Darwin z Wiejskiej

Darwin z Wiejskiej

Dziesięć najgłupszych politycznych pomysłów 2007 r.
Pewien amerykański żołnierz postanowił wziąć udział w konkursie plucia przez balkon. Żeby jego ślina osiągnęła odpowiednią prędkość, wziął rozbieg. Poskutkowało. Nikt inny nie splunął równie daleko. Pech chciał, że mężczyzna z rozpędu wypadł przez balkon. A że konkurs odbywał się na wysokości trzeciego piętra, poniósł śmierć na miejscu. Amerykanin zapisał się na kartach historii nie tylko jako zwycięzca konkursu plucia na odległość, ale również jako laureat Nagrody Darwina. Żeby ją dostać, należy spełnić dwa warunki. Trzeba być skończonym idiotą i z powodu tej głupoty zginąć albo przynajmniej odnieść poważne obrażenia. „Wprost" postanowił przenieść zasady konkursu na grunt polskiego życia publicznego i przyznać Darwiny polityczne. W końcu polityk dokonujący samounicestwienia z powodu własnej głupoty ma nie mniejszy wkład w rozwój ludzkości niż idiota, który zabija się podczas konkursu plucia na odległość. Oto laureaci roku 2007.

1. Aleksander Kwaśniewski i LiD
Miał to, o czym inni politycy mogli tylko pomarzyć. Ogromną popularność, dziesięć lat prezydentury za sobą, a przed sobą perspektywę powrotu do Polski na białym koniu i zbawienie lewicy. Jak to zbawianie wyszło w praktyce, wszyscy widzieli. Najpierw zorganizował konferencję, na której bronił demokracji zagrożonej przez „rządy Kaczorów". Oprócz byłego prezydenta w tej szlachetnej inicjatywie wzięły udział takie autorytety, jak Mieczysław Rakowski, Mieczysław Wachowski czy Piotr Tymochowicz. Później tak pechowo się złożyło, że ci, którzy mieli zagrażać demokracji, postanowili odwołać się do woli narodu i rozpisali wybory. Zanim jednak kampania na dobre się zaczęła, były prezydent został przyłapany, jak w stanie „wskazującym" opowiadał ukraińskim studentom o zasadach savoir-vivre’u i patrzeniu kobietom w oczy. Później było tylko gorzej. Na konwencji LiD w Szczecinie Kwaśniewski wybełkotał coś o drodze i o tym, że powinni z niej zejść Jarosław Kaczyński, Ludwik Dorn i jego pies Saba. Były prezydent zrzucił swoją niedyspozycję na tajemniczy wirus, który zaatakował go podczas pobytu na Filipinach. Przygodę Kwaśniewskiego z kampanią wyborczą, w której hasłem LiD był slogan „Zmień Polsce twarz", najlepiej podsumował „Super Express", zamieszczając na pierwszej stronie jego zdjęcie z podpisem „Pijana morda". Nagroda Darwina należy się Kwaśniewskiemu za wybawienie polskiej polityki od samego siebie. Drugi Darwin powinien przypaść kierownictwu LiD – za zaangażowanie byłego prezydenta w swoją kampanię.

2. Marek Jurek
W ciągu dwóch tygodni zrezygnował z funkcji wiceprezesa najpotężniejszego ugrupowania w Polsce, stracił stanowisko marszałka Sejmu, czyli de facto trzeciej osoby w państwie, i założył partię Prawica Rzeczypospolitej, której wszyscy członkowie zmieścili się w jednej windzie. Gdy zorientował się, że jego formacja sama niczego nie zwojuje, zawiązał sojusz z Romanem Giertychem i w październikowych wyborach wystartował z list LPR. Przeczuwając nadchodzącą klęskę, porzucił kolegów i postanowił kandydować do Senatu, licząc na to, że zdobędzie mandat dzięki osobistej popularności. Efekt był taki, że po Jurku i tych, którzy podążyli jego szlakiem, nie została nawet mokra plama. Jego polityczną skuteczność najlepiej skwitował Jarosław Kaczyński w sierpniowym wywiadzie dla tygodnika „Wprost": „Marek Jurek? A kto to jest Marek Jurek?". Darwin należy mu się za wyeliminowanie z polskiej polityki nurtu skrajnego. Pod względem poglądów i głupoty.

