Macocha i ojczym Europy

Macocha i ojczym Europy

Berlin przestał liczyć na Paryż i rozgląda się za nowymi sprzymierzeńcami
Temu damy konia z rzędem, temu buzi, temu w gębę – ta dewiza wydaje się przyświecać polityce zagranicznej Niemiec. Po najbardziej znienawidzonym prezydencie USA oraz „jadowitych gnomach", jak ochrzczono braci Kaczyńskich w RFN, przyszła kolej na Nicolasa Sarkozy’ego. „Fuck-Bush" znów stał się strategicznym partnerem, w Polsce rządzi „cywilizowany Tusk", a wczorajszy ulubieniec mediów i najlepszy przyjaciel kanclerz Merkel przekształcił się w „gogusia wrogiego Europie". Politycy w Berlinie przestali liczyć na Paryż i rozglądają się za nowymi sprzymierzeńcami.Wspólnota interesów
Choć lokalne wiece przed wyborami komunalnymi we Francji nie powinny mieć dla stosunków z Niemcami większego znaczenia, nad Szprewą przelały czarę goryczy. Gdy pod koniec stycznia Sarkozy zapewnił rybaków z Boulogne-sur-Mer, że po objęciu przez jego kraj prezydencji w UE będzie walczył o zniesienie limitów na połowy ryb, niemieckie gazety ogłosiły koniec przyjaźni z Francją. Dla polityków RFN słowa prezydenta oznaczały otwarte wypowiedzenie uzgodnień podpisanych miesiąc wcześniej przez Francuzów. „Widocznie Sarkozy nad dobro wspólnoty przedkłada forsowanie własnych interesów" – podsumował „Frankfurter Allgemeine Zeitung". Gazeta postawę prezydenta porównała do najgorszego okresu w relacjach obu krajów, kiedy Berlin i Paryż ścierały się o kryteria poprzedzające wprowadzenie eurowaluty, o niezależność Europejskiego Banku Centralnego czy obsadę szefa tej instytucji.
Choć w obiegowej opinii Francja i Niemcy służą za wzór pojednania, powojenne stosunki tych krajów są jak sinusoida. Prezydent Charles de Gaulle i kanclerz Konrad Adenauer paradowali wspólnie w kabriolecie, lecz ich wzajemna niechęć była tajemnicą poliszynela. Nie inaczej było z następcą Adenauera, Ludwigiem Erhardem. Trudności ze znalezieniem wspólnego języka mieli także Willy Brandt i Georges Pompidou. Paryż i Bonn zbliżyły przede wszystkim interesy zapoczątkowane we Wspólnocie Węgla i Stali, powołanej z inicjatywy premiera Francji Roberta Schumana. Bariera uprzedzeń pękła dopiero w 1984 r., po podaniu sobie rąk przy grobach ofiar pierwszej wojny w Verdun przez prezydenta Francois Mitterranda i kanclerza Helmuta Kohla. Ich przyjaźń bezspornie pomogła w ukształtowaniu dzisiejszej Unii Europejskiej.
Podłożem nowych konfliktów stały się zmiany na mapie Europy. Przed zburzeniem muru berlińskiego Francja przyjęła na siebie rolę rzecznika interesów „karła politycznego", za jakiego uchodziły Niemcy Zachodnie. Zjednoczenie z NRD zburzyło dotychczasowy porządek, a we Francji odrodziły się stare uprzedzenia. W paryskich kuluarach powtarzano, że z miłości do Teutonów Francuzi życzyliby sobie aż dwóch państw niemieckich, zaś dziennik „Le Figaro" pytał otwarcie: „Czy bać się wielkich Niemiec?". Gdy kanclerz Kohl nie uległ naciskom Francji o zmiękczenie kryteriów wprowadzenia euro i położył na szali cały projekt wspólnej waluty, w Paryżu stało się jasne, że okres miodowy w stosunkach z RFN minął bezpowrotnie. Kropkę nad „i" postawił Gerhard Schröder, który po objęciu rządu w 1998 r. odmówił udziału w paryskich obchodach 80. rocznicy zakończenia pierwszej wojny. Jak uzasadnił, Niemcy nie mogą wiecznie się kajać za grzechy z przeszłości.
Prezydentowi Chiracowi nie podobał się „neoliberalizm" następcy Kohla. Do irytacji doprowadził go przyjęty przez rząd SPD-Zielonych plan zamknięcia elektrowni atomowych, a już prawdziwą wściekłość Paryża wywołało domaganie się przez Schrödera urynkowienia rolnictwa w UE, co pozbawiłoby francuskich rolników dotacji z brukselskiej kasy. Gdy szef dyplomacji RFN Joschka Fischer przedstawił projekt reformy i nowego podziału kompetencji unijnych organów, francuska prasa okrzyknęła go mianem „szczurołapa" i zarzuciła Niemcom chęć „germanizacji Europy". Wzajemne animozje osiągnęły apogeum podczas szczytu unii w Nicei, po którym francuskie media przypomniały o 23 wojnach z Niemcami w ciągu ostatnich czterech wieków i obwieściły „ostateczny krach" („Le Monde") w stosunkach z Berlinem.
Krachu jednak nie było. Oba kraje znów połączyła wspólnota interesów: Schröder stanął u boku Chiraca w walce o – jak to określił Hubert Védrine, minister spraw zagranicznych w rządzie Lionela Jospina – „ograniczenie jednowładztwa USA" i do spółki z Rosjanami zmontowali antyamerykański trójkąt. Schröder i Chirac połączyli także siły na unijnym forum i przeforsowali zmianę nicejskich ustaleń, które wzmocniły pozycję Francji i Niemiec.

