Kasiarze z Brukseli

Kasiarze z Brukseli

Unijne struktury ani nie radzą sobie z korupcją, ani nie chcą jej zapobiegać
Unijne instytucje mają tyle pieniędzy do wydania i tak mizerne mechanizmy kontroli, że wręcz zachęcają do nadużyć. Najnowszych dowodów dostarcza raport o wydawaniu pieniędzy przez eurodeputowanych. – Trzeba skopać niektóre tyłki, aby w końcu zmusić ludzi do zwykłej uczciwości – mówi „Wprost" holenderski eurodeputowany Paul van Buitenen. To on na swojej stronie internetowej opublikował fragmenty raportu. I nie po raz pierwszy wywołał burzę.

Święte Mikołaje z Brukseli
Z inicjatywy van Buitenena opinia publiczna dowiedziała się o przekrętach, w których z unijnej kasy wyprowadzono miliony euro. Opublikowane przez niego fragmenty raportu dotyczą finansowania w latach 2004-2006 przez 785 członków Parlamentu Europejskiego swoich asystentów. Na ich opłacenie każdy parlamentarzysta otrzymywał wówczas 15 tys. 496 euro miesięcznie (dzisiaj to 16 tys. euro), co daje rocznie 14 mln euro. W wewnętrznym audycie parlamentu przeanalizowano 167 rachunków, czyli tylko 4 proc. wszystkich za badany okres. I już w tej skali widać nadużycia. Jeden z europosłów opłacał na przykład kogoś, kto nawet nie był akredytowany przy PE. Zatrudniano niewykwalifikowanych członków rodzin i opłacano firmy zajmujące się opieką nad dziećmi czy… obróbką drewna. Z okazji Bożego Narodzenia niektórzy parlamentarzyści zamieniali się w Świętych Mikołajów, przyznając swym asystentom premie w wysokości 19-krotności ich pensji.
Wstępny raport z audytu był gotowy już w listopadzie 2006 r., ale został przedstawiony Komisji Budżetowej PE dopiero w styczniu 2008 r. Odbyło się to na tajnym posiedzeniu. Zawartość raportu pozostałaby pewnie tajna, gdyby nie van Buitenen, który postanowił rzecz odtajnić. Jaume Duch Guillot, rzecznik prasowy PE, próbuje sprawę bagatelizować, twierdząc, że „nie każdy wewnętrzny raport jest przedstawiany wszystkim członkom parlamentu". – Celem audytu było sprawdzenie funkcjonowania systemu, a obecnie sprawdzamy poszczególnych deputowanych. A raport dotarł do Komisji Budżetowej dopiero w styczniu, gdyż dopiero wtedy był gotowy – tłumaczy „Wprost" Jaume Duch Guillot.
Skandal z pieniędzmi dla asystentów europosłów sprawił, że na ostatnim posiedzeniu Parlamentu Europejskiego ustalono, iż do czerwca 2009 r. (czyli do wyborów do PE) powstanie nowy system opłacania asystentów. Tyle że to tylko jeden z problemów. Innym są nieustanne podróże między Brukselą, gdzie obecnie znajduje się siedziba Parlamentu Europejskiego i pracują komisje, a Strasburgiem, gdzie odbywają się obrady plenarne. Wszyscy deputowani i pracownicy co najmniej raz w miesiącu z tonami dokumentów przenoszą się do stolicy francuskiej Alzacji. Roczny budżet Parlamentu Europejskiego wynosi 1,3 mld euro (2,6 mld dla wszystkich instytucji UE w 2007 r.), wyłączając z tego pensje posłów i podstawowe ubezpieczenia emerytalne, opłacane przez państwa członkowskie, z których pochodzą. Poza kosztownym dodatkowym ubezpieczeniem emerytalnym dla każdego deputowanego, pieniędzmi na utrzymanie biur i asystentów, właśnie podróże stanowią istotną część tego budżetu. A – według brytyjskiego eurodeputowanego Chrisa Davisa – z tzw. dodatku podróżnego co bardziej obrotni mogą zaoszczędzić (np. kupując bilet w promocji ) nawet do 13 tys. euro rocznie wolnych od podatku.

