Kuchnia zwariowana

Kuchnia zwariowana

Najbardziej "odjechane" restauracje w Polsce
W Brukseli można zjeść obiad, unosząc się w powietrzu. Dosłownie – stoliki w restauracji Dinner in the Sky są podnoszone nad ziemię przez dźwigi. W sieci Annalakshmi (lokale m.in. w Indiach, Australii i Singapurze) potrawy nie mają ustalonej ceny. Klienci płacą tyle, ile uznają za stosowne – równie dobrze może to być pięćdziesiąt centów albo tysiąc dolarów. Restauratorzy stają na głowie, by przyciągnąć klientów. Przyczyną jest znudzenie klientów, którzy wszystko już znają – i nagie kelnerki, i kuchnię molekularną, i serwowanie dań w dziecięcych zabawkach. W Polsce, gdzie w ciągu ostatnich dziesięciu lat powstało ponad 30 tys. różnego rodzaju knajpek, zaczyna być podobnie.
– Nasz rynek gastronomiczny upodabnia się do nowojorskiego. Tam żywot restauracji trwa średnio sześć lat, potem lokal trzeba całkowicie przebudować i zmienić jego koncepcję, a nawet nazwę – mówi Agnieszka Kręglicka, restauratorka, właścicielka m.in. warszawskich El Popo i Absyntu.

Kaszi zamiast sushi
Aby zjeść obiad w hiszpańskiej El Bulli, trzeba trafić na odpowiednią porę roku – czynna jest tylko od kwietnia do września. Przez pozostałe miesiące szef kuchni wraz z zespołem chemików i fizyków opracowuje w laboratorium 30-daniowe menu – z takim namaszczeniem, jakby szukał kamienia filozoficznego, a nie przepisu na sorbet.
Najbardziej typowym z nietypowych sposobów na zwabienie klienteli jest oryginalne menu. Wobec zalewu restauracji serwujących kuchnię orientalną egzotyczne okazuje się np. mało znane w Polsce menu szwedzkie. Poleca je warszawska Sienna by Tekeda, w której można zjeść m.in. mięso z renifera i lody z chleba razowego. Restauracja działająca przy krakowskim hotelu firmy Farmona przyciąga takimi smakami orientalnymi, które w Polsce są mało znane. – Nasze menu inspiruje kuchnia z wyspy Bali. Podczas gotowania nie używamy sprzętu elektrycznego, bo zgodnie z balijską tradycją dania nie mogą być tworzone przez maszyny – mówi Marcin Cieślikowski, menedżer restauracji. W warszawskiej Papu goście mogą sami opiekać potrawy na gorącej lawie. – Dostają porcelanowy talerz z miejscem na gorący bazaltowy kamień (lawa składa się głównie z bazaltu), surowe mięso, rybę lub krewetki i fartuszek chroniący przed pochlapaniem się – mówi Marcin Miecznikowski, menedżer Papu.
Czasem nietypowe menu powstaje wcześniej niż serwująca je restauracja. Tak jest w wypadku kaszi, dania wymyślonego przez Andrzeja Zamoyskiego, który – jak na przedstawiciela świetnego rodu przystało – chce promować polskie produkty. Postanowił więc zrobić konkurencję popularnemu w Polsce sushi. Jego kaszi przypomina japoński specjał, ale składa się z polskich kasz, warzyw, serów i owoców. Jedynym „obcym" elementem są algi morskie. Przysmak zyskał uznanie takich kulinarnych gwiazd, jak Karol Okrasa i Maciej Kuroń. Po takiej promocji pierwszy Kaszi Bar, który powstanie w kwietniu 2008 r., nie będzie miał problemów z klientami.

Jedząc w ciemnościach
Jednym z pierwszych nietypowych lokali w Polsce była warszawska Jerozolima, w której kelnerzy śpiewają. Po dziewięciu latach od jej powstania Polacy mogą już zjeść w lokalach, które amerykański „Forbes" uznał za najbardziej „odjechane" na świecie. 12 marca w Warszawie otwarto restaurację sieci Dans le Noir, w której je się w całkowitych ciemnościach. Wcześniej ten pomysł poznali mieszkańcy Londynu, Paryża i Moskwy. Mamy też Ice Club, czyli restaurację zainspirowaną zachodnimi ice barami.
W Ustroniu na Śląsku działa restauracja Allo Allo, założona przez miłośników kultowego serialu. Wystrojem przypomina serialową Café René, a obsługa jest przebrana za bohaterów filmu. W kilku polskich miastach działa sieć kawiarenek Babie Lato. – To miejsce dla dojrzałych kobiet, które stosunki damsko-męskie mają już uregulowane i nie szukają w kawiarni partnera – wyjaśnia Małgorzata Bieńkowska, pomysłodawczyni projektu. Panom zresztą nie wolno wejść. Jeśli jednak bardzo tego chcą, muszą założyć kolorową perukę, którą wręczy im obsługa. W większości lokali Babie Lato stoją „wieszaki błędnie kupionych rzeczy", na których panie pozbywają się ubrań za dużych, za ciasnych albo takich, które do niczego nie pasują. Inne klientki mogą je od nich odkupić, nawet za pół ceny.