3. Adam Bielan i Michał Kamiński
Spin doctorzy PiS od dawna głowili się, jak tu przeciągnąć na swoją stronę Jana Rokitę. Bezskutecznie. Rokita wolał się wycofać z polityki, niż podpisać pakt z Kaczyńskimi. To, co nie udało się z Janem, poszło jak z płatka z jego żoną Nelli, która ni z tego, ni z owego wylądowała w Kancelarii Prezydenta RP. Spin doctorzy byli tak z siebie dumni, że mało nie pękli. „I co? Chyba nieźle zaszachowaliśmy Tuska, nie?" – domagali się pochwał od znajomych polityków i dziennikarzy. Ich ekstatyczny samozachwyt mącił jedynie dziwny spokój polityków platformy, którzy bynajmniej nie wyglądali na zaniepokojonych transferowym hitem PiS. Wszystko wyjaśniło się w dniu ogłoszenia wyniku wyborów. Nelli Rokita zgarnęła całe 6367 głosów, czyli tylko o połowę mniej niż taki tuz jak poseł Kazimierz Gołojuch. Jednak nie tylko wyborczy wynik tłumaczy ten stoicki spokój polityków PO. Słuchając wypowiedzi samej Rokity, można bowiem zacząć się zastanawiać, czy nie jest ona czasem koniem trojańskim, który ma doprowadzić do upadku PiS. Przekonamy się o tym dopiero podczas kolejnych wyborów. Darwin należy się jej więc trochę na zachętę, ale chyba jednak jest zasłużony.

4. Ewa Sowińska i Mirosław Orzechowski
Pierwsza jest rzecznikiem praw dziecka, drugi był wiceministrem edukacji narodowej. Łączy ich nie tylko Liga Polskich Rodzin, z której się wywodzą, ale także zacięcie do tropienia homoseksualizmu. Sowińska w wywiadzie dla „Wprost" obiecała, że poszuka go u teletubisia Tinky’ego Winky’ego. Z kolei Orzechowski zapowiedział, że każdy zdemaskowany nauczyciel gej będzie musiał szukać sobie innego miejsca pracy. Dzień później wprawdzie wycofał się z tych słów, tłumacząc, że miał na myśli nie homoseksualistów, ale tych, którzy to „zboczenie promują". Działalność publiczna Orzechowskiego skończyła się z dniem wyborów, w których jego partia dostała 1,3 proc. głosów. Sowińska nadal pełni funkcję, ale wszystko wskazuje na to, że jej pierwsza kadencja na stanowisku rzecznika będzie ostatnią. Darwin należy im się za skuteczność w zniechęcaniu do głosowania na LPR.

5. Roman Giertych i Andrzej Lepper
Ten Darwin to praca zbiorowa tej dwójki i efekt ponadmiesięcznego wysiłku. Zaczęło się w połowie lipca od połączenia LPR i Samoobrony oraz stworzenia LiS. „Będzie silny jak lew i sprytny jak lis" – reklamowali przedsięwzięcie Giertych i Lepper. Na efekty wspólnej pracy obu partii nie trzeba było długo czekać. Na początku sierpnia obaj politycy zgłosili wspólnego kandydata na premiera. Był nim Janusz Kaczmarek, który chciał w ten sposób uniknąć prokuratorskich zarzutów. Otrzymują Darwina za majstersztyk w dziedzinie autokompromitacji.

6. Mirosław Czech, Andrzej Lepper i Lech Wałęsa
Uhonorowanie tego egzotycznego tercetu jest kontynuacją sprawy Kaczmarka. Zanim doszło do głosowania w sprawie kandydatury LiS na premiera, były szef MSWiA został zatrzymany. Rozpoczął publicysta „Gazety Wyborczej" Mirosław Czech, który napisał, że „rząd przeprowadza zamach stanu". Zaraz po nim do akcji wkroczył Lepper. Przekonywał, że to zatrzymanie jest raczej przygrywką do wprowadzenia przez braci Kaczyńskich stanu wyjątkowego. Jednodniową ofensywę obrońców Kaczmarka zakończył Lech Wałęsa. „Ci ludzie są gotowi wprowadzić stan wojenny. Nie łudźcie się, że Kaczyńscy i Macierewicz łatwo oddadzą władzę" – mówił. Darwina otrzymują za wspólnotę obaw o los polskiej demokracji.

