POLSKI KOMPLEKS

POLSKI KOMPLEKS

Powrót Andrzeja Wajdy z Hollywood świętowano prawie tak samo doniośle jak odzyskanie niepodległości w 1918 r. Hołd oddawano mu na lotnisku Okęcie, w wytwórni filmowej przy ulicy Chełmskiej, w telewizyjnych studiach, na krakowskim rynku, a wreszcie - na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Ostatnio porównywalne wyrazy czci składano marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, gdy w maju 1935 r. jego trumnę transportowano koleją z Warszawy na Wawel. Złota statuetka (jedna z kilkudziesięciu przyznawanych co roku i jedna z kilku tysięcy wręczanych od 72 lat) - bezsprzeczny dowód uznania w przemyśle filmowym, czyli jednej z dziedzin rozrywki - jest jednak z perspektywy historii niezbyt istotna.

Czy nie przesadzamy - widzowie i sam Andrzej Wajda - twierdząc, że Oscarem nagrodzono Polskę, Polaków, nasze niepodległościowe dążenia, "Solidarność" i polskie kino jako narzędzie emancypacji społeczeństwa? Czy nie wpędzamy wielkiego reżysera w pułapkę? Przecież przypisując Wajdzie rolę wieszcza i polityka, utrudnia mu się wykonywanie zawodu. Komu służy nadymanie balona narodowej dumy z błahego w gruncie rzeczy powodu? "Ileż to razy ten i ów (...) wykazywali urbi et orbi, że jednak sroce nie wypadliśmy spod ogona, gdyż 'Tomasz Mann uznał Nie-Boską za wielkie dzieło' lub 'Quo vadis tłumaczone było na wszystkie języki'. Tym to cukrem od dawna się krzepimy" - kpił Witold Gombrowicz w "Dzienniku". - Kiedy widzę takie zjawiska, jak procesję z Oscarem na rynku w Krakowie, mam wrażenie, że Gombrowicz tańczy tango w grobie - mówi Jerzy Stuhr, wybitny aktor i reżyser.

Między wielkością a śmiesznością
- W II Rzeczypospolitej Polacy żyli z kompleksem niewoli, który nakładał się na mit pogromców Armii Czerwonej. Realizm nakazywał bać się silniejszych sąsiadów - zarówno Niemców, jak i bolszewików. Romantyzm rozbudzał sny o potędze - mówi prof. Norman Davis, znany brytyjski historyk. - Mrzonki o odbudowie niegdysiejszej potęgi trafiły na podatny grunt, lecz konfrontacja z rzeczywistością rodziła frustrację. To wtedy ukuto mit o bezprecedensowym znaczeniu bitwy warszawskiej w nowożytnej historii świata. To wtedy zaczęły pęcznieć szeregi legionistów, zaczął się poszerzać panteon narodowych bohaterów. Polacy chcieli być wielcy, ale w ówczesnej Europie mieli wielu silnych konkurentów. Zaczęło się więc licytowanie zasług i ważenie polskiego wkładu w cywilizację. Anglicy czy Francuzi nie pytali innych Europejczyków, czy są wielkimi narodami. Byli pewni, że tak po prostu jest. Polakom - po doświadczeniu niewoli - ktoś musiał to nieustannie potwierdzać. Stąd się brały kompleksy, a równocześnie fanfaronada - zawieszenie między wielkością a śmiesznością.
- Myślę, że wszystkie kraje z obrzeża kultur mają kompleksy. Jest to, niestety, bardzo prymitywne wyrażanie tęsknot. Złożyły się na to również doświadczenia komunizmu, który rugował indywidualizm. Zauważmy jednak, że na przykład Włosi potrafią być dumni z tego, iż są z kraju pizzy i makaronu. Czy znajdziemy Polaka, który byłby dumny z kotleta schabowego? - pyta Jerzy Stuhr. Nic tak drastycznie nie odsłoniło naszych kompleksów, jak wizyta (we wrześniu 1996 r.) w Warszawie Michaela Jacksona, gwiazdora muzyki pop. "Wszędzie witany był przez wiwatujących fanów, rozdawał autografy, brał na ręce dzieci" - napisała "Gazeta Wyborcza". Piosenkarza uroczyście podejmował prezydent Kwaśniewski z małżonką, a wicepremier Grzegorz Kołodko cierpliwie czekał na schodach (gwiazdor spóźnił się prawie godzinę), by wręczyć mu swoją "Strategię dla Polski". Michaelowi Jacksonowi przypisano polityczne znaczenie niewiele mniejsze od rangi prezydenta Stanów Zjednoczonych. O jego mglistych planach inwestycyjnych mówiono z większą atencją niż o rzeczywistych inwestycjach Daewoo i General Motors.

