Dyplomacja przebiegłości

Dyplomacja przebiegłości

W polityce zagranicznej liczą się interesy, a nie uśmie chy i gesty
Choć w dyplomacji widać głównie pojednawcze gesty i sztafaż, wiara w przyjaźń między państwami czy między ich przywódcami to zwykłe frajerstwo. Najważniejsze są konkrety realizowane z żelazną konsekwencją i przebiegłością Talleyranda. W polskiej polityce zagranicznej nie było ich od dawna i nie będzie, jak długo debatę o strategii zastępować będzie jałowa awantura.Gry strategiczne
W 1996 r., gdy Rosja użyła siły wobec czeczeńskich separatystów, prezydent USA przyrównał tę decyzję do strategii Abrahama Lincolna podczas wojny secesyjnej. Z oficjalnych deklaracji wynikało, że Borys Jelcyn ma w Billu Clintonie lojalnego przyjaciela. W tym samym czasie jednak strategicznym celem Waszyngtonu było wykorzystanie gospodarczej, militarnej i politycznej słabości Rosji, zanim po transformacji odzyska równowagę. Były zastępca sekretarza stanu USA Strobe Talbott ujawnił, że podczas negocjacji amerykańscy dyplomaci i politycy wykorzystywali nawet słabość Jelcyna do alkoholu. „Wielu Rosjan uważało, że Biały Dom podobnie jak Jelcyna traktuje całą Rosję. Kłopot w tym, że Rosja w końcu wytrzeźwiała, a swe pijackie ekscesy pamiętała selektywnie i ze złością" – pisał niedawno w „Foreign Policy" Dimitri K. Simes, prezes Nixon Center. Simes nie krytykuje fałszu polityki Clintona, lecz to, że prezydent nie dość dobrze wykorzystał nadarzającą się okazję.
Następca Clintona, George W. Bush, początkowo nawet nie udawał, że Moskwa to strategiczny partner USA. Wszystko zmieniło się po jego pierwszym spotkaniu z Władimirem Putinem w połowie 2001 r. Po długiej rozmowie w cztery oczy podczas szczytu w Słowenii Bush zapałał do Rosjanina taką sympatią, że nawet ręczył za jego demokratyczne poglądy. Na deklaracjach i wspólnym łowieniu ryb pewnie by się skończyło, gdyby nie zamachy 11 września 2001 r. Tym razem to Putin postanowił skorzystać z okazji. Zgoda Kremla na przelot nad terytorium Rosji samolotów USA zmierzających do Afganistanu, na powstanie baz amerykańskich w Azji i umożliwienie Zachodowi kontaktów ze sponsorowanym przez Rosję Sojuszem Północnym nie wynikała z sympatii czy solidarności z zaatakowaną Ameryką. Zniszczenie reżimu talibów, który jako jedyny uznał władze separatystów czeczeńskich, było po prostu Kremlowi na rękę. Prawdziwego sojuszu między Bushem a Putinem, mimo że wciąż razem łowią ryby, nie było i nie ma. Świadczy o tym determinacja Moskwy w zwalczaniu kolorowych rewolucji, sprzeciw wobec poszerzania NATO czy szantażowanie byłych republik, by nie sprzedawały swych surowców na Zachód. Efekt dyplomacji uśmiechów Clintona i Busha jest taki, że – jak ostrzega Simes – „Rosja wkrótce może stanąć na czele antyzachodniego obozu".