7. Ludwik Dorn i Saba
Pozwał w trybie wyborczym koalicję Lewicy i Demokratów. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że uczynił to w imieniu swojego psa Saby. W jednym ze swoich spotów LiD (korzystając z doniesień „Wprost", lecz się na nie nie powołując) wytknął byłemu marszałkowi Sejmu, że nie zapłacił za ministerialne meble, które miał zeżreć jego pies. Dorn powiedział, że Saba sama wystąpiłaby z tym pozwem, gdyby tylko miała „legitymację procesową". A że jej nie ma, to on musi to zrobić w jej imieniu. LiD musiał przeprosić, teoretycznie więc Dorn wygrał. Praktycznie jednak sam stał się pośmiewiskiem. Nieprzychylni Dornowi politycy PiS twierdzili nawet, że wyskok z Sabą był jedną z przyczyn porażki wyborczej ich partii. Mimo że bezpośrednie łączenie tych dwóch faktów jest zbyt daleko idącym uproszczeniem, Darwin dla duetu Dorn – Saba jest jak najbardziej zasłużony.

8. Leszek Miller i Zygmunt Wrzodak
Kto by pomyślał, że ci dwaj politycy wylądują kiedyś w jednej partii. I to jakiej! Obaj byli tak zdesperowani, że postanowili kandydować do Sejmu z list Samoobrony. Miller chciał startować z listy LiD. Nie pozwolił mu jednak na to Kwaśniewski. W ramach zemsty były premier dogadał się więc z Lepperem. Przegrał z kretesem. Wrzodak z kolei przechwalał się, że kandydowanie zaproponowały mu aż cztery partie: PiS, LPR, PSL i Samoobrona. Twierdzi, że sam wybrał tę ostatnią. Jeśli to prawda, to tym gorzej dla niego. Tak czy owak, Darwin powinien im przypaść za dobrowolne wykupienie miejsc na tonącym okręcie.

9. Donald Tusk
Zapowiedział, że kandydatem polskiego rządu do „rady mędrców", która ma wyznaczyć kierunek rozwoju Europy, jest Lech Wałęsa. Ciekawe, czym zasłużył sobie na to były prezydent. Czyżby salomonową propozycją rozwiązania sporu prezydenta z premierem o to, kto ma jechać na unijny szczyt? Wałęsa zachował się jak prawdziwy mędrzec i zaproponował, by udali się tam obaj. Po chwili dodał, że Tusk powinien polecieć tam samolotem, a Kaczyńskiego należałoby wysłać rowerem. Jak wyjaśnił, dzięki temu salomonowemu rozwiązaniu na czas zdążyłby tylko premier. Uzasadnienie w tym wypadku jest chyba zbędne.

10. Hanna Gronkiewicz-Waltz
Prezydent Warszawy zasłużyła sobie na Darwina dość osobliwym i jakże uroczym zainaugurowaniem rządów PO. Przez nikogo niepytana wypaliła, że najlepiej by było, gdyby Stadion Narodowy stanął jednak poza centrum stolicy. Pomysł może i nie taki zły, gdyby nie jeden szczegół: czasu do Euro 2012 coraz mniej, a poprzedni rząd kilka ostatnich miesięcy poświęcił na przygotowanie do rozpoczęcia budowy w miejscu Stadionu Dziesięciolecia. Tymczasem Gronkiewicz-Waltz nie miała przygotowanego żadnego alternatywnego planu. Pani prezydent zapomniała o jeszcze jednej ważnej rzeczy: nie skonsultowała swojego pomysłu z tym, kto jest odpowiedzialny za całą organizację mistrzostw, czyli z Donaldem Tuskiem.
Okładka tygodnika WPROST: 1/2008
Więcej możesz przeczytać w 1/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także