Osobowości zastępcze
Z nieznacznie tylko mniejszą pompą fetowano w tym roku Enrique Iglesiasa, gwiazdę zaledwie jednego sezonu, wykreowanego na fali mody na latynoską muzykę. Nic dziwnego, że szalały za nim nastolatki, ale czy osobistość tej rangi powinna w ogóle interesować polityków? Zainteresowała. Tym razem prezydenta zabrakło, za to "boskiego Enrique" przyjęła Jolanta Kwaśniewska. Wizyta w pałacu prezydenckim miała nie gorszą oprawę niż pobyt hiszpańskiej królowej. Z pompą witano w Warszawie magika Davida Copperfielda. W publicznych mediach odtrąbiono niemal narodowe święto, gdy zaszczycił nas swoją wizytą Rutger Hauer, holenderski aktor pracujący w Hollywood, który kręcił w Polsce koszmarny thriller medyczny. Niedawno na kolana padano przed kick bokserem Jeanem Claudem van Dammem, Belgiem starającym się zarabiać w Hollywood jako aktor. Z zachwytem i w poczuciu obcowania z wielkością witano w Polsce kierowców Formuły 1 - Michaela Schumachera i Davida Coultharta - a wielu polityków bardzo się starało zasiąść za kierownicą wyścigowego auta lub sfotografować z mistrzami.
Jako historyczną wizytę potraktowano roboczy pobyt w naszym kraju (przed realizacją "Listy Schindlera") Stevena Spielberga. Podobna atmosfera towarzyszyła krótkim wizytom aktorki Sofii Loren, muzyka Jeana-Michela Jarre'a, aktora Johna Malkovicha, modelki Claudii Schiffer, aktora Alaina Delona. Zdecydowanie nadwartościowano wystawę przeciętnych grafik Salvadora Dalego, sprowadzenie do Polski obrazu Caravaggia, objazdową wystawę prac Andy'ego Warhola. Z czołobitnością należną Michałowi Aniołowi przyjmowano u nas Williama Whartona, bardzo przeciętnego pisarza. - Kiedy Wharton był w Polsce, podczas jednego ze spotkań stwierdził, że właśnie tu spotkał się z największą czołobitnością. "A przecież nie ma takiej potrzeby" - zauważył sam zainteresowany - przypomina prof. Zbigniew Nęcki, psycholog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - Politycy, widząc, jak wieloma osobami w kraju zawładnęła przeciętność, traktują kontakty z postaciami ze świata rozrywki jako formę porozumienia ze społeczeństwem - tłumaczy prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog. Z tego samego powodu prezydent Aleksander Kwaśniewski spotkał się z Andrzejem Gołotą - bokserem, który choć przegrywał kolejne walki i uderzał poniżej pasa, stał się symbolem polskiego sukcesu w Stanach Zjednoczonych.
Kiedy Czesława Miłosza, laureata literackiego Nobla w 1980 r., spytano, co się zmieniło w jego życiu po tym wyróżnieniu, odpowiedział: "Otrzymałem stałe miejsce na parkingu uniwersyteckim w Berkeley". Nie ma powodu, by nagrody Miłosza, Szymborskiej czy Wajdy traktować - przy całym szacunku i dumie z ich dokonań - jako trofea narodowe. Są po prostu indywidualną zapłatą za ich talent i pracę. Tak jak medale sportowców: należą do Ireny Szewińskiej, Jerzego Kuleja, Stanisławy Walasiewiczówny, Władysława Kozakiewicza czy Józefa Szmidta, my - widzowie, otrzymaliśmy widowisko, czyli rodzaj rozrywki. Kto chciał, dodatkowo wzruszał się podczas odgrywania Mazurka Dąbrowskiego. Nic więcej. Bo do kogo miałyby należeć medale Szmidta i Kozakiewicza, gdy mieli oni niemieckie paszporty, czy medal Walasiewiczówny, która przez większą część życia była obywatelką USA? Wspólną wartością są dzieła twórców.

Polska celebra
Histeryczne celebrowanie każdego wyróżnienia, każdego drobnego sukcesu (nawet wątpliwego), łaknienie uznania i zrozumienia historycznej wyjątkowości Polaków, licytowanie się z innymi nacjami wielkością i rangą panteonu narodowej sławy - to wszystko powinno zaniepokoić rodzimych socjologów i polityków. Jest wszak widomą oznaką kompleksu niższości, przejawem ogromnego niedowartościowania i frustracji - jak w dwudziestoleciu międzywojennym. Jest to tym bardziej niepokojące, iż dotyczy znacznej części społeczeństwa. Co gorsza, polski kompleks niższości nie jest przedmiotem publicznej debaty jak na początku tego stulecia, gdy Polska nie była niepodległa, lecz miała Stanisława Brzozowskiego, który - krytykując Sienkiewicza i polski zaścianek - taką dyskusję wywołał. W czasach II Rzeczypospolitej debatę na ten temat kontynuowali m.in. Tadeusz Boy-Żeleński, Stanisław Cat-Mackiewicz, Adolf Nowaczyński, Melchior Wańkowicz i Ksawery Pruszyński. Obecnie polskie kompleksy są przemilczane, a co najmniej usprawiedliwiane: zaborami, przetrzebieniem inteligencji podczas II wojny światowej i w czasach stalinowskich, znaczeniem dumy i identyfikacji narodowej (nawet zmistyfikowanej) dla spoistości społeczeństwa i ciągłości tradycji, a wreszcie - nieszkodliwą próżnością.