Uśmiech na pokaz
Harry Truman mawiał, że „kto w polityce rąbie pięścią w stół, powinien się upewnić, że nie leżą na nim pinezki". O tym, jak wiele ich było na unijnym stole, przekonał się Jarosław Kaczyński. Musiał przyjąć do wiadomości, że ci sami europejscy politycy, którzy jeszcze niedawno zapewniali go o zrozumieniu i przyjaźni, po wyborczym sukcesie Donalda Tuska w Brukseli odtrąbili powrót Polski do unijnej rodziny. Szef Komisji Europejskiej José Manuel Barroso przez ostatnie miesiące podkreślał, jak bardzo rzeczowe i owocne są rozmowy z rządem w Warszawie. W odpowiedzi słyszał, że „polski premier darzy go największym zaufaniem spośród wszystkich polityków unijnych". Już kilka dni po wyborczym zwycięstwie PO, gdy Barroso przyjechał do Warszawy, aby – co podkreśliła jego rzeczniczka – „osobiście gratulować Tuskowi", winszował nie tylko nowemu premierowi i jego partii, ale też Polsce. W wywiadzie dla „Vanity Fair" wyznał, że kilka miesięcy temu gotów był podać się do dymisji z powodu awantury o traktat konstytucyjny. Za jej sprawcę uważano rząd Kaczyńskiego. A jaki Barroso naprawdę miał i ma stosunek do gabinetów w Warszawie, dowiemy się pewnie za parę lat, z pamiętników byłego już wówczas szefa KE. Tymczasem Barroso, głosząc piękne mowy pod adresem rządów – jak ujął to jeden z naszych dyplomatów – „nikomu łaski nie robi, bo za utrzymywanie jak najlepszych stosunków ze wszystkimi krajami wspólnoty, bez względu na to, jakie są ich rządy, po prostu mu płacą”. Co miesiąc 20 tys. euro.
– Nie wierzę w kumpelskie układy między politykami, zawierane między jednym a drugim kieliszkiem – twierdzi europoseł Jacek Saryusz-Wolski. Jego zdaniem, takie kontakty rzadko przekładają się na realne wpływy. – Co innego wieloletnie przyjaźnie, oparte na porozumieniu intelektualnym i szacunku. W tym wypadku sprawdza się stara zasada: im ktoś więcej może, tym mniej się z tym afiszuje. Tylko politycy słabo zakorzenieni w wielkiej dyplomacji przechwalają się koneksjami – mówi „Wprost" Saryusz-Wolski.
Prof. Jadwiga Staniszkis uważa, że pod koniec rządów Jarosław Kaczyński uświadomił sobie, że dla Polski bardziej opłacalny jest klientelizm wobec urzędników Komisji Europejskiej, niż „uwieszenie się" na silnym państwie europejskim i za jego pomocą realizowanie naszego interesu narodowego. Ta teza będzie aktualna za kilka, może kilkanaście lat. Na razie jednak najważniejsze decyzje wciąż zapadają w unijnych stolicach podczas rozmów przywódców najważniejszych państw, zwykle tzw. wielkiej piątki, czyli Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Ich narady cały czas mają zdecydowanie większe znaczenie niż obrady unijnych komisarzy. Prof. Staniszkis zakłada, iż przeniesienie akcentów na unijną biurokrację było celowe i nie wynikało z braku innych możliwości.

Strategia bez kadr
Jeśli rzeczywiście Polska miałaby strategię w UE, to wątpliwe, by jedynym jej sukcesem w ciągu dwóch lat – poza uświadomieniem wszystkim, że Warszawa ma prawo weta – była deklaracja solidarności europejskiej złożona przez Angelę Merkel i Barroso w Samarze. Wówczas choćby sztandarowy projekt polskiego pierwiastka zostałby brukselskim urzędnikom przedstawiony z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie kilka dni przed szczytem, podczas którego wszyscy przywódcy i urzędnicy zamiast zaczynać nową debatę, chcieli po prostu złożyć podpisy pod wcześniej przygotowanym dokumentem. Istnienie unijnej strategii Polski determinowałoby przynajmniej wysyłanie ambasadorów do państw, które w danym półroczu jej przewodniczą. Wszystkie kraje UE na czas prezydencji delegują tam specjalnie przygotowanych dyplomatów. Warszawa, gdy zaczynało się portugalskie przewodnictwo, nie miała nawet pomysłu, kogo oddelegować do Lizbony.
Czy ekipa Donalda Tuska jest lepiej przygotowana? W kancelarii premiera wciąż nie ma dyrektora departamentu spraw zagranicznych. Okrętem flagowym polityki międzynarodowej rządu został prof. Władysław Bartoszewski, a PO ma silne zaplecze w osobach m.in. Jacka Saryusz-Wolskiego czy wykładającego w Waszyngtonie Bronisława Misztala, któremu – jak dowiedziało się nieoficjalnie „Wprost" – szef MSZ zaproponował pod koniec listopada stanowisko szefa gabinetu politycznego w resorcie. Żaden z tych polityków nie wspomnia jednak na razie o planach choćby „średnioterminowych" – tworzy się je na kolejnych 10 lat. Wciąż pozostaje też dziura kadrowa w MSZ. Strategiczne decyzje w resorcie od lat były wypracowywane przez 30-osobowe grono dyrektorów departamentów. Przez rok rządów minister Fotyga dokonała czystek wśród urzędników tego szczebla. – Odbudowa zespołu może potrwać kilka miesięcy – mówi jeden z dyrektorów MSZ.