Największy zawód Merkel
Kanclerz Merkel nie czuła estymy do Chiraca, a w wyborach prezydenckich wyraźnie faworyzowała Nicolasa Sarkozy’ego. Gdy ten objął urząd, niemieckie media piały o zażyłości tej pary. Nowy prezydent Francji w dniu zaprzysiężenia wykroił dwie godziny, by wpaść do Berlina i wyściskać się z Merkel. Dziś ich relacje są jak Eau de Cologne – pachnie nie najgorzej, lecz do picia się nie nadaje. Pod uśmiechami dla fotoreporterów trwa bezpardonowa rywalizacja. Wczorajszy ulubieniec „Sarko" stał się przywódcą „wrogim Europie", „politycznym egoistą" i „nieodpowiedzialnym gogusiem", który usiłuje zmarginalizować rolę Merkel i RFN w świecie.
Czerwona lampka alarmowa zapaliła się dla niemieckich polityków już kilka tygodni po objęciu władzy przez Sarkozy’ego, gdy wprosił się na posiedzenie ministrów finansów krajów UE w Brukseli. Prezydent usiłował wymusić na nich zmianę kursu Europejskiego Banku Centralnego oraz ustępstwa wobec Francji w kwestii jej zadłużenia. Kiedy niemiecki minister Peer Steinbrück zwrócił mu uwagę, że jego też obowiązuje dyscyplina finansowa, Sarkozy odparował, by „nie rozmawiał z nim takim tonem". Prezydent miał za złe kanclerz Merkel, iż nie przywołała Steinbrücka do porządku. Od tej chwili w ich relacjach pojawiły się wyłącznie dysonanse. Bohaterami kolejnego starcia był dawny komisarz UE, obecnie minister rolnictwa Michel Barnier i jego niemiecki kolega z urzędu Horst Seehofer, którzy pokłócili się o limity połowów ryb i niezdrową konkurencję. Francja, której flota liczy 8 tys. statków, zagwarantowała swoim rybakom 310 mln euro dofinansowania z państwowej kasy przez okres trzech lat.
„Szarmancki Sarko" jest obecnie nazywany w urzędzie kanclerskim „ciężkim przypadkiem", zaś Merkel w Pałacu Elizejskim „żadnym wzorem dla Francji". Berlin i Paryż kruszą kopie niemal w każdej dziedzinie, od batalii o zmiany strukturalne i wpływy w spółce EADS, po łączone z nazwiskiem Sarkozy’ego plany ofensywy w energetyce, telekomunikacji, transporcie, bankowości czy technice wojskowej. Francusko-niemiecka para „rodziców Europy" składa się dziś z ojczyma i macochy.