Meduza i lorneta
– Moda na nietypowe restauracje przyszła z krajów Beneluksu, gdzie jest dużo restauracji, bazujących na ciekawych pomysłach. Są to jednak lokale dla turystów. Miejscowi żywią się w konwencjonalnych restauracjach – mówi Ewa Sosnowska, redaktor naczelna magazynu „Restaurator". Jej zdaniem, „odjechany" pomysł nie jest wcale gwarancją sukcesu na rynku. Restaurator decydujący się na wprowadzenie oryginalnego rozwiązania musi założyć, że będzie miał wielu gości tylko na początku, bo zainteresowani zechcą przetestować nowy wynalazek. O tym, że niebanalne menu nie gwarantuje tłumów gości, przekonali się właściciele Zajazdu pod Wesołą Kobyłką w Rybniku, którzy oferowali gościom mięso z kangura i strusia. Szybko musieli z tego zrezygnować, bo nie było chętnych.
Jak długo potrwa ta moda? – Wobec zalewu nietypowych restauracji na Śląsku trudno dziś zjeść tradycyjny obiad. Oryginalne stają się zwykłe restauracje z pierogami i obrusami w kratkę – mówi Dorota Mrówka-Gibas z portalu Nawidelcu.pl. Nie dziwi więc jeden z najnowszych pomysłów Magdy Gessler. Znana restauratorka otworzyła w Warszawie tradycyjny tani bar, w którym można zamówić lornetę i meduzę, czyli dwie setki wódki i nóżki w galarecie.

1. Ice Club Warszawa
Lokal, w którym wszystko kręci się wokół lodu. Wchodzi się jak do igloo: z sufitu zwisają sople, na ścianach lodowe skały, a blaty stolików przypominają popękane tafle lodu. Jeśli gościowi taka dawka lodu nie wystarcza, udaje się do lodowej komnaty, w której cały rok panuje temperatura – 8˚C.Można tam zasiąść na ławie z lodu, napić się alkoholu z lodowego kieliszka i oglądać lodowe rzeźby wykonane przez Krzysztofa Gaca, kucharza z hotelu Marriott. Największe atrakcje to rzeźba sikająca wódką, rzucanie się śnieżkami w lecie, konsumpcja lodowych kieliszków. Jak zapewnia właściciel Dariusz Mroczkowski, lód jest przebadany i zdatny do spożycia.

2. Hossa Club Warszawa
Menu ma trzy wersje: śniadaniową (np. włoska ciabata z mozzarellą i warzywami), lunchową (m.in. sałatki) i wieczorną, kiedy jedzenie służy głównie jako przekąska do drinków (np. panierowane paluszki z sosem musztardowo-miodowym). Od samych dań ciekawsze są ceny, które wahają się w zależności od kursów walut, notowań złota czy kawy. W lokalu działa bowiem specjalny system informatyczny Wallstreet, połączony z wieloma giełdami na świecie, który błyskawicznie reaguje na zmiany. Ceny w menu kształtuje też popyt na potrawy: im popyt większy, tym cena niższa. Warto więc przyjść na lunch trochę później, by skorzystać na cenach spadających wraz z rosnącą liczbą zamówień.

3. Kuchnia Marché Wrocław
Lokal Beaty i Wojciecha Jankiewiczów wygląda jak targowisko z różnymi stoiskami – przy każdym oferowane są potrawy innej kuchni świata. Do wyboru – kuchnia polska, włoska, arabska i orientalna. Klienci podchodzą do stoiska, które im odpowiada. Jeśli się nie nasycą, wracają po dokładkę, lub próbują potraw z innego „straganu". Menu zmienia się nawet dwa razy dziennie. Warto też spróbować ciast, z których lokal słynie (przebojem jest sernik z bezą kokosową).

4. Dans le Noir Warszawa
Restauracja, w której panują egipskie ciemności. Ma to służyć lepszemu skoncentrowaniu się na smaku potraw i… zacieśnieniu międzyludzkich więzi – w ciemnościach bowiem chętniej się rozmawia. Lokal jest też eksperymentem społecznym, ponieważ odwracają się w nim role – niewidomi (kelnerzy) są przewodnikami widzących (klientów). Przed wejściem trzeba oddać wszystko, co może być źródłem światła, w tym komórki. Kelner udostępnia fartuszek, chroniący przed ubrudzeniem się podczas jedzenia po ciemku, i prowadzi do stolika. Tam m.in. dowiemy się, gdzie są sztućce i posiądziemy umiejętność nalewania wody do szklanki w ciemnościach. Następnie wybiera się jedno z trzech menu – „polskie", „odkrycie" lub „smakosz". O tym, co się konkretnie zjadło, można się dowiedzieć dopiero po posiłku.

5. Dolce Vita Bydgoszcz
Szef kuchni – Belg Jean Bos – oferuje kuchnię molekularną, której bliżej do chemii i fizyki niż tradycyjnego gotowania. Część produktów kupowana jest w aptece, a w kuchni używane są laboratoryjne instrumenty do precyzyjnego pomiaru składników. Charakterystyczne dla kuchni molekularnej jest m.in. używanie specjalnych syfonów z dwutlenkiem węgla, dzięki którym można spienić sok, a także stosowanie ciekłego azotu do mrożenia. Za jego pomocą kucharze potrafią stworzyć np. iluzję topiącego się sera, wypływającego z mango. Lody mrożone przy użyciu azotu nie dają uczucia zimna w ustach, natomiast smak składników jest spotęgowany. Najpopularniejsze danie w restauracji to zupa kasztanowa. Warto spróbować także np. ratatuja z mrożoną oliwą z oliwek i makaronu herbacianego.



Okładka tygodnika WPROST: 12/2008
Więcej możesz przeczytać w 12/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także