Duch bez materii
Co zastanawiające, kompleks niższości sprawia, że nadwartościujemy postaci i wydarzenia, które ważne nie są, a niedowartościujemy rzeczy istotne. Mało cenimy wydarzenia i ludzi, którzy wpływali na rzeczy materialne, uchwytne, ale jednak decydujące o jakości życia. To zapewne skutek zdominowania polskiej debaty publicznej przez tradycyjną inteligencję, zwykle bagatelizującą sprawy materialne, przeceniającą natomiast jałowe dysputy teoretyczne. Ubiegłoroczne badania CBOS pokazują, że tylko 2 proc. rodaków uważa plan Balcerowicza za ważne wydarzenie w dziejach Polski. Wśród postaci, które wywarły największy wpływ na losy naszego kraju, wskazano Bolesława Bieruta i Władysława Gomułkę, nie wymieniono natomiast ludzi ogromnie zasłużonych w reformowaniu gospodarki i finansów, na przykład Władysława Grabskiego czy Eugeniusza Kwiatkowskiego. Nie doceniamy też tego, co jest - po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. i reformie Grabskiego - największym osiągnięciem Polski w tym stuleciu, czyli reform znanych pod nazwą planu Balcerowicza.
- Kiedy byłem w Polsce w 1998 r., przypomniałem sobie, jak wszystko wyglądało osiem lat wcześniej - nie pamiętam drugiego kraju na świecie, gdzie tak szybko tak wiele zmieniło się na lepsze. To był prawdziwy cud - wspomina prof. Jeffrey Sachs, ekonomista z Harvard University, były doradca polskiego rządu. - Podziwiałem jakość ówczesnych polskich elit politycznych, które zdecydowały się na najtrudniejsze rozwiązania, mimo że uznanie i poklask wyborców zapewniłyby im działania zachowawcze, kunktatorskie. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że własny naród tych ludzi nie ceni, nie szanuje, że obrzuca ich inwektywami. To jakby w USA zanegowano dokonania prezydenta Franklina D. Roosevelta. Tej klasy elit nie miał żaden kraj regionu i to widać po kondycji ich gospodarek. Polacy tak szybko przyzwyczaili się do - przyznaję względnego - dostatku, że są wrażliwsi na obecne drobne kłopoty niż na bezmiar ubóstwa i upokorzeń, które kilka lat wcześniej porzucili i wyparli ze świadomości jak zły sen.
Dlaczego nie cenimy polskiego sukcesu gospodarczego i jego twórców? Przecież model polskiej transformacji jest przedmiotem analiz w wielu amerykańskich uniwersytetach, poświęca mu się całe rozdziały w podręcznikach ekonomii. Sachs przypuszcza, że to kwestia zbyt krótkiej perspektywy. Ponadto nie bez znaczenia są populistyczne mity wpajane społeczeństwu przez wielu polityków: łudzą oni ludzi, że sytuacja nadal może się poprawiać skokowo - jak na początku lat 90. Tymczasem dojrzałe gospodarki (Polska zaczyna być już do tej grupy zaliczana) rozwijają się stopniowo, bez fajerwerków. Prof. Norman Davis uważa, że Polacy są raczej malkontentami, a entuzjazm porywa ich na krótko. Zachód zawsze wydawał im się atrakcyjniejszy i bardziej kolorowy, szczególnie w czasach PRL-owskiej szarości. Od dwóch stuleci żyli też pod wrażeniem mitu Ameryki. - Polskie towary były w czasach PRL przaśne, obyczaje - ciasne,
rodacy (szczególnie przywódcy polityczni) - przyziemni. Polacy długo nie wierzyli, że można w kraju wyprodukować na przykład dobry telewizor, więc nie wierzą, iż w krótkim czasie można się dochować wartościowych elit politycznych i gospodarczych, a tym bardziej zbudować produktywną gospodarkę - tłumaczy prof. Davis. Widzimy, że wiele się zmieniło, ale nie wyciągnęliśmy z tego politycznych i etycznych wniosków.