Różana wojna
Po zjednoczeniu Francuzi i Niemcy rywalizowali o to, kto w ich tandemie będzie siedział na pierwszym siodełku, a obecnie areną walki jest już nie tylko Europa, lecz polityka światowa. W odbiorze niemieckich komentatorów prezydent Francji, który podczas negocjacji w sprawie unijnego traktatu, kreował się na „zbawcę" procesu jednoczenia Europy, okazał się pozorantem realizującym wyłącznie partykularne cele.
Jak konstatuje berliński dziennik „Tagesspiegel", Niemcy i Francja toczą „różaną wojnę". Choć na niedawnym szczycie w Mesbergu znów były uśmiechy do kamer, drogi Merkel i Sarkozy’ego wyraźnie się rozjeżdżają. Zgodnie z oficjalnymi komunikatami, ich rozmowy były „otwarte i bardzo rzeczowe", co bez dyplomatycznej woalki oznacza poważne kontrowersje i napięcia. Dawni partnerzy zarzucają sobie nawzajem szowinizm, gospodarczy protekcjonizm i ścigają się w walce o wpływy, którą na razie wygrywa Sarkozy. Prezydent Francji nie uznał za stosowne konsultować swych bliskowschodnich inicjatyw z kanclerz Merkel, całkowicie zmienił kurs wytyczony przez Chiraca i jako pierwszy gościł na ranczo klanu Bushów. Między łowieniem ryb i hamburgerami zapewnił, że podziwia USA, a Francja jest partnerem godnym zaufania, na którego Amerykanie zawsze mogą liczyć. Późniejsza wizyta Merkel w prywatnej posiadłości George’a Busha odbyła się bez większego echa.
Merkel przegrała z Sarkozym również w wyścigu do Pekinu. Naraziła się Chińczykom za przyjęcie Dalajlamy, po którym rząd w Pekinie odwołał zaplanowane spotkania z niemieckimi politykami. Kiedy szef dyplomacji RFN głowił się, jak ocieplić relacje pani kanclerz z prezydentem Hu Jintao, Sarkozy uznał kwestię Tybetu i Tajwanu ze wewnętrzną sprawę Chin i chwalił je za „30 lat postępów w respektowaniu praw człowieka". Podczas trzydniowej wizyty w Kraju Środka stwierdził nawet, że „nie domaga się zniesienia kary śmierci", choć według ostatniego raportu Amnesty International, rocznie zabijanych jest w Chinach ponad 8 tys. skazańców. Chińscy gospodarze usłyszeli też z jego ust zapewnienie, że Francja wstawi się za zniesieniem embarga na dostawy broni, nałożonego po masakrze na placu Tiananmen w 1989 r.
W Pałacu Elizejskim nie ukrywano satysfakcji ze „sprzyjających okoliczności" dla francusko-chińskiego zbliżenia. Na listopadową wycieczkę do Chin Sarkozy zabrał siedmiu ministrów i czterdziestu czołowych przedsiębiorców, którzy wrócili do domu z lukratywnymi kontraktami na budowę reaktorów za 8 mld euro oraz dostawy samolotów za 12 mld euro. Niemcy, którzy w eksporcie dóbr przemysłowych zajmują pierwsze miejsce na świecie, zostali trafieni w najczulsze miejsce. Merkel natychmiast zwołała spotkanie z 25 czołowymi menedżerami RFN, od branży automobilowej i lotniczej po bankowość, z którymi dyskutowała przez cztery godziny nad nową strategią walki z zagranicznymi konkurentami. Po raz pierwszy wśród krajów zagrażających interesom Niemiec, obok Chin i Rosji, znalazła się zaprzyjaźniona Francja.

Polskie koło
Niemieckie media nie szczędzą krytyki pod adresem Sarkozy’ego. W rządowych kuluarach pokpiwa się, że prezydent wygląda jak dobosz napędzany bateryjką Duracell, ale Niemcom nie jest do śmiechu. Politycy w Berlinie gorączkowo rozglądają się za nowymi sprzymierzeńcami. Podczas gdy Francja przejawia zainteresowanie krajami basenu śródziemnomorskiego, minister Frank-Walter Steinmeier podkreśla, jak świetnie rozumie się z Radkiem Sikorskim, z którym „regularnie rozmawia przez telefon" i w kwietniu odwiedzi go w prywatnej posiadłości pod Bydgoszczą. Szef dyplomacji RFN, potencjalny kandydat socjaldemokratów na kanclerza w przyszłych wyborach, postawił sobie za jeden z głównych celów niemiecko-polskie zbliżenie. Tego samego chcą chadecy z partii Merkel. Z tą różnicą, że Steinmeier uchodził za „zausznika" kanclerza Schrödera, który wraz z Chirakiem i Putinem zmontował antyamerykańską oś. Nie wiadomo też, jak wyglądałby jego stosunek do naszego kraju w przyszłości.
Tak czy inaczej, zgodnie z zasadami niemieckiej realpolitik, rząd Tuska ma sprzyjające okoliczności dla wzmocnienia parytetu politycznego Polski. Kiedy we francusko-niemieckiej osi skrzypi, polskie koło może łacniej pomagać w popychaniu wozu. Europejskiego.

 

Okładka tygodnika WPROST: 8/2008
Więcej możesz przeczytać w 8/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także