Ciemność w Szczecinie

Ciemność w Szczecinie

Mamy najbardziej awaryjną sieć energetyczną w Europie
Nie trzeba ataku terrorystycznego, żeby spowodować paraliż wielkich miast w Polsce. Chaos, który zapanował w Szczecinie i okolicach po zerwaniu linii elektroenergetycznych, może się powtórzyć w Warszawie, Gdańsku, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu. Najbardziej awarii mogą się obawiać mieszkańcy Polski północnej. Bo są uzależnieni od dostaw energii z elektrowni znajdujących się na południu. – Gdyby doszło do uszkodzenia linii elektroenergetycznych wysokiego napięcia na przykład w okolicach Grudziądza, wówczas całą północną część kraju ogarnie ciemność – mówi prof. Krzysztof Żmijewski, były prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA.
Częstych awarii możemy się spodziewać także dlatego, że mamy najgorszą sieć elektroenergetyczną w Europie. – Biorąc pod uwagę gęstość sieci przesyłania energii, na tle innych krajów wyglądamy jak ubogi kuzyn z kraju Trzeciego Świata – mówi „Wprost" dr inż. Andrzej Kądzielawa z Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Warszawskiej. Paradoksem jest to, że w latach 80. ubiegłego wieku, czyli w dobie głębokiego kryzysu gospodarczego, podwoiliśmy długość linii w Polsce, a od 1995 r. nie zrobiliśmy praktycznie nic.Ciemność widzę, ciemność
Gdy w nocy z 7 na 8 kwietnia mieszkańców Krajnika (100 km od Szczecina) obudził potężny huk, sądzili, że zawalił się jakiś dom. A to pod wpływem ciężaru śniegu kupą poskręcanego żelastwa stał się słup energetyczny. Wkrótce zaczęły padać kolejne linie energetyczne. O 3.30 w nocy lewobrzeżna część Szczecina utonęła w ciemnościach. Tuż po piątej rano na dworcu głównym w Szczecinie kłębiło się ponad sto osób, próbujących rozświetlać ciemności telefonami komórkowymi. Nikt nie był w stanie powiedzieć, kiedy ruszą pociągi. Monika Wolska przed południem powinna być w Krakowie, bo jej osiemdziesięcioletnia matka miała mieć poważną operację. Bała się, że gdy nie zobaczy córki, zrezygnuje albo jej stan psychiczny nie pozwoli na operację.
Tuż przed szóstą rano do sztabu kryzysowego spłynęły informacje o skutkach katastrofy: prądu nie miało kilkaset tysięcy osób. Duża część sklepów była zamknięta. Wielkim powodzeniem cieszyła się w tych godzinach czynna budka z hot dogami w centrum Szczecina. Do klientów i przechodniów dotarły informacje, że prąd może być dopiero następnego dnia rano. Z tych sklepów, które były czynne, zaczęły znikać woda mineralna i chleb. Na ulicach pojawiły się wspólne patrole policji i żandarmerii wojskowej. Przed południem przestały działać telefony komórkowe. W części mieszkań nie było wody, pojawiły się problemy z nieczystościami. Pasażerowie tramwajów szybko doczekali się komunikacji zastępczej, ale tylko dlatego, że w Szczecinie od kilku tygodni tramwajarze grozili strajkiem, więc autobusy były w pogotowiu.
O szesnastej mieszkańcy usłyszeli pierwszy optymistyczny komunikat: do wieczora prąd ma być włączony w większości mieszkań. O 17.23 prąd dotarł do Zakładów Chemicznych Police, pół godziny później światło paliło się już w centrum Szczecina. Gdy włączano prąd, w szpitalu miejskim na świat przyszedł mały Oliwier. Jego matka, Paulina Szcześniak, bała się rodzić w takich warunkach. Ale wszystko skończyło się dobrze.

Wrażliwa sieć
– Wokół wszystkich dużych aglomeracji powinny być stworzone tzw. pierścieniowe układy zasilania. Nawet w sytuacji awarii jednej jednostki pozwoliłoby to na przejęcie jej funkcji przez pozostałe. Podobny pierścień linii najwyższych napięć powinien oplatać cały kraj. A tak nie jest – mówi dr inż. Andrzej Kądzielawa z Politechniki Warszawskiej. Polska sieć elektroenergetyczna jest słabo skonfigurowana i przecięcie jej w jednym miejscu może pozbawić prądu cały region. Także z lokalnymi liniami niskich napięć nie jest najlepiej. Przede wszystkim są za długie: 45 proc. z nich mierzy ponad 500 m, a 12 proc. – ponad 1000 m. Tymczasem ich długość (od transformatora do odbiorcy) nie powinna przekraczać kilkudziesięciu metrów. A im dłuższe linie, tym większe ryzyko awarii związanych chociażby z warunkami pogodowymi. – Jednym z podstawowych wad polskiego systemu jest to, że nadal budujemy sieć głównie naziemną, opartą na słupach. W Polsce tylko 76 km strategicznych linii najwyższych napięć zostało puszczonych kablami pod ziemią – mówi prof. Żmijewski. Na dodatek spora część linii jest już mocno wyeksploatowana, a przez to mniej odporna na przeciążenia.
Wyłączenia prądu były codziennością w PRL, ale i dziś regularnych wyłączeń prądu doświadcza milion Polaków dziennie, tyle że nie jednocześnie ani w jednym miejscu. Bywają awarie spektakularne, jak w 2007 r. podczas meczu eliminacyjnego do mistrzostw Europy Polska – Kazachstan w Warszawie. Na stadionie Legii zgasły wtedy światła jupiterów. W 2006 r. z powodu awarii w rozdzielni przy ul. Towarowej (gdzie rzekomo przed deszczem schował się kot, wywołując zwarcie) na dwie godziny prądu zabrakło w całej lewobrzeżnej Warszawie, a w czerwcu tego samego roku problemy w elektrowni w Ostrołęce i Kozienicach wywołały wyłączenia prądu w północno-wschodniej Polsce.
Na modernizację sieci przesyłowej, która sprawiłaby, że nasz system mógłby być elastyczny i odporny na zakłócenia, potrzeba około 10 mld zł. Wbrew pozorom są to pieniądze, które można pozyskać. – Tyle że nasz kraj nie ma długoterminowego planu rozwoju sieci elektroenergetycznej, bo politycy i osoby odpowiedzialne za jego stworzenie nie chcą myśleć w perspektywie 15-20 lat. Wolą podejmować decyzje, które przyniosą efekty w trakcie trwania ich kadencji – mówi dr Andrzej Kądzielawa.

Rury Grabskiego
Do paraliżu polskich miast może doprowadzić nie tylko odcięcie dostaw energii elektrycznej, ale również – wody. Większość sieci wodociągowej powstała jeszcze w okresie międzywojennym, na podstawie planu Władysława Grabskiego. W większości są to rury żeliwne lub stalowe, które mają po siedemdziesiąt lat, a żywotność takich rur wynosi od 60 do 100 lat. Wiele miast, zamiast modernizować instalację, tylko łata dziury, bo tak jest taniej. Szczególnie duży problem mogą mieć miasta, do których woda jest doprowadzana główną magistralą ze zbiorników oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów, na przykład Kraków, który korzysta z ujścia w Dobczycach, czy Łódź korzystająca z ujścia w Sulejowie. W razie awarii tych magistral całe miasta mogą nie mieć wody.


Okładka tygodnika WPROST: 16/2008
Więcej możesz przeczytać w 16/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0