronie prawo pracy.

Dyrektorzy już zaczęli przymiarki. Dwa największe wrocławskie szpitale wyliczyły koszt podwyżek na kilkanaście milionów. Na Pomorzu potrzeba 50 mln. Samorząd województwa rozkłada ręce - tych milionów nie ma.

Brak pieniędzy to nie jest jedyny problem. Ustawę inaczej interpretuje prof. Krzysztof Rączka, autor ekspertyzy dla Naczelnej Izby Lekarskiej, inaczej prawnicy Ministerstwa Zdrowia, jeszcze inaczej Państwowa Inspekcja Pracy. Gdyby przyjąć wykładnię Izby, niemożliwe stają się dyżury świąteczne, 24-godzinne, bo pracownik w każdej dobie musi mieć 11 godz. wolnego. Prawnicy resortu twierdzą zaś, że lekarz może dyżurować 24 godz., pod warunkiem, że potem odpoczywa 11 godz.

Gdyby wykonać ustawę literalnie, na Pomorzu np. zabraknie 200 lekarzy. "O zatrudnieniu kilkudziesięciu specjalistów nie ma co marzyć" - twierdzi Irena Erecińska-Siwy, dyrektor szpitala w Gdyni-Redłowie. "Nie ma ich na rynku. Cała nadzieja w młodych lekarzach bez specjalizacji". W Kielcach też stawiają na dyżury tych młodych lekarzy. Ale czy to legalne? Stażysta nie ma prawa podejmować samodzielnie decyzji, a lekarz na dyżurze musi.

Nowa ustawa nie daje szans na ułożenie szpitalnego grafika dyżurów. Nawet zgoda pracownika tu nie pomoże. Chyba że dyrektor zdecyduje się łamać prawo, np. przez podpisywanie kontraktów z etatowymi lekarzami.

Rząd boi się, że nie zdąży poprawić ustawy do końca roku. Stąd pomysł, by odłożyć jej wejście w życie. "Złe prawo trzeba natychmiast poprawić" - mówi poseł LiD Marek Balicki, wcześniej dyrektor szpitala Wolskiego, b. minister zdrowia. Inicjatywę szybkiej poprawki może zgłosić sejmowa komisja zdrowia.

Przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy Krzysztof Bukiel słyszał, że min. Ewa Kopacz chce z nim rozmawiać we wtorek o przedłużeniu vacatio legis dla ustawy. Gotów jest dać czas rządowi, ale stawia warunki: "Czekaliśmy na podwyżki 60 lat, możemy jeszcze pół roku. Ale musimy mieć gwarancję realnych podwyżek płac. W słowo honoru premiera nie uwierzymy".

Z minister Kopacz, mimo usilnych prób, nie udało się "Gazecie Wyborczej" skontaktować.

Czytaj także

 0

Czytaj także