Polowanie na niewdzięczników
W 2003 r. wysokiego funkcjonariusza Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostat) oskarżono o posiadanie tajnych kont, na które wpływały łapówki za umowy zawierane przez urząd z prywatnymi firmami. Franz-Hermann Brüner, dyrektor Europejskiego Urzędu ds. Zwalczania Oszustw (OLAF), za poinformowanie o tym fakcie niemieckich mediów omal nie stracił stanowiska. Bo jedną z podstawowych zasad obowiązujących w unijnych instytucjach kontroli jest zachowywanie tajemnicy. Dokładnie rok temu przeszukano setki domów unijnych urzędników w Belgii, Francji, Luksemburgu i Włoszech, a ich samych przesłuchano. Śledztwo przeprowadzane przez belgijski oddział policji walczący z korupcją (OCRC) we współpracy z OLAF trwało ponad trzy lata. Podobno wykryto wówczas, że niektórzy włoscy posłowie byli na usługach mafii.
Każdy, kto jest zbyt dociekliwy w badaniu unijnych przekrętów, naraża się na ostracyzm. Gdy w 1999 r. cała Komisja Europejska pod przewodnictwem Jacques’a Santera podawała się do dymisji, van Buitenen był asystentem audytora w Dyrektoriacie Kontroli Finansowej w Brukseli. Kiedy przekonał się, jak w Komisji Europejskiej marnotrawi się pieniądze, jak głęboko sięga tam nepotyzm i jak powszechna jest korupcja, napisał list do jednego z parlamentarzystów, podając konkretne przykłady i dowody. Pod ostrzałem znalazła się przede wszystkim była premier Francji Édith Cresson, pełniąca w komisji funkcję komisarza odpowiedzialnego za sprawy nauki i techniki. Wsławiła się ona m.in. fikcyjnym zatrudnieniem własnego dentysty. Powołano wówczas specjalny komitet mający zbadać doniesienia van Buitenena. Jednak w komisji urzędnicy kryli się nawzajem, a całą sprawę próbowano zatuszować. A z van Buitenena chciano zrobić niewdzięcznego donosiciela. W efekcie zawieszono go na cztery miesiące, otrzymywał połowę pensji.
W książce „Oszustwa bez tajemnic. Korupcja w Unii Europejskiej" van Buitenen opisuje, jak próbowano go zastraszyć, jak w pracy otoczono go swoistym kordonem sanitarnym. W takim klimacie został zmuszony do chowania dokumentów w tajnych skrytkach, do ukrywania się w obawie przed napaścią. – Czułem się wówczas trochę jak w filmie szpiegowskim, którego byłem bohaterem. Na szczęście otrzymałem także duże wsparcie od ludzi, którzy wierzyli, że warto walczyć w słusznej sprawie – opowiada van Buitenen.

Otwarty sejf

O tym, że unijne struktury nie tylko nie radzą sobie z korupcją, ale też nie bardzo chcą jej zapobiegać, świadczy przypadek Marty Andersen. Kiedy w styczniu 2002 r. została główną księgową Komisji Europejskiej, odkryła, że w unijnej księgowości nie używa się specjalistycznych programów. Jej raport skierowany do Michaele Schreyer, ówczesnej komisarz odpowiedzialnej za budżet, oraz do przewodniczącego Romano Prodiego nie spotkał się z żadną reakcją. Poinformowała więc o wieloletnich zaniedbaniach jednego z członków Komisji Kontroli Budżetowej PE. A gdy odmówiła podpisaniu sprawozdania budżetowego za 2001 r., została zwolniona. Andersen porównuje księgowość prowadzoną przez instytucje UE do banku, w którym nie zamknięto sejfów. – Nieuczciwe osoby w unijnych urzędach wypaczają idee Unii Europejskiej. W kontekście przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego tolerowanie nagannych zjawisk jest dostarczaniem argumentów eurosceptykom – mówi van Buitenen.

Okładka tygodnika WPROST: 14/2008
Więcej możesz przeczytać w 14/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • bez-nazwy IP
    ludzie gloduja a panom sie ulewa