Cnoty i pomyłki
Zacieśnianie sojuszu z USA, umacnianie pozycji Polski w UE i normalizacja stosunków z Rosją czy choćby zniesienie embarga na polskie mięso to cele naszej polityki zagranicznej. Są identyczne zarówno dla prezydenta, jak i rządu. Pozornie oba ośrodki różnią tylko metody. Można odnieść wrażenie, że prezydent stawia na politykę twardo artykułowanych konkretów, a rząd Tuska – na uśmiechy. Można też wysnuć wniosek, że spór o to, kto rządzi polityką zagraniczną, sprowadza się do tego, kto wybierze metody prowadzenia dyplomacji. To pozory. Ekipa prezydenta, która przez ostatnie dwa lata współdziałała lub należała do rządu Jarosława Kaczyńskiego, dawała się łapać na hak uśmiechów i przyjaźni. Nie tylko w sprawie Barroso, ale i m.in. prezydenta Valdasa Adamusa, który do niedawna deklarował przyjaźń z rządem PiS, ale nie przeszkadzało mu to w odebraniu nagrody Europejczyk 2007 Roku. Przyznano mu ją za „pomoc w zawarciu porozumienia w sprawie unijnego traktatu reformującego w takiej formie, aby nie izolować Polski". Nieoficjalny przekaz jest oczywisty – za pomoc w łagodzeniu stanowiska rządu Kaczyńskiego w rozmowach z Angelą Merkel. Zresztą tę wymowę podkreśla uhonorowanie Merkel nagrodą w kategorii mąż stanu. Tymczasem premierowi Tuskowi do „dyplomacji uśmiechów" daleko, szczególnie w stosunkach z Moskwą. Ogłaszając odblokowanie negocjacji z Rosją w sprawie członkostwa w Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), zdobył się na złośliwość pod adresem Kremla. W pierwszych słowach statutu OECD zapisano bowiem, że mogą do niej należeć jedynie kraje demokratyczne. „Gest" Tuska miał miejsce w przeddzień wyborów w Rosji, o których było wiadomo, że demokratyczne nie będą. Jednocześnie premier wytrącił Kremlowi chętnie stosowany na forum UE argument, że Polską rządzą rusofobi. To posunięcie zamknęło też usta politykom w Brukseli, którzy pogląd ten podzielają. Brak odpowiedzi Moskwy to znak, że stratedzy na Kremlu pewnie się zastanawiają, czy Polsce ten numer wyszedł przypadkiem, czy był celowy. Sęk w tym, że Polacy mogą mieć podobne wątpliwości.
„Narody – powtarzał Charles de Gaulle – nie mają uczuć, tylko interesy". Winston Churchill, który choć oficjalnie utrzymywał z nim przyjazne stosunki, w rzeczywistości szczerze go nienawidził, twierdził, że „niewiele jest cnót, których Polacy nie mają, i niewiele pomyłek, których udało im się uniknąć". Podczas ostatnich dwóch tygodni w awanturę między ośrodkiem prezydenckim a rządem wciągnięto naszych sojuszników, sąsiadów i ambasadorów obcych państw, którym nasi politycy klarowali, kto w rzeczywistości kieruje dyplomacją. Za granicą wywołało to konsternację, ale przede wszystkim politowanie. A konflikt utwierdził wszystkich w przekonaniu, że Warszawa, choć zmienił się rząd, wciąż jest nieobliczalnym partnerem. 
Okładka tygodnika WPROST: 50/2007
Więcej możesz przeczytać w 50/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także