Polska jakość
Spustoszenie dokonane w świadomości Polaków w czasach PRL - kompleks niższości był wówczas, niestety, uzasadniony - skutkuje zapomnieniem bądź zdewaluowaniem wcześniejszych dokonań. Przez to kompleksy się pogłębiają, a miejsce ludzi wybitnych zajmują sezonowe gwiazdki świata rozrywki. Mało kto pamięta o wielkich polskich matematykach, których nazwiska będą znane nawet za pięćset lat: Stefanie Banachu, Wacławie Sierpińskim, Hugonie Steinhausie czy Stanisławie Ulamie. - Polski wkład w światową naukę jest naprawdę ogromny - potwierdza prof. Łukasz A. Turski, fizyk. - Nie ma współczesnego podręcznika analizy matematycznej, w którym nie byłoby wielkiej części poświęconej przestrzeniom Banacha. Całe pokolenia - od Indii po Stany Zjednoczone - uczyły się z podręczników teorii sprężystości Witolda Nowackiego czy z publikacji Antoniego Zygmunda. Niestety, niewiele osób spoza świata nauki zdaje sobie z tego sprawę.
W polskich podręcznikach nie znajdziemy informacji o Janie Czochralskim, twórcy metody, wedle której hodowane są prawie wszystkie kryształy krzemu. A przecież cała współczesna elektronika oparta jest na krzemie. Gdy na wystawie światowej w Seulu w polskim pawilonie wystawiono portret Czochralskiego, bez trudu rozpoznali go goście odwiedzający stoisko - elektronicy z Korei, Tajwanu, Japonii. W Polsce nie są znane osiągnięcia Mieczysława Wolfkego, prekursora badań nad holografią światła białego. Dziś jego odkrycia wykorzystuje się do produkcji hologramów, a ich efekty widać na wszystkich kartach kredytowych, biletach i płytach CD. Równie łatwo zapomniano o Janie Łukasiewiczu, matematyku, logiku i filozofie, współtwórcy pierwszego naukowego kalkulatora kieszonkowego.
- Podstawą polskich kompleksów jest to, że zabrano nam 50 lat cywilizacyjnego rozwoju. Wycięto z mózgów wiedzę, umiejętności i pamięć o prawdziwych polskich sukcesach - uważa Stefan Bratkowski, znany dziennikarz i pisarz. Bratkowski przypomina mało znane dokonania Witolda Zglenickiego, pioniera budowy szybów naftowych na morzu, zasługi Ernesta Malinowskiego - projektanta i konstruktora kolei transandyjskiej, Mieczysława Bekkera - twórcę koncepcji pojazdu księżycowego rover, Kazimierza Gzowskiego - inżyniera, który zbudował m.in. most nad Niagarą koło Buffalo.

Urok prowincjonalizmu
- Jesteśmy jak papugi. Bezkrytycznie przyjmujemy to, co w światowej kulturze masowej jest bylejakością. Dostajemy to, czego chcemy: tanie lekarstwo na kompleks bycia w drugiej lidze. To chyba coś gorszego niż przymusowa przyjaźń polsko-radziecka - dobrowolne ogłupianie większości społeczeństwa - mówi Kazimierz Kutz, reżyser, senator UW. Prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog, usprawiedliwia niektóre z tych zachowań zachłyśnięciem się wolnością, możliwością uczestnictwa w światowej kulturze. - Nadrabiamy zaległości, ale w specyficzny sposób. Dominuje naśladownictwo, małpowanie typowo amerykańskich zachowań. Po walentynkach do Polski wdziera się halloween. Choć od paru lat zauważamy pewną poprawę w ocenie własnej wartości, autoportret Polaków wciąż jest bardziej negatywny niż autoportret innych narodów - tłumaczy prof. Krzemiński.
- Nadmierną czołobitnością grzeszymy nie tylko w kulturze, ale też w ekonomii. Zdarza się, że dla naszych ekonomistów jedyną wartością jest nazwa koncernu kupującego przedsiębiorstwo - tłumaczy prof. Nęcki. Jeśli przyznajemy nagrody, obowiązkowo muszą się one nazywać polskimi Oscarami, Noblami, polskimi Grammy. Przejmujemy obce święta i style zachowań, a nawet imiona. - Moim mistrzem w walce z takimi postawami był Tadeusz Kantor. Powinniśmy się nauczyć od Czechów, jak mówić z dumą o własnej prowincjonalności. Oni potrafią wyśmiewać własne przywary i nawet przeistaczać je w zalety. Polacy natomiast wstydzą się tak pojmowanego prowincjonalizmu - uważa Jerzy Stuhr. - Jesteśmy dynamicznym narodem, więc nie musimy się podpierać teorią o naszej wyjątkowości - konkluduje prof. Nęcki.
Okładka tygodnika WPROST: 16/2000
Więcej możesz przeczytać w 16/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0